Piotr Sarzyński
15 kwietnia 2012

Aukcje – najdroższe dzieła sztuki światowej

Młotkiem i pędzlem

Polski rynek sztuki ma się mniej więcej tak do światowego, jak schronisko młodzieżowe do hotelu Ritz. Ale przecież i w jednym, i w drugim mogą dziać się ciekawe rzeczy. No i się dzieją.

Na świecie padł niedawno absolutny cenowy rekord. Za jeden z najbardziej znanych obrazów Paula Cezanne’a „Gracze w karty” katarska rodzina królewska zapłaciła dotychczasowemu właścicielowi, greckiemu armatorowi Georgeowi Embiricosowi, 250 mln dol. Podobno do transakcji doszło pod koniec ubiegłego roku, ale świat dowiedział się o niej dopiero w połowie marca. To kwota zawrotna nawet dla przyzwyczajonego do oszałamiających cen rynku sztuki, wyższa od dotychczasowego rekordu o ponad 100 mln dol.

To nie koniec atrakcji, jako że znany dom aukcyjny Sotheby’s zapowiedział, że już w maju pójdzie pod młotek jeden z najbardziej rozpoznawalnych obrazów świata – „Krzyk” Edwarda Muncha. To wprawdzie jedna z czterech wersji, jakie namalował artysta, ale trzy pozostałe znajdują się w norweskich muzeach i trudno przypuszczać, by kiedykolwiek były na sprzedaż. Eksperci szacują jego cenę na 80 mln dol., ale może się okazać, że będzie to dużo więcej. Przypuszcza się też, że w niedługim czasie może powrócić na rynek „Portret dr. Gachet” van Gogha. Japoński miliarder Ryoei Saito, który nabył go w 1990 r. za 82,5 mln dol., zmarł sześć lat później, a dalsze losy obrazu nie są znane.

Co ciekawe, na międzynarodowym rynku malarstwa najmniej cenowych rekordów odnotowuje się tam, gdzie na zdrowy rozsądek powinno być ich najwięcej – w obszarze sztuki dawnej. To jednak łatwo wyjaśnić: po prostu bardzo rzadko trafiają pod młotek arcydzieła wielkich mistrzów, takich jak Rubens, Rembrandt, Tycjan czy Rafael. Te prace zapadły już w muzeach na wieczność i tylko kataklizm mógłby je stamtąd wydostać. W tej sytuacji nawet dzieła malarzy spoza ścisłej czołówki potrafią poruszyć kolekcjonerów. Tak się stało w ubiegłym roku z widokiem weneckiego Canale Grande pędzla Francesco Guardiego, malarza technicznie perfekcyjnego, ale przecież niewybitnego, który sprzedano za niebagatelne 43 mln dol.

Prawdziwa zabawa w licytowanie zaczyna się dopiero przy pracach powstałych w okresie impresjonizmu i późniejszych. Sporo dobrych obrazów z ostatnich dwóch stuleci pozostaje w prywatnych rękach i gdy tylko trafiają na rynek, zaczyna się cenowe szaleństwo.

Starcie tytanów

Przez ostatnie dekady był to przede wszystkim pojedynek dwóch tytanów malarstwa: van Gogha i Picassa. Śrubowanie cen zaczął Holender od „Irysów” sprzedanych w 1987 r. za 54 mln dol. Później był „Portret Josepha Roulina” (1989 r. – 58 mln), wspomniany już „Portret dr. Gachet” (1990 r. – 82,5 mln), „Pole pszenicy z cyprysami” (1993 r. – 57 mln), a w końcu „Autoportret bez brody” (1998 r. – 72 mln). Po nim, już w XXI w., palmę pierwszeństwa przejął Hiszpan, a ceny za takie prace jak „Dora Maar z kotem” czy „Chłopiec z fajką” wywindowano już w okolice 100 mln dol. Jedynymi, którzy jako tako włączyli się do tej pośmiertnej rywalizacji, byli Renoir („Bal au Moulin de la Galette” – 78 mln dol. w 1990 r.) oraz Rubens („Rzeź niewiniątek” – 77 mln w 2002 r.).

