Piotr Sarzyński
19 lutego 2010

Niecodzienna architektura w kulturze

Pompidou czy Pipidu

Przez architekturę przetaczały się w ostatnich dziesięcioleciach rozliczne mody, kierunki i style. Ton tym przemianom z reguły nadawały budynki związane z kulturą. Nie banki, szpitale czy urzędy, bo te winno cechować dostojeństwo i wygląd budzący zaufanie. Także nie budynki mieszkalne, bo na dziwaczną architekturę wprawdzie każdy lubi popatrzeć, ale nieliczni gotowi są w niej zamieszkać. Tymczasem kultura tak bardzo kojarzy nam się z otwartością i postępem, że aż się prosi, by i jej architektoniczna oprawa dała upust fantazji.

Kiedy to wszystko się zaczęło? Stosunkowo niedawno, najdalej pół wieku temu. Niektórzy uważają, że w 1959 r., kiedy to w Nowym Jorku stanął budynek muzeum Fundacji Guggenheima, zaprojektowany przez Franka Lloyda Wrighta. Spiralna konstrukcja szokowała, zaskakiwała i wywołała jedną z najżywszych dyskusji architektonicznych w XX w. Rzeźbiarska bryła muzeum bodaj po raz pierwszy tak demonstracyjnie porzucała rolę służebną wobec funkcji i podkreślała własny charakter.

Industrialne formy

Jednak prawdziwy przełom nastąpił dopiero w latach 70. XX w. A to za sprawą dwóch oddanych wówczas do użytku obiektów. Pierwszym był gmach opery w Sydney. Choć projekt Jřrna Utzona pochodził z 1957 r., budynek ostatecznie otwarto w 1973 r. Jego dach, przypominający rozpięte na wietrze żagle, bardziej kojarzył się z pobliskim morzem aniżeli z muzyką Verdiego. Drugi rewolucyjny projekt to oczywiście paryskie Centre Pompidou, postawione według projektu Renza Piano i Richarda Rogersa w 1977 r. Dziś takie industrialne formy nikogo nie dziwią, wówczas były czymś absolutnie niezwykłym.

Szalona popularność obu budynków, które stały się atrakcjami turystycznymi, sprawiła, że zarówno architekci, jak i inwestorzy gmachów kultury zaczęli coraz częściej myśleć nie o funkcjonalnych, ale o wizualnych aspektach nowych projektów. Co jakiś czas z ziemi wyrastało muzeum czy biblioteka, których sława wykraczała poza dane miasto i poza środowisko architektów, jak Teatr Carlo Felice w Genui, biblioteki w Las Vegas i w Barcelonie, muzea w San Francisco i Waszyngtonie (wschodnie skrzydło National Gallery of Art). Niektóre projekty zyskiwały rangę „kultowych”, jak piramida Luwru (Ieoh Ming Pei). Ale nie pojawił się gmach, który tak dalece odbiegałby od ogólnie przyjętych standardów i tak zaszokował wszystkich jak niegdyś Centre Pompidou. Aż do 1997 r.

I znowu wszystkiemu winien Guggenheim, tym razem za sprawą nowej muzealnej placówki w hiszpańskim Bilbao. Architekt Frank Gehry jeszcze bardziej zignorował dotychczasowe funkcje i konteksty muzeum (sanktuarium sztuki, składnica dzieł), orientując się całkowicie w stronę widowiska i rzeźby. I tak oto muzeum z relatywnie przeciętnymi zbiorami i nieciekawymi wystawami czasowymi stało się miejscem pielgrzymek nie tyle fanów sztuki, nawet nie fanów architektury, ale po prostu turystów. Bodaj po raz pierwszy budynek wzniesiony na potrzeby kultury stał się tak wyrazistą ikoną miasta. No i się zaczęło.

Dubaj - centrum kultury

Po Bilbao niemal każdy sezon przynosił spektakularne premiery. Warto przypomnieć te najważniejsze: Muzeum Żydowskie w Berlinie (Daniel Libeskind – 1999 r.), Tate Modern w Londynie (Herzog&De Meuron – 2000 r.), Muzeum Sztuki w Milwaukee (Santiago Calatrava – 2001r.), Kunsthaus Graz (Cook&Fournier – 2003 r.), Muzeum Mercedesa w Stuttgarcie (UN Studio – 2006 r.), Muzeum Sztuki Współczesnej w Nowym Jorku (prac. SANAA – 2007 r.), Opera w Pekinie (Paul Andreu – 2007 r.), Muzeum MAXXI w Rzymie (Zaha Hadid – 2009 r.) aż po ciągle jeszcze wykańczane, zupełnie kosmiczne „Musée des Confluences” w Lyonie (Coop Himmelb(l)au).

Trudno w tych wszystkich projektach ostatniej dekady doszukać się jakiejś przewodniej konwencji estetycznej. Są tu obiekty w stylu biomorficznym, postmodernistycznym, dekonstruktywistycznym, minimalistycznym, hi-tech itd. Łączy je właściwie tylko jedno: chęć zaskoczenia, zaszokowania, rzucenia widza na kolana i utrzymania w tym stanie.

Najbliższa przyszłość zapowiada się podobnie. Wprawdzie mniej się teraz projektuje w Europie, za to niezwykle ożywił się ociekający pieniędzmi Bliski Wschód oraz Chiny. W jednym tylko Abu Dhabi stawiane są równolegle, przez trzech wielkich architektów, trzy wielkie muzea: nową siedzibę Guggenheim Museum zaprojektował Frank Gehry, filię Luwru – Jean Nouvel, zaś Muzeum Morskie – Tadao Ando. W niedalekim Dubaju trwają prace nad gigantycznym kompleksem łączącym operę, teatr i galerię sztuki (projekt Zahy Hadid), a szejkowie planują przez najbliższe 5 lat postawić tam jeszcze – uwaga – 10 muzeów, 9 bibliotek i 14 teatrów, co już niedługo powinno dać wskaźnik jednego przybytku kultury na jednego mieszkańca Dubaju.

W Egipcie, który wprawdzie nie ma ropy, ale ma historię, planowana jest z kolei budowa (zakończenie w 2013 r.) na pustyni monumentalnego, niemalże na skalę nieodległych piramid, Muzeum Egipskiego (Heneghan Peng). I wszyscy po cichu liczą na to, że to właśnie ich inwestycja okaże się tą najbardziej wyjątkową, na miarę Centre Pompidou, taką, o której mówić i pisać będzie się jeszcze przez dziesięciolecia. To dążenie do oryginalności za wszelką cenę sprawiło, że pojawiają się niekiedy prawdziwe potworki, jak Kunsthaus w Grazu czy (na szczęście storpedowany, choć do realizacji było blisko) ohydny projekt biblioteki narodowej w Pradze.

 

Architektoniczne szaleństwo

Bogaci inwestorzy, szczególnie arabscy, nie oglądają się na walory artystyczne, na oryginalność i funkcjonalność. Oni łakną wielkich nazwisk, które gwarantują rozgłos. Gdyby stworzyć nieformalną listę najbardziej wziętych architektów świata, to dziś bez wątpienia otwierają ją Frank Gehry i Zaha Hadid. Obydwaj gwarantują, że powstanie budynek-rzeźba. Lepszy czy gorszy, ale osobliwy. Efekt jest taki, że pracownia Franka Gehry’ego prowadzi w tej chwili, na różnych etapach realizacji, 22 inwestycje, z czego 11 to obiekty kultury. Zahy Hadid niewiele mniej.

Dostatecznie odlotowe projekty gwarantują także Santiago Calatrava, Coop Himmelb(l)au, Daniel Libeskind, Renzo Piano i paru innych, co oznacza, że na brak zamówień także i oni narzekać nie mogą. Ale nawet oryginalność za wszelką cenę może się opatrzyć. Kolejne rozlewające się jak kisiel po stole projekty Hadid (dotarły już nawet do tak egzotycznych z architektonicznego punku widzenia miejsc jak Azerbejdżan) czy „kopnięte” lub powyginane formy Gehrego powoli przestają robić wrażenie – po prostu się opatrzyły, znudziły, a nawet zaczynają irytować swą powtarzalnością.

Rzecz ciekawa, że obok tej radosnej i oszałamiającej twórczości architektonicznej funkcjonuje silny i ciekawy nurt architektury proponującej kulturze dyskrecję, minimalizm, proste, ale wyrafinowane formy. Symbolem tego kierunku może być wspomniana już galeria Tate Modern w Londynie szwajcarskiej pracowni Herzog&De Meuron. Ich projektom, podobnie jak i dziełom wyśmienitego Holendra Rema Koolhaasa, nie można odmówić rzeźbiarskiej dekoracyjności, ale równocześnie są proste, bez zbędnych ozdobników i nadbudowanych bez

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zapisz się, by w każdy piątek otrzymać informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych
Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną