Winyle, kasety, polaroidy: stare wraca do łask
Kulturalne przedmioty kultu
Winylowy singiel i gramofon 50 lat temu były najbardziej masowymi narzędziami kultury, jakie można sobie wyobrazić. Zepchnięte z rynku przez inne nośniki, wracają – ale nie jako element kultury masowej, tylko niszowej. Narzędzie didżejów, przedmiot kultu kolekcjonerów, wreszcie – nowa moda na scenie alternatywnej.
Życie takiej kulturalnej materii wydaje się mieć swoją dramaturgię – okres błyskawicznego zdobywania popularności, potem stopniowe wygasanie, a wreszcie krótsze lub dłuższe powroty – jako obiektu kultu. Kult stawia takie przedmioty prawie zawsze w opozycji do obowiązujących trendów. I tak blaknące kolory polaroidów to protest przeciwko zimnej doskonałości fotografii cyfrowej. Szumy kasety magnetofonowej – przeciwko cyfryzacji muzyki. Towarzyski charakter gier planszowych – przeciwko alienacji współczesnych graczy wideo przed monitorami.
Postanowiliśmy posegregować materię kulturalną ostatniego półwiecza. Podzieliliśmy ją na pogrzebaną (hołubioną co najwyżej przez pasjonatów i kolekcjonerów), ożywioną (wracającą na dłuższy lub krótszy czas) i zahibernowaną (nie całkiem umarłą, ale też i nie do końca żywą, wygasającą lub czekającą na zmartwychwstanie).
Pogrzebane
Radio tranzystorowe (w początkach zwane turystycznym, później – przenośnym, a potocznie tranzystorem). Jego pierwsze egzemplarze pojawiły się w USA w 1954 r. W Polsce – o dziwo, zważywszy na technologiczne zapóźnienie – niewiele później. Pierwszym przenośnym (ale nie tranzystorowym!) była Szarotka, produkowana od marca 1957 r. Ważyła 2 kg i kosztowała 1100 zł. Tranzystorem był dopiero Koliber. Na rynek trafił trzy lata później, a ważył już tylko 0,5 kg. Z czasem pojawiły się kolejne modele o coraz lepszych parametrach. Zgodnie z zasadą, że małe jest piękne: im bardziej filigranowe, tym budzące większy podziw. Mieliśmy więc Czary i Krokusy (pierwszy z falami krótkimi), Guliwery i Rytmy, Ewy i Kamy. A także Trampa, obiekt dumy polskich elektroników z racji miniaturyzacji; ważył tylko 235 g (z baterią) i był wielkości paczki papierosów.
W połowie lat 70. tranzystorki musiały ustąpić pola młodszym kuzynom – radiomagnetofonom.
Radiomagnetofon. Najpierw była Jola, później popularny MK 2500, a w końcu, wręcz legendarny RB 3200 na licencji Grundiga (1979), obiekt westchnień każdego nastolatka w Polsce. W tych czasach w Polsce ceniono jeszcze miniaturyzację, tymczasem za Oceanem już rodziła się, związana z hip-hopem, kultura ghetto-blasterów, wielkich, nieporęcznych radiomagnetofonów stereo noszonych nonszalancko na ramieniu lub ustawianych na krawężnikach ulic. Z czasem ta moda dotarła także do nas, ale długo nie zagrzała miejsca, bo już napływała kolejna – na walkmany. Szpanerskie do niedawna ghetto-blastery stały się rychło synonimem obciachu i wiejskiej dyskoteki, a do łask powróciło to co małe.
Magnetofon szpulowy. Produkowane w Polsce od 1958 r. (Melodia). Jednak szczyt ich popularności przypadł na przełom lat 60. i 70. XX w., kiedy to na rynek trafił model Tonette (1965), zwany potocznie tonetką, oraz najpopularniejszy chyba ZK 140 (1968). Później pojawiły się kolejne linie (Aria, Opus) pozwalające na odtwarzanie taśm w pionie, czym niezwykle zadawało się szyku w towarzystwie. Ale choć przemysł wypluwał kolejne produkty aż do połowy lat 80., to chętnych na nie ubywało. Woleli magnetofony kasetowe.
Pocztówki dźwiękowe. Płytowy erzac, efekt połączenia socjalistycznej biedy i zaradności prywatnej inicjatywy. Triumfowały w drugiej połowie lat 60. i pierwszej 70. Jakość nagrań była haniebna, ale miały one dwie trudne do przecenienia zalety: były tanie i zawierały najnowsze zachodnie przeboje (oczywiście nagrane piracko, ale kto by się wówczas tym przejmował). Początkowo zawierały jeden utwór, później – dwa (kompletnie ze sobą niezwiązane). Z czasem pojawiły się prymitywne studia nagrań, w których do wybranego utworu można było dograć własną dedykację.
Ożywione
Gramofon i winyle. Mimo że światowa historia gramofonu sięga XIX w., nowoczesne dzieje tego urządzenia w Polsce zaczęły się około 1963 r. wraz z pierwszymi egzemplarzami Bambino. Co roku na rynek trafiało 100 tys. takich urządzeń. Po kolejnych modernizacjach produkcję tego kultowego urządzenia zakończono w 1972 r. Później pojawiały się kolejne, mniej lub bardziej udane modele: Mister Hit (quasi-stereo), Fonomaster (dla elity), Daniel (przyciski sensoryczne), Bernard, Adam, Fryderyk itd.
Pierwszy mocny cios zadały gramofonom i płytom winylowym kasety magnetofonowe. Drugi, wydawałoby się ostateczny – płyty CD. Na początku lat 90. XX w. polskie firmy fonograficzne ostatecznie zaprzestały produkcji czarnych krążków, pozamykano wszystkie tłocznie. Ze sklepów muzycznych znikały gramofony. Już w 1994 r. w polskich sklepach muzycznych praktycznie nie sprzedawano winyli. Ich żywot w latach 90. przedłużali jedynie didżeje, miksując dzięki winylom nagrania w czasie imprez tanecznych albo wykorzystując je do scratchingu.
Od kilku lat winylowe płyty przeżywają prawdziwe odrodzenie. Pragnący ich słuchać mają dwie możliwości. Po pierwsze, mogą korzystać z nowych, dość tanich gramofonów, które znowu zagościły w muzycznych sklepach. Większość to dość tandetna produkcja dalekowschodnia z wmontowanymi (to znak czasu) portami umożliwiającymi nagrywanie płyt w formacie mp3 (od 300 zł). Droższe i lepsze modele unikają takich gadżetów, trzymając się klasycznej funkcji. Górne granice jakości i ceny są zawrotne – model Agros firmy JR Transrotor kosztuje blisko 500 tys. zł, a waży 220 kg. Jego konstrukcja zawiera m.in. układ samoczynnie poziomujący, trzy silniki i łożyska hydrodynamiczne. Możliwość druga to korzystanie ze zregenerowanego sprzętu z odzysku.
W ostatnich trzech latach produkcja płyt winylowych w USA wzrosła 3,5-krotnie, przeprosiły się z nimi duże sieci sklepów muzycznych. Produkcję nieoczekiwanie wznawia zakład w Pionkach. Tłoczenie płyt zleca na razie za granicą, ale ma w planach ponowne uruchomienie własnej tłoczni. Zaczynają od reedycji: Grechuty, Czerwonych Gitar, Demarczyk. – Świetnie sprzedają się zarówno reedycje, jak i wydania nowych wykonawców – zapewnia przedstawicielka Monika Marianowicz z Empiku, do którego wróciły działy z winylami. Do wyboru jest już 600 tytułów.
Kaseta magnetofonowa. 20 lat temu, w szczycie ich sławy, sprzedawano na świecie 75 mln nagranych kaset magnetofonowych rocznie i wielokrotnie więcej czystych. Dziś sprzedaż nagranych kaset liczy się raptem w setkach tysięcy. Przed kompletnym załamaniem rynku uchroniły ten standard audiobooki – bo gdy w domach ludzie mieli już tylko kompakty, a do joggingu – odtwarzacze mp3, w samochodach jeszcze dominowały magnetofony kasetowe. W Polsce rynek kaset trzyma się na kopiowanych masowo lekcjach języków obcych.
Przed całkowitym wyginięciem uratowali kasetę artyści młodego pokolenia, którzy w jej wadach dostrzegli zalety – to, że zmusza ona słuchacza do odbioru muzyki po kolei (a nie wybierania ulubionych nagrań, jak w wypadku mp3), uznali za pożyteczne. Poza tym zgranie płyty CD do pliku
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

