Gulasz Joyce’a
Dzieła Jamesa Joyce’a znalazły się 1 stycznia w domenie publicznej, a więc można z nich korzystać, nie oglądając się na prawa autorskie. W Polsce ma to wyjątkowe znaczenie, bo w lutym wreszcie ukaże się pierwszy przekład całości „Finnegans Wake” zatytułowany „Finneganów tren”, autorstwa Krzysztofa Bartnickiego (wydawnictwo Ha!art). Książka była gotowa już w 2009 r., ale nie mogła się ukazać, gdyż spadkobierca Stephen J. Joyce twardą ręką zarządzał spuścizną i blokował tłumaczenia.
Bartnicki, anglista, autor kilku słowników specjalistycznych i powieści „Prospekt emisyjny” (była zgłoszona do Paszportów POLITYKI), rozpoczął tłumaczenie w 2000 r. (podobno 16 czerwca, a to przecież data akcji „Ulissesa”). – Jest typem himalaisty, który chce zdobywać najwyższe szczyty – mówi Zenon Fajfer, redaktor serii Liberatura, w której ukaże się „Finneganów tren” (Liberatura to literatura totalna, w której tekst i książka stanowią nierozerwalną całość).
Bartnicki jest wielbicielem poezji Bolesława Leśmiana i przekładał ją na angielski. Leśmiana łączy z Joyce’em to, że tworzyli własny język, który wymaga od tłumacza niezwykłej sprawności i wyobraźni literackiej. „Finnegans Wake”, w którym miesza się podobno ponad sto języków, jest napisany nie tyle po angielsku, ile po „joyce’owsku”. Ten utwór fascynował Bartnickiego, zanim zaczął go tłumaczyć. Potem, w trakcie pracy, doszedł do momentu, kiedy miał już dosyć książki i twierdził wręcz, że jest przereklamowana. Przekładu jednak nie porzucił.
Ten arcytrudny utwór szczególnie pociąga tłumaczy. Sięgali po niego nawet częściej niż po „Ulissesa”. Zazwyczaj jednak próby pozostawały nieukończone, bo trudno przecież poświęcić kilka lat życia jednemu tekstowi, od którego w dodatku nie można się odrywać, bo wypada się z rytmu. Maciej Słomczyński, tłumacz „Ulissesa”, pracował również nad „Finnegans Wake”. Był przekonany, że wszystkie utwory Joyce’a oświetlają się nawzajem i tworzą całość, planował więc przełożyć wszystko. Porzucił jednak projekt przekładu „Finnegans Wake” w stanie wojennym, nie miał bowiem dostępu do zagranicznych publikacji i wyjazdów, przerwała się też jego korespondencja z innymi badaczami Joyce’a. Wydał natomiast w formie książki fragment ósmego rozdziału pierwszej księgi „Anna Livia Plurabelle”. To była książka, ale w formie listu w kopercie.
„Anna Livia” Słomczyńskiego, zdaniem znawczyni Joyce’a Katarzyny Bazarnik, jest doskonałą i piękną przy okazji próbką całości. Joyce zresztą sam publikował fragmenty „Finnegans Wake” jako „Work in Progress”. „Anna Livia” przypomina wielowarstwowy palimpsest, w którym spod spodu prześwitują poprzednie strony i rysunki, a nawet fazy księżyca. Fragmenty przekładu „Finnegans Wake” Słomczyńskiego opublikowała w 1972 r. „Literatura na świecie”. Tłumacz ogłosił też (za Josephem Campbellem, który napisał o tym już w 1944 r.), że główny wątek książki opiera się na micie Ozyrysa i egipskiej „Księdze Umarłych”. Po Słomczyńskim egipskie wątki w „Finnegans Wake” badał kolejny tłumacz Joyce’a Tomasz Mirkowicz. A w 2004 r. w nr 7/8 „Literatury na świecie” pojawiały się fragmenty przekładu Krzysztofa Bartnickiego. Wzbudziły wielkie nadzieje, ale nie było wtedy jeszcze wiadomo, czy powstanie całość.
Przyjaciele się odwrócili
Spory wokół „Finnegans Wake” trwały od samego początku. Joyce zabrał się do pisania tuż po ukończeniu „Ulissesa” w 1923 r., a ukończył go w 1939 r., półtora roku przed śmiercią. Zamiast entuzjazmu, z jakim powitano „Ulissesa”, spotkał się z ostrą krytyką. Przyjaciele, którzy zachwycili się „Ulissesem”, czyli T.S. Eliot i Ezra Pound, tym razem się od niego odwrócili.
– Ja też podzielam wątpliwości wszystkich wielbicieli „Ulissesa” – mówi Piotr Paziński, autor tomu studiów nad „Ulissesem” „Labirynt i drzewo”, laureat Paszportu POLITYKI. – „Ulisses” był niesłychanie ważny, widać jego ślady w całej literaturze europejskiej, a „Finnegans Wake” nie trafiło w europejski modernizm. Joyce zdawał sobie z tego sprawę, miał poczucie, że został zdradzony.
Kiedy ukazał się „Ulisses”, Joyce sam podrzucał rozmaite interpretacje krytykom i badaczom. Przy „Finnegans Wake” tylko tłumaczył się rozpaczliwie, że to nie był żart, że spędził nad tym tekstem wiele lat. Mało kto to wtedy dostrzegał. Joyce nie doczekał pierwszych wnikliwych interpretacji i wręcz mody na „Finnegans Wake”. Wielbicielem tego utworu był m.in. Samuel Beckett (w którym kochała się nieszczęśliwie córka Joyce’a Łucja), pisarz i mitograf Joseph Campbell, a później znany krytyk amerykański Harold Bloom.
Trudno wyobrazić sobie, w jaki sposób Joyce w ogóle napisał „Finnegans Wake”: po wielokrotnych operacjach oczu, niemal ślepy. W dodatku prawie nie trzeźwiał. Pił niemal od dzieciństwa. – Nie był pijakiem w typie Charlesa Bukowskiego – mówi Paziński – on pił już głównie w domu. Był rewolucjonistą modernizmu, a przy tym „family manem”, który bohemy nie znosił i wolał prowadzić stateczne, choć solidnie zakrapiane alkoholem życie. „Finnegans Wake” napisał nietrzeźwy, ledwo widząc, bez biblioteki – jako że się często przeprowadzali – ze słownikami, z głowy i ze słuchu. Ślepota i alkohol, jak widać, nie działały na pamięć. Półtora roku później trafił do szpitala z wrzodem żołądka i umarł na stole operacyjnym. Rozsypał się w ciągu dwu dni. Wcześniej zbudował utwór, który przekroczył wszystko, co dotąd stworzono w literaturze, nawet samego „Ulissesa”.
– Po „Ulissesie” Joyce nie mógł napisać nic mniej ambitnego, a miał ambicje ekstremalne. Nie chodziło mu jednak tylko o sztuczki formalne, ale o prawdę o człowieku. Chciał pokazać człowieka od wewnątrz, coś, czego nie znajdziemy w traktatach filozoficznych – mówi Zenon Fajfer. – „Finnegans Wake” pokazuje podświadome procesy jaźni. O ile w „Ulissesie” widzimy świadomość człowieka, tutaj schodzimy do podświadomości zbiorowej, w której kotłują się mity, religie, a wątki dnia codziennego mieszają się z filozofią.
Blisko stąd do teorii nieświadomości zbiorowej Junga, ale stosunki obu panów były chłodne. Jung napisał krytyczną recenzję z „Ulissesa”, który go znudził, poza tym podobno zupełnie bez efektów leczył Łucję, chorą na schizofrenię córkę pisarza.
Noc, godziny snu
„Finnegans Wake” jest dopełnieniem „Ulissesa”, w którym opisał jeden dzień z życia Leopolda Blooma – teraz pokazał noc, godziny snu. Cała historia przypomina marzenie senne. Część badaczy dopatrywała się w „Finnegans Wake” fabuły, inni pisali o magmie języka, która jest jednak bardzo precyzyjna. Joyce zanurzał się w ciemność, miał chore oczy, ale zbudował przemyślaną konstrukcję. Podobnie jak w „Ulissesie” całość ma strukturę koła – pierwsze zdanie łączy się z ostatnim.
– Można czytać „Finnegans Wake” jak Torę – mówi Paziński. – Legendy mówią, że znajdziemy tu milion języków, ale to jest przede wszystkim angielszczyzna, są tu kalambury
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

