Paweł Walewski
26 sierpnia 2011

Zabójcze muchomory. Dlaczego są takie groźne?

Trucizna z kapelusza

Jednych wielbicieli grzybów gubi ignorancja, drugich – nadmierna pewność siebie. Dlaczego medycyna wciąż nie pokonała potęgi trucizny muchomora sromotnikowego?

Nadchodzi szczyt sezonu grzybobrania, a to oznacza, że w ośrodkach leczenia ostrych zatruć znów przybędzie pacjentów. Są to najczęściej ludzie od wielu lat zbierający grzyby, którym wydaje się, że wiedzą na ich temat już wszystko.

W ubiegłym roku cały kraj na bieżąco śledził w mediach historię zatrutego muchomorem 6-letniego Tomka, którego udało się w końcu uratować dzięki dwukrotnemu przeszczepowi wątroby. Ale przypadek ten nie podziałał trzeźwiąco. – Do końca września mieliśmy dwukrotnie więcej zgłoszeń podobnych zatruć niż w poprzednich latach – informuje dr Piotr Burda, krajowy konsultant w dziedzinie toksykologii klinicznej. Nie ma ogólnopolskiego rejestru, więc dr Burda sam stara się zbierać dane. – W ciągu sześciu tygodni ubiegłego roku doliczyłem się 30 poważnych zatruć muchomorem sromotnikowym. Wiele innych umyka statystyce.

W rekordowych latach zatruwa się w Polsce grzybami nawet 700 osób – 50 umiera. Przeważnie jednak występują dolegliwości przypominające łagodną niestrawność: bóle brzucha, nudności, biegunki – wynikające z niewłaściwego przechowywania grzybów jadalnych (na przykład w foliowych torebkach), niedokładnego oczyszczenia, niedogotowania. – Grzyby są ciężkostrawne – przypomina dr Burda, który tak jak wielu innych toksykologów, obcujących na co dzień z zagorzałymi amatorami grzybobrań, już w pierwszym roku swojej pracy przestał je jeść. – No, poza pieczarkami i borowikami, które rosną na mojej prywatnej działce – wyznaje.

Nigdy się nie zdarzyło, by zerwał grzyb mały, niedojrzały, u którego nie wykształciły się jeszcze cechy pozwalające go zidentyfikować. Nigdy nie wziąłby do ust, poza pieczarką ze sklepu, grzyba mającego pod kapeluszem blaszki. I za żadne skarby nie podałby grzybów dziecku przed ukończeniem 12 roku życia (znów zrobiłby wyjątek dla dobrze uduszonych pieczarek). – Za duże ryzyko – podsumowuje, dziwiąc się matkom, które zupą grzybową karmią nawet niemowlęta.

Miłość do grzybów przyniesionych z lasu to nasza narodowa specjalność. W wielu krajach – zwłaszcza anglosaskich, ale też w Skandynawii, Beneluksie, Japonii – całkiem nieznana. Główną zaletą grzybów jest smak, wartość odżywczą mają niewielką, ale trudno zmieniać kulinarne zwyczaje i pozbawiać amatorów przyjemności ich zbierania. Byle tylko robili to ostrożnie – ze świadomością, że różnica między grzybem jadalnym a trującym bywa nieraz niezwykle subtelna.

Toksykolodzy dysponują całkiem już bogatym arsenałem odtrutek stosowanych w przypadku zatruć rozmaitymi chemikaliami, ale wobec niektórych grzybów są po prostu bezsilni. Przegrywamy z naturą – to najczęstsze wyjaśnienie, jakie można od nich usłyszeć w odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie zdołano do tej pory odkryć żadnego remedium na te naturalne trucizny? Co prawda jedynym w Polsce śmiertelnym gatunkiem jest muchomor sromotnikowy zawierający amanitynę (po łacinie muchomor to Amanita), ale zjedzenie olszówki (Paxillus involutus) z inwolutyną też może zakończyć się źle.

Nieraz potrzeba lat, aby wpaść na trop, który doprowadzi do winowajcy – mówi dr Piotr Burda. Tak było w przypadku orelaniny obecnej w zasłoniaku rudym (Cortinarius orellanus) – w latach 50. wielu młodych ludzi umierało z powodu niewydolności nerek i nikt nie wiedział dlaczego. Wreszcie udało się skojarzyć, że wszyscy jedli te same grzyby, co nie było wcale łatwe, gdyż objawy po tym zatruciu pojawiają się dopiero z kilkutygodniowym opóźnieniem. – W tamtych latach dostęp do dializoterapii był marny – wspomina nasz ekspert. – A to jedyna metoda, by oczyścić organizm z zatruwającej go orelaniny, co na szczęście dzisiaj nie jest już takim problemem.

Wyzwaniem pozostaje wciąż wspomniana amanityna – obecna nie tylko w muchomorze sromotnikowym, ale także w dziewięciu innych gatunkach grzybów, które łatwo pomylić z młodą jadalną kanią, zwaną inaczej czubajką. – Do końca życia będę pamiętał 70-letniego leśnika, który zbierał grzyby od dziecka i całe życie spędził w lesie. Trafił do nas z objawami zespołu sromotnikowego – opowiada jeden z lekarzy oddziału leczenia ostrych zatruć w Warszawie. – Twierdził, że zbierał czubajki i do śmierci był przekonany, że zjadł tego grzyba.

Amanityna jest trucizną podstępną i niezwykle silną. Nic jej nie rusza: marynowanie, smażenie, gotowanie. Ponieważ ginie dopiero w temperaturze bliskiej 300 st. C, trzeba grzyba spalić na wiór, aby stracił swoją śmiertelną moc. A niezależnie od tego, czy będziemy go suszyć czy zalewać octem, amanityna zachowa aktywność nawet przez 10 lat! Po zjedzeniu szybko wchłania się w żołądku i jelicie cienkim: już po godzinie krąży we krwi, po 90 minutach jest w moczu. Ale w tym czasie objawy zatrucia będą minimalne i ustąpią same. Dopiero po 14–16 godz. pojawia się obfita wodnista biegunka, nie do powstrzymania żadnymi lekami (to sygnał, że należy jak najszybciej jechać na oddział leczenia ostrych zatruć). Od tej pory stan zdrowia pogarsza się gwałtownie i w organizmie rozwija się zespół sromotnikowy: żółtaczka, zaburzenia świadomości, silne pobudzenie.

Śmiertelna dawka amanityny wynosi poniżej 0,1 mg/kg masy ciała (jest jej zazwyczaj więcej w kapeluszu niż w nodze), więc średniej wielkości muchomor lub czubajeczka (nieraz nazwa grzyba może wprowadzić w błąd, gdyż czubajeczki są trujące, a czubajki, czyli kanie – nie) o wadze 50 g, z 8-centymetrowym kapeluszem i 10-centymetrową nóżką, może otruć 2–3 dorosłe osoby. – Amanityna niszczy wątrobę, uszkadza jej komórki i uniemożliwia produkcję prawidłowych białek – mówi dr Burda. – Jedyną metodą leczenia jest uratowanie choć części hepatocytów, by mógł się z nich zregenerować cały narząd. W przeciwnym razie niezbędny jest przeszczep.

Większe szanse na uratowanie mają zawsze osoby, które jak najszybciej trafią do szpitala. Bywają niedoszli samobójcy, którzy po zjedzeniu muchomora natychmiast tego żałują i pojawiają się w izbie przyjęć dokładnie informując, co, kiedy i ile zjedli. Innym może uratować życie ciekawość. Niedawno dwaj bracia skusili się na grzyby podczas powrotu z wakacji. Gdy już je zjedli, postanowili dociec, dlaczego kobieta, od której przy drodze kupili smardze, nazywała je piestrzenicami. W Internecie znaleźli informację, że to grzyb trujący! Sprowokowali więc szybko wymioty i w ciągu godziny byli już w stołecznym Szpitalu Praskim, gdzie znajduje się Biuro Informacji Toksykologicznej, specjalistyczne laboratorium i oddział leczenia ostrych zatruć.

Opóźnienie wystąpienia dolegliwości po zjedzeniu grzyba z amanityną rzutuje na fatalną statystykę: śmiertelność sięga aż 50 proc.! I choć lekarze czują się w wielu wypadkach bezsilni, nie można powiedzieć, by nie czyniono starań dla wynalezienia leków mogących zneutralizować tę niebezpieczną toksynę. – Duże nadzieje wiążemy z dożylnie podawaną sylibininą, która

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną