Miron Białoszewski
30 stycznia 2012

Fragment książki: "Tajny dziennik"

 

Prelegent

- To widocznie albo mieli doświadczenie w poprzednich wcieleniach, albo przed zachorowaniem, musiał być początek przed zachorowaniem.

Le. kręci głową. Ja go uspokajam, żeby był grzeczny. Le. pyta, co kto zrozumiał z tego, co tu było? Co na to młodzi? Co skorzystali z tego wykładu? Bo przecież to biegunka. A co do świętych, to święci w chrześcijaństwie osiągali wizje i stany specjalne przez katowanie, umartwianie ciała, podczas gdy joga każe o ciało dbać, żeby przygotować do wizji. Więc odwrotnie.

Hałasy, protesty, oburzenia. Pan obok robi złe miny. Pan przed nami orzeka, że to ogromny temat. Le. mu tłumaczy, że zna ten temat bardzo dobrze. Ten pan, że trzeba tyle i tyle przeczytać. Le. mu mówi, że przeczytał dużo. Nieporozumienie. Prelegent tłumaczy się rezolutnie

- Ja nie dałem swoich poglądów, ja tylko przytaczałem cudze zdania. Komu to się spodobało, niech podniesie rękę.

Dużo rąk, oklaski. Ale któryś student mówi, że nie chodzi o złośliwości, że prelegent na pewno ma doświadczenie i wiedzę, ale gdyby on miał takiego wykładowcę, to by go nie chciał słuchać. Małe zamieszanie.

Le. do mnie, że musiał ostro, nie trzeba ukrywać, jak coś jest nie tak. Joga ważna rzecz, nie można paplań przyjmować na łagodnie.

W szatni słychać Le. Ponad wszystkich. Dyskutuje z panem, który siedział przed nami. Na ulicy ochlapują nas samochody. Pan z teczką pod pachą nie ma chęci z nami się rozstawać, przytacza profesorów matematyki, którzy byli wielkimi uczonymi, a nie umieli mówić, a ci, co umieli mówić, wiedzieli o wiele mniej, na przykład profesor...

Widzę nagle, że Le. nie ma. Oglądam się, a on otwiera drzwi apteki.

Wołam do tego pana

- Przepraszam, do widzenia.

Cofam się do drzwi apteki. Le.

- Przeczekajmy, niech przejdzie, przecież to nuda gorsza od tamtego.

Wychodzimy z apteki. Ostrożnie przy murze. Przed nami za jezdnią w deszczu pod murem pan z teczką, ociąga się, idzie, obchodzi kiosk, znika w bocznej ulicy. Le. mówi, żeby zaczekać, bo on chytry, pan się znów ukazuje, obchodzi róg, idzie przed siebie przy murze. My idziemy wolniutko i wpadamy do baru mlecznego.

- On pleplał.

Ja do Le.

- To nauczyciel, typ nauczycielski.

- Nie poniżaj nauczycieli.

- Ale są tacy jak on, co tak montują, wykręcają wszystko.

Jakżeśmy pojechali dwadzieścia lat temu do Olsztyna, Krysia Garwolińska tam siedziała i mnie ściągnęła, chciała, żebym zarobił, zrobiła mi ileś wieczorów i poranków autorskich w kupie. W południe idę do szkoły, uczniowie poustawiani w pary, tłok na schodach, tłum, gorąco. Myślę sobie, na kogo to taki tłok? I nagle błysk świadomości - że to na mnie. Wchodzę do ogromnej sali pseudogotyckiej. Z początku trema. Potem dobrze. Wieczorem występ u aktorów. A jeszcze po południu w innej szkole. Kwadrans autorski w przerwie wyborów do samorządu szkolnego. Stłoczona  młodzież w ławkach. Nauczycielka przerywa wybory. Ogłasza

- Teraz usłyszymy wiersze, dzieci, poezja współczesna jest realistyczna.

Odczytałem wiersze. Te z "Obrotów". Nauczycielka

- Dzieci, jak widzimy, poezja współczesna nie jest realistyczna.

Le. mówi do mnie

- To dobrze, że mi o tej nauczycielce mówisz.

- No i jeszcze w te piętnaście minut w Olsztynie zaczepiła mnie jedna, okazuje się, kuzynka, bo w domu jej matki w Garwolinie mieszkała wtedy moja matka. Pakowne

- To dobrze, że takie pakowne

- A pewnie

- Te nauczycielki potrafią wykręcać, kłamać.

- Jak Sara Abrahamowa w żywe oczy kłamała do Trójcy Świętej. One sobie powiedziały "My przed tronem Boga będziemy mówić tym samym językiem".

Le.

- To i tak ładnie powiedziały.

- Aa, ale to nie one, to ja wymyśliłem.

- A to co innego.

Zeszło na Nałkowską. Le., że nie czytają jej. Straszna baba. Leżała na mchu. A nie było jego. Jego. Mężczyzny. Na sztuce się nie znała. Zupełnie. Le. odczytał mi, jak Nałkowska zdążyła się pokłócić z Konopnicką . Był jubileusz Orzeszkowej w Warszawie. Zjazd kobiet. Z Konopnicką na czele. W pewnej chwili młoda Nałkowska wystąpiła z zarzutami, ze pominęło się zupełnie równouprawnienie kobiet. Student Meisner i niektóre panie ją poparły. Inne się oburzały, przerywały. Przewodnicząca dzwoniła dzwonkiem. Nałkowska dalej wygłaszała referat. Przeciw życiu tylko po to, żeby chować dzieci. Że ludzie nie stajnia. Że kobiety powinny mieć równe prawa z mężczyznami w wolnej miłości. Żyje się dla szczęścia. Szum. Konopnicka wstała oburzona i wyszła. Za nią wyleciała na korytarz przewodnicząca i różne panie. Oburzenie, że Nałkowska przytaczając ruch kobiet w pisarstwie ani słowem nie wspomniała o jubilatce. Konopnicka dopiero dała się udobruchać w parę dni potem. (...) Wydrukowała odezwę, w której wspomina, że chciałaby kobietom ułatwić coś tam i drogę do nieba. Ja na to

- Co?

Le.

- Zupełnie jak te nauczycielki.             

Marzec.

Leszkowi znów ktoś wpisał do wiszącego zeszytu brzydkie słowa.

- Chyba go już zdejmę, wystarczy.

Ludwikowi [Hanna] Kirchner dała książkę o Mickiewiczu świeżo napisaną przez Witkowską. Są tam nowe materiały. Jak Towiański (tu Ludwik pokazał fotografię Towiańskiego z książki Marii Czapskiej) pozapinany na wszystkie guziki aż po samą szyję jedzie z Podola dyliżansem do Paryża, bo miał objawienie. A Mickiewicz miał właśnie też objawienie - tu trzeba zalitwaczyć - że ktoś jedzie. Ludwik powiedział, że nic dziwnego, ze na Podolu objawienie. Jak był mały, przyszła do jego sióstr koleżanka, zagrali w fanty i jak na nią wypadło, to ona usiadła na krześle, też pozapinana na wszystkie guziki i śpiewała

Na Podolu biały kamień

Biały kamień na Podolu,

Ter ter tor doktor.

Podolanka siadła na nim

Siadła na nim Podolanka,

Ter ter tor doktor.

Podolanin przyszedł do niej

Przyszedł do niej Podolanin,

Ter ter tor doktor.

I tu siostry Ludwika zachichotały, tamta urwała. Nie wiadomo, co dalej.

Lu. do Lucynki

- Pamiętasz?

- Nie, nie pamiętam.

W ogóle tej sceny nie pamięta.

Celina Mickiewiczowa była w szpitalu wariatów. Towiański mówił do Mickiewicza, ze ją uzdrowi. Jadą do szpitala. Tam nie chcą Towiańskiego dopuścić. Ale jakoś w końcu dopuścili. Zabiera ją do powozu. Uzdrawia. A jak? Ano, ona już normalnie rozmawia. Tylko powiedziała, że rozmawiała z Mojżeszem. Witkowska, autorka książki, w tym miejscu dopytuje się sama siebie o materiał do tego dialogu między Mickiewiczem, Towiańskim a Celiną. Ludwik się dziwi

- Rozmawiała z Mojżeszem, wiadomo.

Bo była mecheską. Trzecie pokolenie chrzczonych frankistów. Po śmierci matki w Petersburgu zajechała do Warszawy do dziadka na Waliców do browaru, a on już był tylko wtedy starym Żydem. Stamtąd ona do Paryża. Mickiewicz pisze o niej: "jestem tu z tą moją bidną mecheską". To Norwid przytacza. Ludwik pyta Kirchner, czy Witkowska wie o tym, a Witkowska do Kirchner, że tak. Ma do niej pretensje stary Górski, któremu Czapska wytknęła powoływanie się na fałszywe źródła. Witkowska o mechesce nie dała, bo cenzura, ale mówi

- Ja im jeszcze tę mecheskę wywalę!

Mało tego. Ma jeszcze list Krasińskiego, gdzie Krasiński pisze o Celinie "ta Żydówa".

Ludwik powiedział

- Teraz rozumiem u Krasińskiego, skąd Przechrzta. To było aż tak blisko.

Ale skoro Witkowska nie dała mecheski, ani Żydówy, to to jest okaleczone.

Chce przekazać te sprawy Maryni Czapskiej. Trochę obawy o cenzurę listu. Ale może cytaty przejdą. I czyta mi z książki Maryni Czapskiej listy, dokumenty, jak ojciec Mickiewicza napadł na sąsiada. Aż łapali go za ręce i odejmowali te ręce od czyjejś głowy. Tak bił. Był komornikiem. Zrujnował jednego Żyda. Josielewicza. A w ogóle mieli jedną sługę. A w "Panu Tadeuszu" ho ho. Marynia Czapska pisząc książkę o Ludwice Śniadeckiej przed wojną jeździła do Otwocka, gdzie mieszkał u pani doktor Zofii Dobrowolskiej, zresztą tej samej, co mnie leczyła w dwadzieścia lat później z gruźlicy, Fiłosofow, emigrant rosyjski, kolega Aleksego Tołstoja, Rozanowa, tu w Polsce przyjaciel Józefa Czapskiego. Był znawcą świetnym i ostrym doradcą. Między innymi Marii Dąbrowskiej. Doktor Dobrowolska opowiada, że pani Maria Czapska z płaczem od Fiłosofowa wyjeżdżała. Do Ludwika [Heringa] zwierzała się Marynia

- Wlałabym wypić szklankę trucizny niż do niego jechać.

Ale wyćwiczył w niej wściekły obiektywizm i rzeczowość. Ludwik dalej mówi

- Mieli pretensje do Celiny, że nie umiała zrazów robić. Nędza. Zrazy z kaszą. Miała to świetne wychowanie. Grała na fortepianie. Matka pianistka i kompozytorka. Migdałowe oczy. I ona do gotowania obiadu! Waliców. Wołoscy, rodzice Marii Szymanowskiej. Za młodości Marii szpieg donosił, że u tych chrzczonych Żydów nic się złego nie dzieje, tylko muzykują. Ale po czterdziestu latach to rozbudowały się obok te Haberbusze, piwa. Ja czuję, że to w tym samym lokalu, bo na Walicowie doktor Hering urządzał seans spirytystyczny. I żeby nie było nadużyć, on trzymał medium za jedną nogę, a Prus za drugą. Tak jest w protokóle.

 

[Wybór fragmentu dla POLITYKA.PL: Tadeusz Sobolewski] 

Polityka on Facebook
Newsletter
Zapisz się, by w każdy piątek otrzymać informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych
Literatura Polska

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną