Fragment książki "Pensjonat"
W drugiej paczuszce były listy, wojenne, adresowane w Warszawie, słane do Łucka. (Bo tych, co szły z Łucka do Warszawy, nie ma.) Jak to możliwe, że wtedy tam, że poczta mimo wszystko działała i wypuszczali te listy, przecież wiedzieli, co zamierzają zrobić z ich nadawcami za rok czy za pół roku. Niedopatrzenie czy oszukiwali do końca?
Ale i tak pozostały tylko pojedyncze słowa, rozproszone to tu, to tam. Ciężko cokolwiek odczytać, jakby zapisano je nie atramentem, lecz sokiem z cebuli. A w miejscu każdej zatartej litery zalęga się zło, czyż nie tak? A każdy kaleki daszek, naderwana nóżka, uszkodzona korona, choćby szczelina w niej była ledwie na włos cienka, czyż nie wzruszają podstawami wszechświata i nie odbierają mu cząstki jego istnienia?
- Widzisz coś? – pani Tecia znów zajrzała mi przez ramię. Na jej twarzy malował się niepokój. – Nic już nie widać?
Skinąłem głową.
- Wiedziałam, że tak będzie – jęknęła. – Tyle czasu leżą! A to cała historia rodziny! I twojej babci też. I wujka. Adam, mój siostrzeniec, miał zrobić kopie, ale on wciąż nie ma czasu. Warto zanieść do archiwum, ale tam na pewno zgubią, lepiej już, żeby tutaj...
Nie czekając na pozwolenie ściągnąłem gumki z następnej paczuszki. Spod trzech warstw gazet, pociętych na równe kawałki, wyłonił się kolejny plik listów. Wszystko jak egipski papirus, szczątki liter na bibułkach. Listy, być może już powojenne, po żydowsku, zmieszane z rachunkami za elektryczność, bo przecież żadnego świstka nie wolno wyrzucić, a nuż będzie potrzebny? Listy pisane piórem, krojem, jakim nikt dzisiaj nie pisze. Kto je teraz przeczyta?
Siedziałem pewnie godzinę, nie zważając na panią Tecię i próbując odcyfrować zawartość kolejnych paczuszek. W pokoju robiło się coraz ciemniej, a mnie nie chciało się wstać i zapalić żyrandolika. Litery w listach, i tak prawie nieczytelne, roztapiały się w mroku. Ubywało ich z każdą chwilą, w miejscach, gdzie jeszcze przed momentem mogłem dostrzec ich zarys, a nawet próbowałem na powrót ułożyć z nich słowa, uchwycić ich wspólny sens w jakimkolwiek języku, rozpościerała się teraz wyłącznie pustka wystrzępionego pergaminu. Zdejmowałem więc kolejne recepturki, odwijałem bibułki i zrywałem warstwy gazet, które kruszyły się pod palcami, jakby pod ciężarem kiedyś wydrukowanych słów. Każdy kolejny arkusik listowego papieru najpierw drżał w moich rękach, sprawiając wrażenie, że tli się w nim jeszcze drobna cząsteczka zapomnianego życia. Obracałem go w dłoniach, podnosiłem do góry, korzystając z resztek dziennego światła, które przedzierało się przez ażur firanek. Wytężałem wzrok i przez zmrużone powieki próbowałem czytać pochyłe zdania, ale arkusik zapadał się w sobie, gasł coraz prędzej i czerniał, że nie widziałem już nic.
- Ja nie mam już siły – szepnęła pani Tecia. Jakiś czas temu, nawet nie zauważyłem kiedy, powoli przesunęła się wzdłuż stołu, żeby nie stracić punktu oparcia, po czym położyła się, a właściwie padła bezwładnie na łóżko, w pozycji półpionowej, jakby zamierzała wciąż siedzieć i toczyć ze mną pogawędkę. Oddychała cichutko. Podszedłem, aby wyciągnąć spod poduszki kraciasty koc i szczelnie nim okryć jej drobne, wiotkie ciało.
- Nie przeszkadzaj sobie, siedź jeszcze trochę. Ja nie śpię. Zostań – poprosiła.
Poprawiłem poduszkę. Pani Tecia kazała ustawić ją na sztorc.
- Tam są jeszcze fotografie. Zobacz, ciekawe.
Drugie pudełko po butach także przewiązano kiedyś tasiemką. Węzeł nie ustąpił pozostał w palcach, ale pudełko w końcu musiało się otworzyć. Wewnątrz leżały pakieciki podobne do tych poprzednich, może bardziej spłaszczone i w mniejszym stopniu przypominające mumie. Wyjąłem jeden, potem drugi. Misterna wewnętrzna konstrukcja natychmiast się rozleciała.
- To nie oglądaj teraz – w głosie pani Teci słychać było nieśmiałą prośbę. Dać jej spokój i wyjść. – Weź z sobą. Nie chcę tego już mieć u siebie.
Prawie się ucieszyłem. Wrzuciłem paczuszki z powrotem do pudełka jak popadło. Nie chciało się domknąć. Związałem całość resztkami tasiemki.
Pani Tecia westchnęła ciężko. Zabierałem jej skarb.
- Dobrze, że przyjechałeś – uśmiechnęła się delikatnie. – A teraz już muszę się położyć. Przed kolacją. Widzisz, ja już do czynnej pracy się nie nadaję. No, idź.


