Daniel Passent
25 stycznia 2010

Rozmowa z Arturem Domosławskim

Imperium cesarza

Pańscy rozmówcy w Addis Abebie, których Kapuściński odwiedzał, kwestionują nie tylko szczegóły, ale podważają też ocenę Hajle Sellasje zawartą w „Cesarzu”.

W „Cesarzu” Kapuściński wkracza zdecydowanie na teren literatury. Dworzanie mówią tam językiem barokowym, ich wypowiedzi mają wyszukaną konstrukcję literacką. Żeby napisać tę opowieść – i w taki sposób – czytał literaturę baroku. Jeden z jego przyjaciół literatów mówi, że „Cesarz” to najwybitniejsza polska powieść XX w.! Coś w tym jest.

Dlatego sceptycznie odnoszę się do krytyki wąskich specjalistów. Czytanie „Cesarza” czy „Szachinszacha” jako podręczników historii Etiopii i Iranu to nieporozumienie. Kapuściński przedstawia pewne konstrukcje intelektualne, uniwersalizuje zachowania ludzi i mechanizmy wstrząsów społecznych. Po inscenizacji „Cesarza” w Londynie jeden z widzów gratulował mu, że doskonale przedstawił mechanizmy w wielkiej korporacji. Wolę czytać tę książkę jako traktat o władzy, a nie opowieść o feudalnym władcy Etiopii.

Był niedoinformowany? A może naginał fakty dla potrzeb ideologicznych?

Czytając jego korespondencje dla PAP łatwo się przekonać, jak wiele wiedział i jak bardzo był kompetentny w materii, o której pisał. Jeśli była w jego tekstach ideologia, to płynęła z przekonań: długo był wierzącym komunistą. Nie był cynikiem ani jakimś Wallenrodem, który pisał jedno, a myślał drugie. Wierzył w ład PRL do późnych lat 70. Jeszcze w okresie Solidarności 1980–81, choć zafascynował go nowy ruch, interesowała go przede wszystkim reforma partii, sympatyzował z tzw. poziomkami. Legitymację rzucił w stanie wojennym.

Pisze pan też, że będąc lojalnym członkiem partii zachowywał niezależność spojrzenia.

I to nieraz. Gdy był korespondentem PAP w Ameryce Łacińskiej, toczył się spór między Moskwą a Hawaną w sprawie strategii rewolucyjnej w regionie. Moskwa sprzeciwiała się partyzantkom w stylu Che Guevary. Che był w oczach Moskwy trefny, bo wzniecał rewolucje, gdzie i jak chciał, nie pytając Radzieckich, psując im stosunki z Waszyngtonem w czasach tzw. pokojowego współistnienia. Tymczasem Kapuściński sympatyzował właśnie z takimi „Chrystusami z karabinem na ramieniu”, którzy – wbrew nakazom Kremla – szli walczyć z bronią w ręku. Przetłumaczył dziennik z Boliwii Guevary, który ukazał się dzięki dobrym znajomościom w KC, a potem nigdy w PRL nie został wznowiony.

Sympatyzował z partyzantami, a potem jego książki zostały świetnie przyjęte w USA.

Nie bez przygód. Amerykański wydawca, wrażliwy na punkcie ewentualnych konsekwencji prawnych, żądał oświadczenia, że postaci i wypowiedzi w „Cesarzu” są prawdziwe. Kapuściński wziął na siebie ewentualne roszczenia – wiedział, że ich nie będzie.

Dlatego, że postacie nie były autentyczne?

Nawet jeśli były, to przecież nie podaje ich nazwisk, tylko inicjały. Wydany w USA w 1983 r. „Cesarz” został świetnie przyjęty, dwa lata później „Szachinszach” odniósł podobny sukces. Znakomitą aurę wokół „Cesarza” zrobił futurolog Alvin Toffler, któremu maszynopis książki podsunął Wiktor Osiatyński. Rolę odegrała recenzja Johna Updike’a w renomowanym tygodniku „The New Yorker”. Bezinteresownym promotorem Kapuścińskiego stał się Salman Rushdie, w jednej z ankiet wskazał „Cesarza” jako książkę roku. Kula śniegowa sławy już się toczyła.

Książki Kapuścińskiego przełożono na ponad 20 języków. Największą karierę zrobiły chyba w Hiszpanii, wychylonej w stronę Trzeciego Świata, i we Włoszech. Przetłumaczone w latach 90. „Imperium” zaspokajało zapotrzebowanie na opowieść o upadku systemu w naszej części Europy. W obu tych krajach silna jest kultura lewicowa, której Kapuściński był bliski. Ale miał też na świecie krytyków, którzy zarzucali mu błędy, jak i to, że przekracza granice, których dziennikarstwo przekraczać nie powinno.

Dlaczego w Polsce nie miał krytyków?

Pragnął być kochany, pracował nad tym – i rzeczywiście był kochany. To, co pisał, było znakomite, ale wielu znakomitych miało krytykę. Kapuściński rozbrajał ją osobistym czarem. Znał wpływowych recenzentów i swoim urokiem osobistym unieszkodliwiał ich. Wiedział, że ma cienką skórę i niepochlebne opinie źle znosi. Wiedział, że pisze z wysiłkiem, że niełatwo dotrzeć do niebezpiecznych rejonów w Afryce, gdzie można stracić zdrowie albo i życie. I gdyby po tym wszystkim jakiś niedouczony recenzent miał się natrząsać... Chronił swoją pracę. Małgorzata Szejnert mówi, że nic w przyrodzie nie ginie, i obawia się, że brak krytyki prawem wahadła odbije się krytyką nadmierną, niesprawiedliwą. Podzielam tę obawę.

Brak krytyki, dla autora zawsze miły, ma też nieprzyjemny rewers: jego dzieło nie jest przemyślane. Kapuściński jest w Polsce fetowany jako Nasz Wielki Rodak, dziennikarz stulecia, ale to, co mówił o świecie, nie bardzo mieści się w głównym nurcie myślenia w Polsce, nie budzi dogłębnego zainteresowania. Wielka szkoda. W przeszłości sympatyzował ze zbrojnymi rebeliami w Trzecim Świecie, ostatnio – z nową lewicową falą, krytykami neoliberalizmu. Krytykował partię wojny w Ameryce, imperialną odpowiedź USA na zagrożenie terroryzmem, najazd na Irak. Mówił o tym w wywiadach, pisał w krótkich refleksjach, nikt się tym jednak nie przejmował ani z tym nie spierał (znam jeden wyjątek – polemikę Ernesta Skalskiego w mojej gazecie).

Gdyby wszystko to pisał ktoś inny, zostałby wychłostany przez prawicowych i liberalnych publicystów albo zamknięty w celi śmiechu jako lewak. A ponieważ to był Kapuściński, nie wypadało krytykować, zmagać się z tym, co mówił, więc grzecznie to przemilczano. Szkoda – bo może odbyłaby się jakaś poważna dyskusja. Byłbym w niej całym sercem i piórem po stronie Ryśka. Ale faktem jest i to, że nie lubił się konfrontować, polemizować. Lubił być słuchany, ostre starcia to nie była jego bajka.

Newsletter
Zapisz się, by w każdy piątek otrzymać informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych
Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»