POLITYKA.PL: Janusz Palikot zakłada własny lewicowy think tank i planuje wejście do rządu»

Cezary Łazarewicz
27 listopada 2009

Porter John

Nie zgubiłem się w tralala

Halo, ja też tu mieszkam

Na pytanie, dlaczego nie wyjechał z Polski w stanie wojennym, Porter odpowiada, że nie mógł. – Jak się ma żonę i dziecko, nie jest to sprawa tymczasowa – mówi. Wtedy już mieszkał w Krakowie z Olą i Damianem, bo pierwsza żona (ta z pociągu) została w Warszawie. – Miałem znajomych, swoje życie i brytyjski paszport. Nie udawałem Polaka – dodaje. Przemykał się z wózkiem po krakowskich cmentarzach, bo nie miał jeszcze meldunku. Stronił od patroli ZOMO. Do Warszawy pojechał z przepustką załatwioną przez PSJ. – Już wszystko wtedy rozumiałem. Kartkami można było handlować. Ten, co palił, nie potrzebował cukru, a ten, kto słodził, nie potrzebował papierosów. W warszawskim urzędzie Porter pokazał kartę stałego pobytu i powiedział: halo, halo, ja też tu mieszkam. Mnie się kartki należą.

Zembaty mówi, że nie był to dobry czas dla Johna. W radiu nie chciano puszczać jego angielskich piosenek. Był problem z płytą „Mobilization”. W Polsce rządzonej przez generałów cenzura domagała się zmiany tytułu, a Porter upierał się przy swoim. Zembaty, który przygotowywał wtedy audycję „Na tyłach WRON-y” dla Radia Wolna Europa, wciągnął Portera do współpracy. John tłumaczył na angielski solidarnościowe songi i komponował do nich muzykę. Taśmy nagrywano konspiracyjnie przy Sobieskiego w Warszawie. Potem je przemycano na Zachód. Jeśli ktoś kiedykolwiek słyszał po angielsku wiersz Leszka Szarugi „Gdy tak siedzimy nad bimbrem, ojczyzna nam umiera, gniją w celach koledzy, wolno się kręci powielacz”, to był zapewne śpiewany głosem Johna.

Sam Porter nigdy później nie słyszał tych piosenek, ale jest przekonany, że dotarły na Zachód, bo dostał za nie 50-dolarowe honorarium.

Choć w latach 80. wydał jeszcze trzy solowe płyty, nie wzbudziły one takiej euforii co pierwsza. – Dzięki Maćkowi, który mnie poznał z ludźmi opozycji, nie zgubiłem się w tym tralala i szoł biznesie – wspomina Porter. Z Zembatym grał koncert z piosenkami Cohena, choć za Kanadyjczykiem wcale nie przepada. Napisał też wtedy muzykę do młodzieżowego serialu „Siedem życzeń”.

Pod koniec lat 80. zaszył się w Falenicy, gdzie z żoną (drugą) prowadził buddyjską sanghę. I trochę poszedł w zapomnienie. – Żyłem obok tej euforii, choć była radość ze zmian – mówi. – Mieliśmy wspaniały rząd – Mazowiecki, Kuroń, którzy nie umieli rządzić. I dziwił mnie tylko ten kompromis ze starą bandą.

Walijski styl pożegnania

W kapelach Portera obowiązuje zasada: zespół jest jak drużyna piłkarska, więc trzeba często odnawiać skład, by być w natarciu. Wiadomo też, kto jest tam kapitanem, trenerem i menedżerem w jednej osobie. Inni muzycy spełniają tylko funkcję usługową wobec kapitana. Więc kapitan, który na słowiańskim rynku ma niespotykaną zdolność układania melodii, decyduje o wszystkim. Ma plusy – nie przejawia syndromu gwiazdorskiego. Jest otwarty i wylewny. Dużo się można od takiego mistrza nauczyć. – Jak się rozstawałem z żoną, to przyjeżdżał i podtrzymywał mnie na duchu, choć nie musiał tego robić – wspomina basista Sebastian Wojnowski, który grał z Johnem w latach 90. w drugiej edycji Porter Bandu. Dla młodych muzyków Anglik był wtedy już legendą i nestorem rocka.

Jedyna wada, jaką Sebastian Wojnowski dostrzega u swojego kapitana, to pewien problem z artykułowaniem życzeń. On sam na przykład dowiedział się, że nie jest już w zespole, gdy usłyszał nowe nagrania Porter Bandu, w których nie brał udziału. – Wydawało mi się, że przez pięć lat grania byliśmy z Johnem przyjaciółmi, więc zrobiło mi się przykro – wspomina Wojnowski, który nawet postanowił wyjaśnić to nieporozumienie i zadzwonił do Portera.

Słyszałem, że masz już nowy zespół? – zagadnął basista Porter Bandu nr 2. Tak. Ale możesz u mnie popróbować na klawiszach odpowiedział lider Porter Bandu nr 3. Wojnowski tłumaczył innym muzykom, którzy równie boleśnie rozstawali się z Johnem, że jest to pewien walijski styl pożegnania.

W., znajomy z lat 70., potwierdza tę przypadłość: – John nie ogląda się za siebie. Jak zmienia związek, to nie kontynuuje znajomości. Kiedy Małgosia, jego pierwsza żona, się postarzała, odszedł od niej. Nie interesował się, więc nawet nie wiedział, że zmarła.

Muzyki nie porzucę

Po płycie „Alexandria” z 1993 r. zniknął z show-biznesu. Zaczął się poważnie zastanawiać nad opuszczeniem Polski. W końcu powiedział sobie: pójdę na dno, ale muzyki nie porzucę. W Londynie przecież nikt nie zna Johna Portera. Piosenkarka Anita Lipnicka, obecna żona, mówi mu: przegapiłeś swoją szansę zdobycia Zachodu. Przespałeś swój czas.

Znajomi Johna mówią, że to właśnie młodsza o 25 lat Lipnicka wyciągnęła go na dobre z muzycznego garażu. Był już wtedy dobrze zakonserwowaną legendą polskiego rocka, bez szans na nowe otwarcie. Dotychczasowi wyznawcy Portera uznali duet z popową Lipnicką za utratę rockowej wiarygodności, a samą płytę, która rozeszła się w astronomicznym nakładzie 100 tys. egzemplarzy, za zdradę. Za sprawą wspólnej płyty, a potem wspólnego życia i ich córki Poli, Porter stał się celebrytą. Gdy opowiada swoim angielskim znajomym, jak został gwiazdą za żelazną kurtyną i co go spotkało w ciągu minionych 34 lat, nie chcą wierzyć, że to wszystko prawda. – Ludzie oczy wybłyszczają i mówią: Boże, ale miałeś bogate życie – opowiada Porter. – Nie żałuję, że znalazłem się wtedy poza światem.

Jeśli coś Porterowi czasem doskwiera, to jego polszczyzna, wciąż trochę kulawa. Być może dlatego wszystkie jego życiowe partnerki były anglojęzyczne. – Mówienie w obcym języku non stop staje się czasem bardzo męczące.

 

Newsletter
Zapisz się, by w każdy piątek otrzymać informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych
Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»