Rozmowa z autorami kryminału "Orchidea"
Ich troje i ONA
MW: Czyli, jak mniemam, były jakieś granice, za które nie przeprowadziliście bohaterów?
IG: Są zasady!
MŚ: Trzeba stać na ziemi!
GG: Tak!
IG: Bohaterowie nasi żyją w pewnej świadomości czytelniczej. Są znani z poprzednich książek. Możemy się więc do nich dystansować, wyjaskrawiać pewne cechy, o których mówiliśmy. Ale nie możemy robić czytelnikom wolty, której nie pojmą.
MW: Że na przykład mistrz założy Pradę?
GG: Albo posprząta w mieszkaniu.
IG: Albo puknie Józefa Marię.
MŚ (w ostrym proteście): Nie, nie, nie! mistrz nie uprawia seksu. Choć kiedyś uprawiał. I pamięta.
GG: Jeśli chodzi o naszych bohaterów, to tylko Julia ma seks. Z jakimś przypadkowym bubkiem. Jeden udokumentowany w książce seks!
IG: Powstrzymywaliśmy się wzajemnie. Padało często „mistrz by tak nie zrobił”. Albo „Józef Maria by tak nie zrobił”. Granice postawiliśmy tylko wobec naszych bohaterów.
MŚ: Nie tylko. Ale ja teraz mam pytanie: Czy jest jakaś wyjątkowo niesympatyczna postać w tej książce?
MW: Nie ma.
MŚ: Nawet ci różni mordercy, różni zwyrodnialcy mają w sobie coś takiego…
GG: Nawet ci zwyrodnialcy w maskach…
MŚ: No właśnie. Każdy jakiejś drużynie kibicuje, matkę ma. I tak dalej.
GG: To jest bardzo poczciwa książka.
MŚ: Są takie powieści kryminalne, gdzie przychodzi potwór, morduje wszystkich i jest zepsuty do granic możliwości. Tu nie ma tego.
MW: Tak?
MŚ: Tak. Na przykład pan Gienek, Lwowiak, miał być uśmiercony. Ale myśmy za bardzo go polubili i oswobodzili. Przeżył.
MW: Bardzo szlachetne. Widzę, że i tak się można bawić.
MŚ: Tak! Ja dostrzegam teraz w ogóle, że ta książka ma swojego ojca, którym jest Boris Vian [francuski pisarz pierwszej połowy XX wieku, surrealista, chętnie posługujący się grami słownymi, czarnym humorem i absurdem. Kryminały pisał pod pseudonimem Vernon Sullivan – przyp. red.]. On miał szacunek dla czytelnika i dla gatunku. A mimo wszystko nieźle się bawił.
IG: Nie jesteśmy potworami, które potrafią sobie robić jaja ze wszystkiego.
MŚ: Chyba jesteśmy.
GG: Pewnie tak.
IG: Ale są granice – zwłaszcza w przypadku tej książki. Z bardzo prostego powodu: ta książka jest bardzo dobrze skonstruowana. Więc nie potrzebujemy żadnego skandalu, proszę pana.
MW: Z drugiej strony indeks z nazwiskami osób z tej książki byłby bardzo długi. I sam nie wiem, czy zaszczytem byłoby się tam znaleźć!
MŚ: Grin musiał rozdać bardzo dużo egzemplarzy. Wszystkim, którzy nam pomagali i którzy tam występują. Największe rozdawnictwo w historii!
MW: Pięknie. Ale ja pytam, czy procesy będą?
MŚ: Żadnego!
MW: Hm. Porozmawiajmy zatem konkretnie. Poeta i pisarz poznański Edward Pasewicz. Użyliście komisarza Marcina Zielonego, bohatera jego powieści „Śmierć w darkroomie”, a potem napisaliście w podziękowaniach Pasewiczowi tak: „Dziękujemy Ci za ten odcinek, za ziemię, po której stąpasz i za Twoje lśniące futerko, nawet jeśli nie lśi ono dla nas, a odcinek nie ma sensu”.
MŚ: A skąd!
GG: Nie!
IG (po chwili milczenia): Odgryzł się nam w ten sposób, że zrobił odpowiednie biograficzne notki podczas naszego spotkania promocyjnego.
MŚ: Ty miałeś najśmieszniejszą.
IG: No bo jak ktoś pisze, że „Grin jest obrońcą fok”, to...
MŚ: Napisał ci też, że jesteś autorem „Szczęśliwej drogi, Manat!”. I według Edwarda bohater mojej powieści zwany jest ministrantem, a poza tym mam zespół Ciemniaki.
IG: To jest właśnie ta czułość.
MW: „Czułość”? A wizualizacja walki w kisielu dwóch profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego - Mariana Stali z Martą Wyką?
MŚ: Tego się akurat boję.
IG: Wiecie, a ja zapomniałem o tym! Daliśmy to w końcu?
MŚ: Było, było! Daliśmy to!
IG: No dobra. Poza tym odpowiedzmy jednak, że to jest wszystko niebywale proste. Jeśli komuś w tej książce naprawdę się oberwało, to ani pan, ani czytelnicy, ani nikt o tym nie wie.
MŚ: Poza nim. On wie.
IG: Natomiast cała reszta jest traktowana z wielką czułością.
MW: Czułością złośliwą.
MŚ (zachwycony): O! „Czułość złośliwa”. Dobry tytuł! A wy wiecie w ogóle, kto wymyślił tytuł „Orchidea”?
GG: Siedzieliśmy w „Alchemii”, ja wstałam na chwilę i wyszłam…
MŚ: …przyszedł saksofonista z zespołu Kryzys, Tomasz Świtalski i powiedział: „Czy mogę przysiąść na tym zydelku, na którym siedziała przed chwilą ta Orchidea?”
IG: Myśmy wtedy spojrzeli z Marcinem na siebie, powiedzieliśmy Świtalskiemu, żeby siadał. Świtalski siadł, tytuł mieliśmy.
MW: Coś posmutniałaś, Gaju.
GG: Bo tytuł mieliśmy, ale ja nie miałam gdzie siedzieć.
MW: Wracając jeszcze do czułej złośliwości. Paweł Dunin-Wąsowicz chyba się także załapuje w tej kategorii? Po odcinku, w którym on występuje napisaliście: „Przyjechał, beknął, pojechał i powiedział: mogło być gorzej, jakbyśmy, *****, nie wiedzieli”.
IG: Wywaliliśmy mu pół odcinka i pół podziękowań, gdyż był w takim stanie, że nie było ludzkiej siły, żeby wyciągnąć z tego jakikolwiek sens. Pan koniecznie napisze o tym, proszę pana.
MW: Notuję skrupulatnie.
[IG, GG i MŚ wychodzą po alkohol i do toalety]
AKT III
[Przychodzi GG]
MW: Gaja, tak mi się wydaję, że Grin ze Świetlickim się kłócą, ścierają, ale ostatecznie to Ty miałaś głos rozstrzygający. Dobrze myślę?
GG (z gracją i pełnym luzem oraz poczuciem kontroli mieszając soczek): Nieee. Gdy były jakieś kwestie sporne, to rozwiązywaliśmy je wspólnie. Często za pomocą głosowania.
[Wracają IG i MŚ. Z alkoholem.]
IG: Tak! Myśmy jamowali. Ktoś zaczynał, ktoś kończył. Ja to zdanie wpisywałem do komputera.
MW: Zwykła robota?
IG: Ano właśnie. Bo wam się wszystkim wydaje, że to była tylko kwestia zabawy. A to jest pieprzone ponad jakieś 200 stron przez ponad 2 lata napisane przez trzech, w pełni świadomych prozaików.
MW: Zabrzmiało poważnie jak z podręcznika do historii literatury.
IG: Oczywiście „Orchidea” powstawała w sposób swobodny. To znaczy myśmy sobie na wiele pozwalali, choć tekst później podlegał poważnym obróbkom.
MW: Czego ślady w postaci bezpośrednich zwrotów do redaktora Waszej książki Tomasza Kunza pozostały. Raz po raz pojawiają się wtręty w nawiasach, że dziękujecie mu na przykład za wyrzucenie powtarzającego się dowcipu. Tak na marginesie: dużo musiał ingerować?
MŚ: Nie. Poprawiał błędy ewidentne.
IG: Kiedy to dostał, to po przeczytaniu rzucił maszynopisem i powiedział: „Ostrzegaliście mnie, że będzie źle. Tymczasem ja stylistycznie nie mam zastrzeżeń. To się czyta”. Do dziś uważam to za największy komplement wobec „Orchidei”.
MW: Co jest naprawdę dużym wyróżnieniem, bo przecież macie swoje języki.
IG: Ludzie nam uwierzyli. My w każdej scenie i zdaniu byliśmy uczciwi. Nawet jeśli mówiliśmy o pewnych ograniczeniach, to one wynikały z naszej wrażliwości.
GG: A przy tym niczego nie udawaliśmy. Choć w Internecie na tym wielkim portalu wiele żartów by nie przeszło.
IG: O tak. Wielokrotnie pozwalaliśmy sobie bowiem na żenadę.
MŚ (zachwycony): Na żenadę!
MW: No już dajcie spokój.
IG: Ale co?! Żenada była świadoma. Siedzieliśmy i wiedzieliśmy, że da się coś zrobić, ale tego żeśmy nie robili.
MŚ: Na przykład wtedy, gdy Gaja-autorka, bije geja torebką. To bardzo smutna historia.
IG: Ale nikt nam nie wierzy, że jest to smutne.
MŚ: A to był w ogóle gej?
GG: No właśnie do końca nie wiem...
***
UWAGA! Jeżeli są Państwo ciekawi, jakie wyrazy zostały "wygwiazdkowane", a jakie zamienione na te politycznie poprawne - zapraszamy do lektury twardej wersji wywiadu ze Świetlickim, Grzegorzewską i Grinem o książce "Orchidea"»

