Agnieszka Krzemińska
26 października 2009

Magia trzyma się mocno

Po przeczytaniu spluń przez lewe ramię

Robotnicy pracujący na budowie w londyńskim Greenwich trafili na zakorkowaną kamionkową butelkę z wizerunkiem brodatego mężczyzny. W środku coś pływało. Archeolodzy od razu wiedzieli, że może to być popularna w XVI‑ i XVII-wiecznej Anglii butelka na czarownice (ang. witch bottle, niem. Hexenflasche), która miała wyłapywać złą energię, skierowaną w posiadacza butelki. Dotknięty klątwą zakopywał w ustronnym miejscu butelkę z własnym moczem, krwią, włosami, obciętymi paznokciami oraz gwoźdźmi i igłami. Magiczne ingrediencje wkładano do szklanych fiolek lub nadreńskich kamionek z podobizną inkwizytora Roberta Bellarmina (1542–1621), który skazał Giordano Bruno – wierzono bowiem, że jego groźne oblicze odstraszy złe duchy.

Dotychczas znaleziono około 200 takich butelek, ale żadna nie była pełna, dlatego brodacz z Greenwich natychmiast trafił do laboratorium. W czerwcowym „British Archaeology” Alan Massey z Wydziału Chemii Loughborough University i Richard Cole z Leicester Royal Infirmary napisali, że w butelce gwoździe, igły, włosy i paznokcie pływały w 300-letniej urynie. Wielkość paznokci dowodzi, że butelka należała do mężczyzny, staranny manicure, że był arystokratą, a kotonina (powstała w wyniku rozkładu nikotyny), że był nałogowym palaczem. Teraz trwają próby pozyskania jego DNA, by porównać je z materiałem genetycznym żyjących w Greenwich od wielu pokoleń rodzin bogaczy.

Istniały dwie szkoły: według jednej zaklęcie chroniło, dopóki butelka pozostawała nieodkryta i zamknięta, według drugiej należało ją wrzucić do ognia, by urok puścił, a wiedźma umarła. Echem tego ostatniego jest sprawa sądowa z 1682 r. z londyńskiego Old Bailey przeciwko 60-letniej Jane Kent, oskarżonej o zabicie Elisabeth Chamblet. Ponoć rzucony przez nią urok sprawił, że kobieta zaczęła chorować i zmarła. Mężowi Elisabeth aptekarz poradził zagotować mocz żony z jej paznokciami i włosami. Mężczyzna zrobił, jak mu kazano, a gdy mikstura zaczęła bulgotać, Jane Kent z krzykiem zaczęła się dobijać do drzwi Chambletów – był to znak, że jest winna. Mimo to sąd uwierzył staruszce, która przysięgała, że nie ma nic wspólnego z czarami, jest uczciwa i co niedziela chodzi do kościoła.

Przesądna małpa

Czy to już przeszłość, a ludzkie wydzieliny trafiają do laboratoriów jedynie w celach diagnostycznych? Nic podobnego. Także dziś witch bottle może sporządzić niejedna szeptucha, zapewnia etnograf dr Zuzanna Grębecka z Uniwersytetu Warszawskiego, od lat badająca magię ludową na pograniczu polsko-białoruskim. Do czarownic (staruch, babek, szeptuch, szeptunek) chodzi się ze wszystkim, choć najczęściej w sprawach zdrowia, miłości, bogactwa i różnego rodzaju bolączek współczesnych, jak cellulit, nadwaga, nałogi czy kłopoty z mężem pijakiem.

– Zdawać by się mogło, że magii ludowej należy szukać na prowincji, najlepiej w drewnianej chacie, tymczasem na Białorusi z usług czarownic korzysta większość ludzi, gazety drukują rubryki z zaklęciami i ogłoszeniami w stylu „uroki zdejmuję szybko”, w księgarniach leżą podręczniki do czarów, a internetowe strony magiczne mają wielką oglądalność – mówi dr Grębecka. Zajmująca się badaniem ziołolecznictwa we wschodniej Polsce dr Ewa Pirożnikow z Uniwersytetu w Białymstoku dodaje: Współczesna magia znajduje pole do popisu tam, gdzie nie da się ocenić rozumem skuteczności i mechanizmów działania, stąd ziołowe kuracje odchudzające, odmładzające, podnoszące odporność czy poprawiające pamięć. Ostatnio jedna z rozmówczyń przekonywała mnie, że nie da się wychować dziecka bez okadzania, a moja sąsiadka wysłała poświęcone wianuszki do Kanady do okadzania dziecka znajomej.

