Edwin Bendyk
21 kwietnia 2012

Piractwo to nie nasz wynalazek. Istniało zawsze

Kradzione tuczy i uczy

Wiedza to towar, a piosenka lub film to taki sam produkt jak bułka czy samochód. Mają właścicieli, którzy z kolei mają prawo ze swej własności czerpać korzyści. Kto ich tego pozbawia, jest złodziejem. Oczywiste? Historia pokazuje, że bynajmniej.

Biblioteka Aleksandryjska na zawsze pozostanie symbolem pragnienia, by zgromadzić, uporządkować i udostępnić wiedzę o świecie dla dobra i pożytku ludzkości. Ptolemeusze II i III, niezwykle wyrafinowani władcy Egiptu, poświęcili się rozwojowi biblioteki i museionu z pełną energią. Agenci przemierzali centra kultury starożytnego świata, skupując i wypożyczając nowe dzieła literatury. Każdy statek wpływający do aleksandryjskiego portu przechodził staranną kontrolę – jeśli na pokładzie znajdowały się książki, trafiały do depozytu. Jeśli eksperci odkryli, że mają do czynienia z nieznanymi jeszcze oryginałami, skrybowie przygotowywali elegancką kopię do zwrotu, oryginał zostawał w bibliotece.

Każda metoda, by pozyskać nowość, była dobra – legalny zakup, kradzież, oszustwo, polityczny szantaż, przymusowy depozyt. W efekcie powstało coś więcej niż gigantyczny, liczący setki tysięcy zwojów, skarbiec kultury. Wokół Biblioteki rozwinęła się humanistyczna cywilizacja, w tym wyrafinowana sztuka krytycznej analizy tekstów po to, by odróżnić dzieło oryginalne od nędznego plagiatu lub nieudolnej kopii. Certyfikowane oryginały służyły przygotowaniu kanonicznych kopii oraz tłumaczeń na grekę, noszących stempel zgodności z pierwowzorem. To one tworzyły obieg kultury u schyłku antyku, a obrót nimi przynosił Bibliotece niezły dochód.

Pirat czy mecenas?

Kim byli zatem Ptolemeusze? Piratami czy twórcami cywilizacji? Gdyby żyli dzisiaj, czy powinni siedzieć w więzieniu, czy kierować resortem kultury? A przecież rzeczywistość w III w. p.n.e. była o wiele prostsza, bo nie istniały jeszcze nowoczesne technologie kopiowania dzieł. W 1436 r. wszystko się zmieniło za sprawą wynalazku Johannesa Gutenberga. Rzecz nie tylko w technicznej możliwości reprodukcji tekstów. Wraz z nową technologią pojawił się nowy człowiek – kapitalista, potrzebny, by sfinansować inwestycję w maszynę, a potem w proces produkcji i dystrybucji.

Przygotowanie nakładu książki wymagało dużego zaangażowania finansowego, często na kredyt, a ryzyko niepowodzenia przedsięwzięcia było niemałe: nowy rynek czytelniczy kusił amatorów łatwego zysku, którzy nie wahali się wykradać arkuszy ze składem, by niezależnie wydać konkurencyjną edycję. Już w 1496 r. narzekał na ten proceder Bernardino Rasma, nazywając nieuczciwych konkurentów piratami. Rozwiązaniem problemu okazała się metoda stosowana w innych obszarach gospodarki – patent, czyli przywilej, autorytetem władzy określający wyłączne prawo wydawcy do opublikowania konkretnego dzieła. Beneficjentem pierwszego przywileju w branży wydawniczej epoki Gutenberga był niemiecki drukarz Johannes Speyer, któremu władze Wenecji przyznały w 1469 r. na pięć lat wyłączne prawo publikacji listów Cycerona i Pliniusza.

Gwarantowany przez władzę czasowy monopol dla przedsiębiorcy to metoda stosowana do dziś, by chronić przed niedogodnościami wolnej i nie zawsze etycznej konkurencji. Niczym innym niż takim czasowym monopolem są patenty na wynalazki i instytucja praw autorskich. Ponieważ jednak do skutecznego działania monopolu potrzebna jest wola władzy, zaczynają się problemy, czemu tak naprawdę monopol ma służyć: ochronie inwestycji przed piratami czy może raczej politycznej kontroli nad obiegiem myśli?

Król Anglii Henryk VIII zakazał w 1533 r. importu wydawnictw, a kilka lat później wprowadził obowiązek rejestracji i uzyskania zgody na wydawanie dzieł krajowych. Ponieważ machina państwowa nie dałaby sobie rady z kontrolą obiegu, zadanie zostało powierzone Stationery Company – cechowi rzemiosł drukarskich, który skupiał wszystkich uczestników rozwijającego się rynku książki. Stationery Company uzyskała w 1557 r. królewski przywilej, który mówił, że jedynie członkowie cechu mieli prawo wydawania książek pod warunkiem ich wpisania do specjalnego rejestru.

Rejestr pomagał w rozstrzyganiu sporów między drukarzami, a powodów było wiele: od zaniżania jakości druku i psucia reputacji branży po piractwo. Decyzje podejmował wewnętrzny sąd, składający się z członków cechu. Wewnętrzna policja miała większe uprawnienia niż władza królewska – mogła dokonywać rewizji w pomieszczeniach drukarzy w poszukiwaniu dowodów nagannego postępowania.

Niedola pisarza

Jak dotąd ani słowa o autorach. Rzeczywiście, twórcami nikt specjalnie się nie przejmował. Szekspir tworzył nie korzystając z żadnej ochrony, nikt jeszcze nawet nie myślał o prawach autorskich ani rozwiązaniu anglosaskim, jakim jest copyright.

Doskonałą ilustrację losu pisarza przedstawia pierwsza wielka nowożytna powieść „Don Kichot” Miguela Cervantesa. Drugi tom zaczyna się od bezpośrednich odniesień do pirackich podróbek i wydań książki. Samą fabułę opowieści o błędnym rycerzu można czytać jako traktat o prawdzie i fikcji literackiej, której jednym z aspektów jest kwestia oryginalności dzieła. Bo problem z piratami polegał nie tylko na tym, że nielegalnie drukują, lecz także, że często przerabiali i zniekształcali oryginał lub pozbawiali twórcę autorstwa, zapominając go przedstawić na stronie tytułowej.

Jeśli komuś te opowieści wydają się podobne do współczesnych dyskusji, ma rację. Amerykański historyk Adrian Johns w książce „Piracy: The Intellectual Property Wars from Gutenberg to Gates” (Piractwo: Wojny o własność intelektualną od Gutenberga do Gatesa) pokazuje, że piractwo i kwestia własności intelektualnej były, są i będą centralnym punktem spornym kapitalizmu. Spotykają się w nim wszystkie kluczowe problemy: postępu technicznego, kapitału, pracy, pracy twórczej, władzy, wolności, polityki międzynarodowej. Zmiana w którymkolwiek z tych pól wywoływała od razu napięcie w całym ekosystemie.

Jednym ze skutków wojen domowych w Anglii była dyskusja o uzasadnieniu dla monopolów w dziedzinie własności literackiej, czyli przywilejów, jakimi dysponowała Stationery Company. W 1695 r. Stationery straciła przywileje – przedruki mające do tego momentu status piractwa stały się w pełni legalne. Sytuację zmienił dopiero statut królowej Anny z 1710 r., wprowadzający instytucję prawa autorskiego (w jego anglosaskiej odmianie, czyli copyright). Statut czynił kluczową postacią autora, jako podmiot mający prawo dysponowania swoim dziełem.

Okazało się jednak, że nawet najbardziej nowoczesne prawo nie chroni przed nielegalnym kopiowaniem. Daniel Defoe lamentował nad szerzącym się piractwem i plagiatowaniem. Lawrence Stern, autor „Tristrama Shandy”, własnoręcznie podpisał kilkanaście tysięcy egzemplarzy swego dzieła, by potwierdzić jego oryginalność. Już jednak Alexander Pope, któremu zależało na wydaniu jego korespondencji z Jonathanem Swiftem (a wiedział, że Swift będzie temu przeciwny), skorzystał z usługi pirackiego wydawcy Edmunda Curlla. Ten jakoby wykradł listy i nielegalnie je opublikował.

Problem komplikował także fakt, że ochrona dzieła miała charakter lokalny. To, co było piractwem w Londynie, w pełni odpowiadało prawu w Dublinie i Edynburgu (do czasu stworzenia Zjednoczonego Królestwa). Dopóty, dopóki drukarze z Irlandii i Szkocji nie próbowali szmuglować swoich książek do Albionu. Nie mogli się jednak powstrzymać, bo dzięki duchowi wolnej konkurencji (w Irlandii przez cały XVIII w. nie było żadnej ochrony własności intelektualnej) drukowali o wiele taniej i mogli oferować swoje przedruki za cenę wielokrotnie niższą niż londyńscy drukarze.

Powódź reprintów

Efekt? Kultura powinna upaść. Johns dowodzi przeciwnej tezy – bez przedruków, legalnych i pirackich, nie byłoby oświecenia. To dzięki tanim książkom rozwinęła się

...

[pełna treść dostępna dla abonentów]

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną