Iwaszkiewicz, jakiego nie znaliście
Wszyscy mężczyźni płaczą
Autoportret, który tworzy w dzienniku, zmienia się z czasem. W tomie pierwszym żenująca wydawała się jego mania wielkości. Tutaj – przeciwnie, jest pełen zwątpienia. Owszem, wierzy w swoją misję promowania literatury polskiej za granicą, ale nie wierzy już w swoją twórczość. I to najbardziej zaskakuje, bo był przecież cały czas obsypywany honorami. Jakże inny obraz siebie miała Dąbrowska czy Nałkowska.
„Wyrosłem jako pieczarka – a później okazało się, że purchawka. (…) Mam żałosne poczucie, że nic nie napisałem”. Obarcza za to winą swoją wewnętrzną pustkę, brak wiary, namiętności, ale i prowincjonalizm, który jest cechą naszej literatury. „Nie Gide, nie Tołstoj, ale Iwaszkiewicz. A to jest bardzo mało”. Zazdrości Dąbrowskiej, która ma „Nobla w kieszeni” i jest sumieniem narodu, sączy złośliwości pod jej adresem, by na końcu dodać, że sam jest pisarzem trzeciorzędnym. Zgadza się ze Stefanem Kisielewskim, który powiedział mu, że współczesne opowiadania z tomu „Tatarak” są niedobre, że powinien być staroświecki. Racja, niedobre, jestem niedzisiejszy – powtarza. „Bardzo to przykre zostać niepełnym pisarzem, czymś marginesowym, kiedy się miało taki głód wielkości”. Wstydzi się „Sonetów sycylijskich” – słabizna. Coraz rzadziej pisze w uniesieniu, zdarza mu się to w czasie pobytu w szpitalu. Wtedy wiersze „rodzą się jak rzeźby, nieodwołalne, namacalne, konkretne jak przedmioty”. Pisząc je czuł się tak, jakby nagle w kimś się zakochał. Nie dbał o to, jak będą oceniane. „Prawdziwe szczęście jest tylko w sztuce. Mimo wszystko” – notował przy innej okazji.
I to już wszystko?
Tymczasem to, co uważał za swoją słabość, z czasem okazało się siłą jego twórczości. Właśnie owa staroświeckość, to, że nie podążał za swoim czasem (oprócz kilku prób socrealistycznych) i był „niedopasowany”. Był wierny swojemu odczuwaniu świata. „To chyba i cała wada mojego pisarstwa, wszystko tam odczute, a nic nie pomyślane”. Nikt tak jak Iwaszkiewicz nie opisał i nie odczuł zagadki śmierci. A sumienia narodu trafiły do lamusa, by wyłaniać się z nich po latach tylko dzięki swoim dziennikom.
Iwaszkiewicz w „Dzienniku 1956–1963” obsesyjnie żegna się z przeszłością. Powtarza swoje pytanie z dzieciństwa: „I to już wszystko?”, które jest znakiem nienasycenia życiem. Ale też nie wierzy, żeby coś jeszcze było przed nim. Przyszłości nie widzi. Widzi tylko fiasko wspaniale zapowiadającej się drogi. Tymczasem przed nim były jeszcze m.in. najpiękniejsze wiersze, jakie kiedykolwiek napisał, z tomu „Mapa pogody” i „Muzyka wieczorem”. Powstały niedługo przed śmiercią w 1980 r. W tych strofach jest i niewygoda starości, i czułość dla minionych ludzi i przedmiotów, i żal, że nikogo się już nie obchodzi. I świadomość, że „świat będzie taki sam. Beze mnie”. I jest też poczucie, że mówił w poezji (w prozie również) – własnym i zupełnie wyjątkowym głosem. „Ty – nie zostawiaj mnie tutaj samego/Gdy odlatują gwiazdy i bogowie/Posłuchaj słowa prostego mojego/Bo już nikt inny tak tobie nie powie”.

