Rozmowa ze Zbigniewem Hołdysem
Bokser z gitarą
Ostatnio pojawiło się ciekawe zjawisko: młodzi (i nie tylko młodzi) wykonawcy celebrują w swoich utworach patriotyczne rocznice, a inni wykorzystują klasykę poezji.
W pierwszym przypadku trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z czystym koniunkturalizmem, bo przy okazji okazało się, że Muzeum Powstania Warszawskiego potrafi być niezłym sponsorem. Osobno potraktowałbym jednak dwa projekty: płytę Lao Che o Powstaniu Warszawskim, bo wiem, że jej pomysł nie był związany z żadną rocznicą, oraz płytę L.U.C. „39/89. Zrozumieć Polskę”. L.U.C. naprawdę chciał zrozumieć, wykonał wielką pracę archiwistyczną i nie poszedł w pretensjonalny patos. Co do wspomnianych powrotów do literackiej klasyki – z jednej strony niby fajnie, że docenia się dobrą literaturę, ale z drugiej nie daje spokoju myśl, że jest to też jakiś efekt braku własnej inwencji, jakiś syndrom wyczerpania współczesnej polskiej popkultury. Poza tym wydaje się to dość oczywistą tradycją, do której miło się dopisać: Demarczyk, Grechuta, Niemen...
W Internecie można trafić na pańską słowno-filmową recenzję z filmu o Michaelu Jacksonie, gdzie przy okazji kąśliwie wyraża się pan o polskim show-biznesie. Dlaczego jest z nim tak źle?
Jest źle, bo rządzą telewizje i radia dostosowane wyłącznie do gustów masowych, natomiast w ofercie muzycznej polscy artyści są marginalizowani. Media wolą realizować schematy wymyślone w USA, bo po co mają ryzykować pomysły jeszcze nieprzetestowane, wolą emitować piosenki amerykańskie, bo o promocję Madonny czy Britney Spears nie muszą się troszczyć – o wszystko zadbały już wcześniej odpowiednie sekcje wielkich koncernów płytowych.
Ale przecież w telewizji nie brak rozrywki z polskimi wykonawcami. Są też festiwale piosenkarskie organizowane przez rozmaite stacje telewizyjne...
Ano są, tylko warto czasem porównać to, co było, z tym, co jest teraz. Weźmy na przykład produkowany przez TVN festiwal w Sopocie. To niebywałe, co może się stać z symbolami sztuki, choćby tej popularnej. W latach 60. Bursztynowego Słowika wyśpiewała sobie w Sopocie wielka artystka Ewa Demarczyk, a w tej dekadzie o tę samą nagrodę ubiegała się Mandaryna, o której, zanim weszła na scenę, każdy wiedział, że śpiewać nie umie i wszyscy czekali, czy spadnie ze schodów. Trzy największe telewizje – TVP, TVN i Polsat – wzięły się za imprezy muzyczne, ale to nie muzyka jest ich przedmiotem zainteresowania, tylko ekscesy i wielkość audytorium. Lepiej widziany jest skandal z tandetą niż rzeczywiste granie i śpiewanie.
Chwileczkę – w „Idolu” czy w „Mam talent” chodziło przecież o umiejętności.
I mamy z tym poważny problem. „Idol” to program, który wymusza konformizm i zabija osobowość. Tam nie chodzi o to, by zaskoczyć jury i pokazać coś nowego, tu trzeba zaśpiewać piosenki Wodeckiego. Trzeba pokazać, że się nie ma własnego „ja”. Formuła „Idola” polega na mechanizmie dokładnie odwrotnym w stosunku do tego, który kiedyś kreował arcydzieła kultury popularnej takie jak choćby piosenki Beatlesów. Co z tego, że jakiś bardzo nawet utalentowany wokalnie młodzieniec poprawnie wykona piosenkę Raya Charlesa, skoro wie już, że aby cokolwiek osiągnąć, nie należy broń Boże się wychylać. Taki młody człowiek ze złamanym kręgosłupem, jeśli nawet trafi na estradę, zostanie średniakiem, szarym wyrobnikiem. Nic z niego nie będzie.
A czy w programie „Mam talent” nie premiuje się oryginalności i, zgodnie z tytułem programu, młodych talentów?
Zwykły telewidz będzie pewnie wierzył, że ten program realizuje misję odkrywania nowych Janków Muzykantów. Prawda jest, niestety, inna. Okazuje się bowiem, że uczestnicy wzbudzający największy aplauz widowni i jury to zawodowcy, którzy, często od lat, żyją z tego, co w tym programie pokazują. Czy to jakaś niespodzianka, że robi wrażenie akordeonista, który na co dzień wykłada na Akademii Muzycznej? Albo duet akrobatyczny Melkart Ball, o którym można przeczytać, że od siedmiu lat występuje w jednym z najlepszych cyrków świata, kanadyjskim Cirque Eloize? Pokazali skopiowany numer ze spektaklu cyrku Du Soleil „Varekai”. Smutny to był widok, jak jury otwierało usta z podziwu patrząc na klona. Zaraz po nich mógłby wystąpić David Copperfield jako amator z talentem.
Co w takim razie sądzić o programie „Hit Generator”, w którym był pan jednym z jurorów?
Wypatrywałem tam szansy na misję (był to skądinąd program telewizji publicznej), ale, jak się zdaje, byłem w tym zupełnie osamotniony. Według założonej formuły w „Hit Generatorze” debiutanci występowali na równych prawach z gwiazdami. I od razu na tym tle dochodziło do konfliktów, bo kiedy zapraszane gwiazdy dowiadywały się, że mają być oceniane przez jury, to nie chciały wystąpić. Najgorsze było jednak to, że o merytorycznej zawartości programu nie decydował nikt kompetentny, na przykład ktoś odpowiedzialny za programy muzyczne w telewizji, ale jacyś urzędnicy z TVP i ludzie z firmy pomagającej w realizacji, dla których było wszystko jedno, czy robią widowisko muzyczne, czy transmisję z zawodów żużlowych. To z tej strony szły niezrozumiałe decyzje, jak dopuszczenie do występu fałszującej Iwony Węgrowskiej. Ale co najmniej czterech wykonawców wypadło wspaniale, niestety, konkurencyjne stacje mainstreamowe zbojkotowały Ściganych, L.U.C. czy BiFF, znakomite zespoły wróciły na pastwisko.
Niedawno ogłosił pan, że wraca na scenę.
16 kwietnia 2010 r. zagram koncert w warszawskiej Stodole. Nie ukrywam, że mnie to przejmuje i wiem, że czeka mnie mnóstwo pracy. To nie będzie zwykły koncert, zapewniam. Jak się tyle kwęka, to trzeba coś pokazać nadzwyczajnego (hehe)... Już teraz regularnie próbuję, zastanawiam się nad repertuarem, kompletuję muzyków, pod okiem Jacka Wszoły zrzucam wagę. Chcę zaprosić do udziału T.Love, z którym zaśpiewałem dwie piosenki na ich listopadowym koncercie w Stodole i poszło świetnie. Mam nadzieję, że wszystko się uda. Ale nowa muzyka będzie diabelska, uprzedzam.
***
Zbigniew Hołdys, wokalista, instrumentalista, kompozytor, producent nagrań, dziennikarz, autor scenariuszy filmowych. W 1977 r. założył Perfect, jeden z najpopularniejszych polskich zespołów rockowych, dla którego skomponował wielkie, do dziś grane, przeboje jak „Autobiografia” czy „Nie mogę ci wiele dać”. Grał m.in. z Marylą Rodowicz, Wojciechem Waglewskim, Martyną Jakubowicz, Lady Pank i Liroyem. Stworzył Akademię Sztuk Przepięknych towarzyszącą Przystankowi Woodstock. Prowadzi działalność charytatywną (założył fundację Dzieci Ulicy).