Przełomowy dla rynku sztuki okazał się rok 2006. Po pierwsze dlatego, że ceny za najlepsze prace znowu ochoczo poszybowały w górę, a po drugie, ponieważ do dwuosobowej grupki liderów dołączyli kolejni artyści. Bo oto znaleźli się kupcy gotowi zapłacić za chlapane płótno Pollocka 140 mln dol., za straszącą dzieci „Kobietę III” de Kooninga – 137,5 mln, za słynny zaś „Portret Adele Bloch-Bauer” Klimta – 135 mln. W tej sytuacji osiągnięte dwa lata później 100 mln za „Ośmiu Elvisów” Warhola i 86 mln za „Tryptyk” Bacona uznane zostało za naturalną kolej rzeczy. Najwięksi gracze na rynku przyzwyczaili się już, że za wybitne prace znanych malarzy trzeba płacić po kilkadziesiąt milionów dolarów, za prace tych najsłynniejszych – ponad sto.

Podczas gdy najwięksi zachodni kolekcjonerzy przechadzali się po salach aukcyjnych nowojorskich i londyńskich siedzib Sotheby’s oraz Christie’s, dość nieoczekiwanie i gwałtownie wyrósł im pod bokiem rynek alternatywny – Chiny. O ile niegdyś, w okresie boomu gospodarczego Kraju Kwitnącej Wiśni, najbogatsi Japończycy, lecząc kompleksy, pragnęli gromadzić głównie sztukę europejską i amerykańską, o tyle Chińczycy najlepiej czują się we własnym artystycznym sosie. Czy nazwiska Qi Baishi, Wang Meng, Beihong Xu czy Wou-ki Zeng mówią coś czytelnikom POLITYKI (oczywiście nie tym, którzy są historykami sztuki specjalizującymi się w Dalekim Wschodzie)? A teraz już powinny, tak jak mówią nazwiska Tycjan, Monet czy Dali. Bo na przykład praca rzeczonego Qi Baishi „Anioł stojący na sośnie” sprzedana została w 2011 r. za 55 mln dol. Łączny dochód ze sprzedaży obrazów innego malarza Chang Dai-chiena wyniósł w ubiegłym roku 500 mln dol.!

Dziś już 51 proc. obrotów światowego rynku sztuki przypada na Chiny i aż strach pomyśleć, co się stanie, gdy swoich Zengów, Mengów i Wangów postanowią tam zastąpić Degasami lub Pollockami.

W październiku 2011 r. praca Gerharda Richtera „Świeca” została sprzedana za 12 mln dol. Poproszony o skomentowanie tego faktu artysta niezwykle przytomnie zauważył: „Jest to tak samo, jak światowy kryzys bankowy: absurdalne, niezrozumiałe, groteskowe i nieprzyjemne”. Miesiąc później inna jego praca „Obraz abstrakcyjny” osiągnęła cenę 20 mln. Co wówczas pomyślał artysta – strach się nawet domyślać.

Polska, cenowa prowincja

Na tle tych wielkich światowych licytacji nasz rynek aukcyjny prezentuje się skromniutko, a nawet – bądźmy szczerzy – prowincjonalnie. Jego roczne obroty wahają się pomiędzy 300 a 500 mln zł; na świecie ledwie by starczyło na jedną porządną pracę. W samych tylko Chinach w ubiegłym roku sprzedano blisko 700 dzieł w cenie powyżej miliona dolarów. U nas, w całej historii rynku sztuki – ani jednego, a transakcja za równowartość 100 tys. dol. jest już dużym środowiskowym wydarzeniem.

Nic więc dziwnego, że najbardziej ekscytują nas gościnne występy polskich artystów na aukcjach w wielkich metropoliach świata. W kwietniu 2011 r. obraz „Taniec wśród mieczów” Henryka Siemiradzkiego sprzedany został na aukcji w Nowym Jorku za ponad 2 mln dol. Ten akademik lubiany jest przez rosyjskich kolekcjonerów, można więc przypuszczać, że obraz zawiśnie na ścianie którejś z podmoskiewskiej rezydencji. To jednak chlubny wyjątek. Generalnie bowiem nikt tam nie widział, nie słyszał i słyszeć nie chce o żadnym Matejce, Malczewskim czy Wyspiańskim, a jedynymi, którzy ocierają się o aukcyjne salony, są twórcy współcześni. Kwoty, jakie uzyskują, rzeczywiście mogą u nas budzić respekt: 713 tys. funtów (ok. 1,13 mln dol.) za „Tryptyk liczony” Romana Opałki (2010 r.), 568 tys. funtów (blisko 900 tys. dol.) za „Nazistów” Piotra Uklańskiego czy 465 tys. dol. za tryptyk „Palące dziewczyny” Wilhelma Sasnala. Trzeba jednak pamiętać, że najsłynniejsi żyjący twórcy sprzedają prace

...

[pełna treść dostępna dla abonentów]

Polityka on Facebook

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną