Janusz Wróblewski
2 września 2010

Rozmowa z Moniką Bellucci

Strach pozwala dobrze grać

Janusz Wróblewski: – We francuskim thrillerze „Nie oglądaj się” Mariny de Van, który wchodzi wkrótce na ekrany polskich kin, dzieli pani swoją rolę z Sophie Marceau. Obie gracie tę samą postać, pisarkę przeżywającą kryzys tożsamości.

Monica Bellucci: – Każda z nas gra inną stronę osobowości bohaterki. Sophie jaśniejszą. Jest dojrzałą, dobrze ułożoną, świetnie sobie radzącą artystką, którą dopada załamanie nerwowe spowodowane m.in. odrzuceniem przez wydawcę jej nowej powieści. Ja gram stłumioną, sekretną część jej osobowości, której istnienia ona się dopiero domyśla.

Ten konflikt pomiędzy nieświadomością i prawdą znajduje w filmie nieoczekiwany wyraz. Twarz bohaterki ulega transformacji. Traci rysy Marceau, a częściowo upodabnia się do pani. Nie przeszkadzało pani, że wasza uroda została zniekształcona?

Gdybym tak myślała, nigdy nie ośmieliłabym się zagrać Królowej Luster w „Nieustraszonych braciach Grimm”, gdzie dałam się ucharakteryzować na 500-letnią wiedźmę. Tu ryzyko było jednak większe, bo narażałyśmy się obie. Groziło nam nie tyle oszpecenie, co ośmieszenie. Nie miałam pojęcia, jak będę wyglądała na ekranie z połową twarzy Marceau. Na szczęście fachowcy od efektów specjalnych postarali się, aby nie wyglądało to upiornie.

Z kobietą reżyserką pracuje się lepiej?

Prościej. Porozumienie następuje szybciej. Z panami sprawa się komplikuje, bo dochodzi do tego kwestia płci. Barierą staje się fizyczność, jeśli mogę tak powiedzieć.

To prawda, że nie planowała pani kariery aktorskiej, tylko prawniczą?

W języku angielskim prawnik i kłamca brzmią podobnie. Prawnicy są niezłymi aktorami. Może więc nie popełniłam błędu, grając na planie filmowym zamiast w kancelarii sądowej. Zachowałam przynajmniej sumienie.

I nigdy nie żałowała pani, że nie ukończyła studiów prawniczych?

Zrezygnowałam bez bólu po drugim roku. Dla 19-letniej dziewczyny perspektywa siedzenia od rana do wieczora w bibliotece i czytania nudnych książek nie wydaje się zachęcająca. Kiedy przeniosłam się z Perugii do Mediolanu i przyjęłam propozycję zarabiania całkiem sporych pieniędzy w domu mody Dolce&Gabbana, poczułam, że rosną mi skrzydła. Byłam ciekawa świata, spragniona kontaktów z ludźmi. Udało mi się wreszcie wyrwać z małej, rodzinnej Umbrii.

Jako modelka w pełni świadoma siły swojej kobiecości podkreślała pani tajemniczy, lekko demoniczny charakter swojej urody. Czy rzeczywiście Coppola zaproponował pani udział w „Draculi” na podstawie tylko wystylizowanych zdjęć?

Tak. Lepszego startu nie mogłam sobie wymarzyć: pracować od razu z kimś tak utalentowanym i ważnym.

Nazywano panią najpiękniejszym ciałem Europy.

Ludzie mogą wybaczyć talent i inteligencję. Ale nie urodę. Piękna kobieta w potocznej opinii musi być głupia i trudno zmienić ten stereotyp.

Pani chciała z tym walczyć?

Próbowałam, angażując się na przykład po stronie włoskich kobiet, którym ograniczono prawo do sztucznego zapłodnienia. Na łamach bardzo popularnego magazynu skrytykowałam przyjętą przez parlament ustawę. W konserwatywnym katolickim kraju, takim jak Włochy, wywołało to burzę.

Z jakim skutkiem?

Zaczęło się wreszcie o tym problemie głośno mówić. Bez owijania w bawełnę i podpierania się autorytetem Watykanu.

Pozowanie nago z brzuchem w zaawansowanej ciąży to była część tego buntowniczego planu?

Dlaczego kobieta ma się wstydzić albo tłumaczyć ze zmiany swojej sylwetki, gdy jest brzemienna? Przestaje być wtedy sobą? Traci na atrakcyjności? Pasolini powiedział kiedyś, że nie mamy ciała, tylko jesteśmy ciałem. Moje piersi, brzuch są nie tylko obiektami męskich fantazji erotycznych. Spełniają też określone biologiczne funkcje. Mam prawo o tym przypominać.

Rozbierane sceny nie budzą pani protestów?

Nie boję się nagości, bo dla mnie nie ma nic piękniejszego niż ludzkie ciało. Można nim przekazywać tak wiele emocji. W „Za ile mnie pokochasz?” zagrałam na przykład prostytutkę, która kocha pieniądze, a jednocześnie jest romantyczką. Ma złożoną osobowość, sprzedaje się nie z konieczności, tylko z własnego wyboru. Jeśli nagość w filmie jest uzasadniona, nie ma powodu takiego wyzwania nie podejmować.

Co decyduje o tym, że nagość na ekranie jest usprawiedliwiona? Jak pani to rozpoznaje, skoro nie boi się występować w kontrowersyjnych scenach i czuje się w nich dobrze?

Kwestia smaku. W świecie reklamy, w którym zaczynałam, nagość jest czymś absolutnie naturalnym. Modelki akceptują swoją cielesność, czują się z nią komfortowo. Zrzucenie ubrania przed kamerą nie stanowi najmniejszego problemu. Trzeba po prostu wiedzieć, po co się to robi i dla kogo. Oczywiście w miarę upływu lat moje nastawienie ulega zmianie. Uroda nie trwa wiecznie.

 

W „Nieodwracalnym” zaryzykowała pani zmianę wizerunku. Potraktowała swoje ciało jak przedmiot. Zagrała pani ofiarę gwałtu, nie cofając się przed udziałem w bardzo drastycznych sytuacjach.

Aktor ma dawać z siebie to co najlepsze. Relacja z własnym ciałem jest częścią mojej pracy. Jeśli pojawił się pomysł, żeby sfotografować scenę gwałtu w skrajnie naturalistycznym stylu, i to zaakceptowałam, to znaczy, że wszystko w porządku. Krzywda mi się nie stała, a film wypadł dobrze, choć rzeczywiście wzbudzał wiele kontrowersji. Dzięki tej roli udowodniłam, że potrafię się na ekranie zmieniać.

Niektórzy krytycy pisali, że dosłowność pokazanego okrucieństwa i plugawy seks graniczą w tym filmie z pornografią. A pani – piękność europejskiego kina – zamiast w nim rozkwitać, brzydnie.

Występowanie w brutalnym filmie nie jest złem. Aktorzy szukają różnych okazji, aby zaprezentować swoje umiejętności. Nie tylko w komediach romantycznych. Ja trafiłam do aktorstwa prosto z wybiegu. Byłam modelką, bez szkoły teatralnej, dyplomu i doświadczenia. Potrzebowałam się upewnić, że jednak mogę uprawiać ten zawód. Przyjmując rolę w „Nieodwracalnym”, grając w filmach gangsterskich jak „Doberman” albo występując w horrorach typu „Braterstwo wilków”, chciałam się sprawdzić, poczuć, że nawet w tak „męskich” tematach i sytuacjach dam sobie radę.

Rola milczącej Marii Magdaleny w „Pasji” to też poszukiwanie?

Mel Gibson miał pomysł, żeby opowiedzieć historię męki pańskiej samymi obrazami, jak w kinie niemym. Słów miało padać bardzo niewiele. Uznałam, że to świetny koncept, wymagający od aktora specyficznych środków wyrazu. Wyrazistych i jednocześnie bardzo subtelnych. To znakomity film, w którym reżyserska wizja stanowi najmocniejszy punkt.

Dodatkowym utrudnieniem było mówienie po aramejsku.

Wszyscy musieli płynnie wypowiadać kwestie w języku, którego nie znali i nie rozumieli. Przypominającego mieszankę hebrajskiego i arabskiego. Nie było łatwo, ale się udało.

Po tym filmie rozgorzała dyskusja, czy wolno w tak naturalistyczny sposób ukazywać świętość, tajemnicę ofiary. „Pasja” jest według pani bardziej opowieścią historyczną czy symboliczną?

Myślę, że jednym i drugim. Jest jak sakralne malarstwo.

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zapisz się, by w każdy piątek otrzymać informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych
Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną