Jest to historia jak z filmu sensacyjnego. W 1835 roku Charles Darwin przebywał na Floreanie, jednej z wysp Galapagos, i badał tam wielkie żółwie słoniowe Chelenoidis elephantopus. Ich obserwacja była jedną z tych, które naprowadziły Darwina na ślad teorii doboru naturalnego i teorii ewolucji. Kilkadziesiąt lat później żółwie te zostały całkowicie wytrzebione. Zajęli się nimi piraci i wielorybnicy, którzy traktowali te zwierzęta jak żywe konserwy. Żółwie słoniowe charakteryzują się bowiem pysznym mięsem. Ponad to mogą żyć ponad 100 lat i niektóre z nich ważą grubo ponad tonę. Piraci i wielorybnicy, którzy traktowali Wyspy Galapagos jak dogodny przystanek na trasach swoich wypraw, chwytali więc żółwie i zamykali w ładowniach statków, po czym w trakcie rejsów uśmiercali je i zjadali. W ten sposób wywieziono z Floreany i z innych wysp archipelagu ponad sto tys. żółwi, w tym wszystkie w Floreany. I tak żółw floreański (Chelenoidis elephantopus) wyginał.
Teraz jednak okazuje się, że może nie zupełnie. Już wcześniej naukowcy, którzy zajmowali się obserwacją pozostałych przy życiu żółwi z Galapagos – głównie na największej wyspie, Isabeli – podejrzewali , że niektóre z nich są potomkami żółwi miejscowych i tych z Floreany. Najprawdopodobniej, spekulowano, jeszcze przed całkowitą zagładą, kilka lub kilkanaście żółwi floreańskich zostało przewiezionych na Isabelę i pozostawionych tam. Może na któryś ze statków piratów lub wielorybników załadowano zbyt wiele żółwi, więc zbędną nadwyżkę „wysadzono” na oddalonej o 200 mil Isabeli.