Czy społeczeństwo to fikcja?
Książę sieci
Społeczeństwo nie istnieje – dowodzi francuski uczony. I przekonuje, że istnieją jedynie aktorzy – istoty podejmujące działania, które wpływają na inne istoty.
Darwinowska wizja rzeczywistości
Aktorem może być człowiek, instytucja, a także obiekt pozaludzki, np. wirus grypy, który w przestrzeni publicznej oddziałuje bezpośrednio na zachowania ludzi. Co ważniejsze, owi aktorzy nie tworzą trwałych hierarchii, lecz płaską, dynamiczną sieć, która określa ich wzajemne relacje. To jeden z powodów, dla których koncepcja Latoura nosi miano teorii aktora-sieci, w skrócie ANT (Actor-Network Theory).
Wirus w takiej sieci nie jest z definicji ani mniej, ani bardziej ważny od człowieka – wszystko zależy od jego zdolności do działania. Jeśli jest szczególnie silny, jak w czasach epidemii grypy hiszpanki, to on zaczyna dominować w sieci, oddziałując na pojedynczych ludzi i instytucje społeczne. Przewagę może jednak uzyskać człowiek w wyniku swojej aktywności, wytwarzając np. skuteczną szczepionkę, która zmniejsza skutki wirusa w przestrzeni publicznej. Podobne relacje występują między innymi aktorami w sieci – instytucje nie stoją ponad ludźmi, ich pozycja w danym momencie zależy od zdolności do działania.
To wszystko, co jawi się jako rzeczywistość społeczna, jest po prostu wynikiem gry wszystkich aktorów, która – choć wydaje się chaotyczna – buduje struktury ładu społecznego. Podobnie jak krzątanie się pojedynczych termitów może doprowadzić do powstania sprawnie funkcjonującej termitiery. Termity zresztą też bywają aktorami szerszej rzeczywistości społecznej. Tak się stało w kwietniu 2011 r., gdy zaatakowały i zjadły pieniądze w jednym z indyjskich banków.
Latour przyznaje, że proponuje – w sensie dosłownym – darwinowską wizję rzeczywistości. Tak jak w oryginalnej koncepcji Karola Darwina istnieją jedynie organizmy i ich zdolność do działania. Nie potrzeba dodatkowych wyjaśnień i odwołań do wyższych zasad i reguł, jak wola Stwórcy, Niewidzialna Ręka Rynku, Niewidomy Zegarmistrz.
Jednak to nie radykalne podejście do świata decyduje o oryginalności Bruno Latoura. Źródłem jego inspiracji jest nie tylko Karol Darwin, lecz bogata tradycja intelektualna. Istotne w niej miejsce zajmuje wielki niemiecki XVII-wieczny filozof Gottfried Wilhelm Leibniz, twórca monadologii (zgodnie z tą koncepcją rzeczywistość składa się z monad – pojedynczych, niepowtarzalnych bytów pierwiastkowych) i Gabriel Tarde, francuski socjolog końca XIX w., który koncepcje Leibniza wykorzystał w swej wizji ładu społecznego. To właśnie Tarde twierdził z przekonaniem, że społeczeństwo nie istnieje, a rzeczywistość społeczną tworzą monady – niepowtarzalne jednostki.
Latour nie tylko przywraca tę zapomnianą tradycję intelektualną, lecz radykalnie ją rozwija stając się, według opinii niemieckiego filozofa Petera Sloterdijka, „jednym z największych odnowicieli nauk społecznych”.
Badania terenowe w laboratorium
Trudno było spodziewać się takiego uznania dla uczonego, który znaczną część swej kariery naukowej poświęcił badaniom nad samą nauką. A dokładniej, nad praktyką życia naukowego. Latour potraktował kolegów uczonych podobnie jak traktuje się nieznane plemiona w amazońskiej dżungli. Uzbrojony w oręż antropologa udał się razem ze współpracownikiem Stevem Woolgarem na badania terenowe do laboratorium neuroendokrynologicznego w prestiżowym Instytucie Salka w Kalifornii. W efekcie ich pracy powstała w 1979 r. książka „Laboratory Life: the Social Construction of Scientific Facts” (Życie laboratorium: społeczna konstrukcja faktów naukowych).
Latour i Woolgar piszą, że rzeczywista praca uczonego niewiele ma wspólnego ze ścisłymi i powtarzalnymi procedurami. Bardziej polega ona na walce ze sprzętem laboratoryjnym i nieustannych decyzjach, które wyniki obserwacji należy uznać za ważne, a które odrzucić, bo nie pasują do konstruowanej, naukowej wizji rzeczywistości. Tak więc uczeni nawet w najbardziej szanowanych i słynących z precyzji dyscyplinach nauk ścisłych nie tyle odkrywają, ile konstruują obrazy rzeczywistości.
Oczywiście taka wizja nauki i metody naukowej uznana została przez znaczną część naukowego świata za groźną herezję i poddana bezwzględnej krytyce. Bruno Latour stał się nawet jednym z bohaterów głośnej książki „Modne bzdury”, autorstwa fizyków Alana Sokala i Jeana Bricmonta. Jednak on, niewiele przejmując się krytyką, zaczął wnikliwie przyglądać się historii nauki.
Jak pasteryzowano Francję
Jedną z najważniejszych prac uczonego jest książka poświęcona procesowi „pasteryzacji Francji”. W mniejszym stopniu interesował Latoura fakt naukowego odkrycia przez Ludwika Pasteura mikrobów jako czynnika chorobotwórczego. O wiele bowiem ważniejsze i ciekawsze jest wyjaśnienie, jak owo odkrycie zostało wprowadzone do przestrzeni publicznej. W jaki sposób mikroby zostały uznane przez establishment naukowy, medyczny i polityczny za aktora, którego istnienie wywołuje konkretne skutki: zachorowania na wściekliznę, gruźlicę czy tężec, którym można się przeciwstawić, stosując odpowiednie procedury higieniczne, szczepienia i środki farmakologiczne.
Odpowiedź na to pytanie ma olbrzymie praktyczne znaczenie dla różnego rodzaju działań publicznych, a doskonałą współczesną ilustracją problemu była kwestia szczepień przeciwko świńskiej grypie. Francja, ojczyzna Pasteura, zdecydowała się zakupić szczepionki dla wszystkich obywateli, Polska takiej operacji nie podjęła. Oba rządy odwoływały się do głosów ekspertów i obiektywnej wiedzy naukowej. Na końcu i tak politycy musieli po prostu podjąć decyzję, kalkulując ryzyko: czy nowy, ujawniony przez uczonych aktor w postaci wirusa świńskiej grypy może zagrozić ludziom, czy nie?
Latour na przykładzie Pasteura pokazuje, że samo odkrycie mikrobów nie wystarczało, by osiągnąć sukces, czyli zmienić ówczesną rzeczywistość medyczną, opartą na teorii miazmatów – mówiącą, w uproszczeniu, że źródłem chorób jest złe powietrze. Zgodnie z tym poglądem, ważniejsze jest wietrzenie pomieszczeń w szpitalach niż mycie rąk przed odbiorem płodu podczas porodu. Pasteur zdołał jednak nie tylko odkryć rzeczywistą przyczynę zakażeń. Stał się także, jak twierdzi Latour, rzecznikiem mikrobów, organizując wyrafinowane działania mające przekonać społeczeństwo i konkurencyjne lobby naukowe do nowego obrazu rzeczywistości.
Służyły temu działania czysto naukowe – pokazując wyhodowane w warunkach laboratoryjnych kolonie, Pasteur przekonywał, że mikroby istnieją i że mogą być groźne. Skutek jednak nie zostałby osiągnięty, gdyby nie działania publiczne. Uczony świadomie wykorzystał media, które rozpisywały się o cudownym ocaleniu Józefa Meistera, 10-letniego chłopca pogryzionego przez wściekłego psa. Życie uratowała mu szczepionka Ludwika Pasteura.
Wbrew pozorom marsz nauki i postępu nie odbywa się szybko od odkrycia do
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

