Janusz Wróblewski
5 lutego 2010

"Lourdes": sacrum pod mikroskopem

Sacrum pod mikroskopem

 

Tymczasem bacznie obserwowana przez współtowarzyszy niedoli przemiana wewnętrzna bohaterki nie następuje. Przed i po uzdrowieniu jest tą samą osobą, sceptycznie nastawioną do wszelkich mistycznych objawień i cudowności. Nie uważa się za powołaną do zbawienia, nie słyszy w swojej duszy głosu Pana. Po odzyskaniu sił jej największym pragnieniem jest powrót, ale nie na łono Kościoła, tylko do świeckiej normalności. Chce kochać i być kochana. Wybiera miłość doczesną. Zamiast do kruchty, biegnie do ukochanego mężczyzny. „Chciałabym być dobrym człowiekiem” – zwierza się spowiednikowi, co należy rozumieć bez metafizycznych podtekstów, nie jako przyjęcie na siebie ciężaru wybrania, lecz zwyczajnie, jako marzenie o byciu żoną i matką, i spełnieniu w cieple domowego ogniska.

Przeciwstawienie indywidualnej wolności obowiązkowi okazania wdzięczności i bycia posłusznym Bogu to kolejna płaszczyzna konfliktu polegającego na wymuszeniu i przypisaniu określonej reakcji bohaterce. Jeśli bowiem ozdrowienie jest darem niebios i widocznym znakiem od Boga, czyż życie kobiety nie powinno świecić przykładem dla wszystkich chrześcijan? Tego domagają się od niej księża niepotrafiący zaakceptować spontanicznego wyboru bohaterki. Ich zdaniem powinna ona podporządkować się ściśle obowiązującym w takim przypadku kanonom postępowania. Podobnej uległości żądają inni uczestnicy pielgrzymki, wywierający na nią presję, by stała się taka, jaką oni chcą ją widzieć: najlepiej – figurą ze świętego obrazka, niczym mrugająca elektrycznym światłem miłosierna Maryja.

Kościół, albo system represyjny

Hausner podważa w swym filmie samo, by tak rzec, jądro boskiej interwencji. Bo co – pyta – jeśli choroba powróci? Nic, cudu nie było. Jak w takim razie nazwać i wytłumaczyć wydarzenia, które miały miejsce? Złudzeniem? Przypadkiem? Ironią losu? Oszustwem? Oznaki fizycznego słabnięcia pojawiają się w finale. Tańcząc z ukochanym bohaterka niespodziewanie osuwa się na ziemię.

Dyskrecja, z jaką ta scena zostaje rozegrana, prowokuje do podważenia wszystkiego, co zostało powiedziane. Skoro za uzdrowieniem nie kryje się boska determinacja, to co? Jeśli działanie nadnaturalnej mocy zostaje zakwestionowane i Bóg nie ma w tej sprawie nic do gadania, to w jakiej rzeczywistości żyjemy?

Paradoksalnie, w tym właśnie momencie wytrącony z równowagi świat powraca do formy. Wszyscy mogą odetchnąć: niewierzący, sceptycy, rozgoryczeni, zazdrośnicy, a nawet pokorni słudzy Boży i kapłani. Siadając z powrotem na wózek inwalidzki bohaterka przywraca spokój każdemu. Nic się przecież nie stało. Tylko historia wróciła wreszcie do punktu wyjścia.

Hausner traktuje na koniec swoją bohaterkę jak ofiarę represyjnego systemu, symbolizowanego przez Kościół. Dlaczego więc nie pada zarzut bluźnierstwa? Reżyserce bliski jest duch francuskiego racjonalizmu, pozwalający na zimno, bez emocji, z kliniczną precyzją analizować problematykę religijną. A nie szerzyć antypropagandę wiary. Silna stylizacja (operuje długimi ujęciami w zamkniętych przestrzeniach) nadaje „Lourdes” rangę uniwersalnej paraboli, podobnie jak dwóm jej poprzednim filmom: utrzymanemu w kafkowskiej konwencji „Hotelowi” (studium upodobnienia lokatorki do swojej poprzedniczki) oraz „Uroczej Ricie”, ponurej opowieści o zabijaniu przez córkę własnych rodziców. Nietypowe zdjęcia, próbujące wypreparować z rzeczywistości wyłącznie elementy znaczące, powodujące wrażenie odrealnienia, mają wytrącać widza z błogiej świadomości, że ogląda jeszcze jeden zwyczajny film.

Hausner bawi się nastrojami, napięciem, stale balansuje pomiędzy powagą opowiadania historii o odkupieniu a satyrycznym spojrzeniem na wiarę w cuda. Dzięki niestandardowym zabiegom (na ścieżce muzycznej słyszymy radosne „Ave Maria”, które brzmi, jakby było wykonywane na ceremonii pogrzebowej), „Lourdes” otrzymuje lekkość ironicznej współczesnej przypowieści o Czerwonym Kapturku. Kiedy bohaterka wkracza, a właściwie wjeżdża na wózku inwalidzkim do sanktuarium, mityczną oznaką jej niewinności jest właśnie owa noszona przez nią czapeczka wiadomego koloru, z którą prawie nigdy się nie rozstaje. Rolę greckiego chóru, komentującego jej poczynania, pełni grupa opiekunów i chorych. Kto jest wilkiem? Oto zagadka, którą trzeba samemu rozwiązać.

Newsletter
Zapisz się, by w każdy piątek otrzymać informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych
Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»