Magia trzyma się mocno. Podczas gdy na Zachodzie wraca pod postacią ruchów New Age, wróżbiarstwa, chiromancji, astrologii, neopogaństwa, we wschodniej Europie nigdy tak naprawdę nie została wykorzeniona. Otaczająca nas rzeczywistość jest tak przypadkowa i nieprzewidywalna, że na wszelkie sposoby staramy się zachować nad nią kontrolę. – Jedną z iluzji kontroli są zabobony i przesądy, spluwanie przez lewe ramię czy ucieczka przed czarnym kotem to elementy starej jak świat magii – mówi psycholog Tomasz Grzyb z wrocławskiej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Nie jesteśmy pod tym względem jedyni, gdyż eksperymenty na szympansach wykazały, że one też są skłonne do powtarzania pewnych rytualnych czynności, które wcale nie muszą mieć wpływu na osiągnięcie zamierzonego celu. Podobnie moi studenci, którzy – na wszelki wypadek – zaginają w indeksach ostatnią stronę. I chociaż przyjęło się uważać, że bardziej zabobonni są ludzie prości, tak naprawdę żadna z grup społecznych nie jest wolna od zabobonu. Znam profesorkę psychologii, która nie poprowadzi wykładu bez swojego szczęśliwego laptopa.

Założenie, że pierwszym stadium świadomości ludzi była magia, potem pojawiła się religia, a w końcu nauka, zawdzięczamy Jamesowi Frazerowi, autorowi „Złotej Gałęzi”, fundamentalnego dzieła antropologii kultury. Wyrasta ono z ewolucjonizmu i judeochrześcijańskich wyobrażeń, uznających magię za prymitywną i niższą rangą w stosunku do religii. – Rozdzielenie magii i religii to zabieg myślowy wartościujący inne religie z naszego europocentrycznego punktu widzenia – tłumaczy antropolog kultury prof. Michał Buchowski z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – U nas rozdzielenie to miało miejsce w późnym średniowieczu, gdy zinstytucjonalizowany Kościół walczył i zwyciężył ze światopoglądem ludowym. Niektórzy twierdzą, że było to tylko ideologiczne narzędzie w walce o władzę, wpływy i rząd dusz. Za bardziej zabobonnych uchodzili katolicy, ale zarówno oni, jak i protestanci wierzyli w magię, czego dowodem było palenie na stosach podejrzanych o czary – jeden z najokrutniejszych obrzędów magicznych.

Według obiegowej definicji magia jest próbą oddziaływania na rzeczywistość za pomocą środków symbolicznych i tym różni się od religii, że stosuje przemoc (a nie prośby) oraz ma mniejszą skalę (dotyczy przyziemnych rzeczy).

Tymczasem wszystko jest kwestią interpretacji. Protestanci zarzucali katolikom, że w przeistoczeniu wina w krew widzą nie tyle symbol, ile autentyczne wydarzenie, co trąci magią. Niektórzy, jak prof. Morton Smith, nawet w cudach Chrystusa dopatrzyli się magicznych praktyk, na przykład w mieszaniu śliny z ziemią, by przywrócić wzrok niewidomemu. Dlaczego namaszczanie olejkami, polewanie wodą święconą czy okadzanie, uznawane w chrześcijaństwie za czynności religijne, w innych kulturach i religiach postrzega się jako czynności magiczne? – zastanawia się prof. Buchowski.

Zamykanie zaklęć w pojemnikach i używanie w magii ludzkich wydzielin stosuje się od wieków. Ousia, czyli przedmioty związane z ofiarą (włosy, paznokcie czy ubrania), były stosowane w magii, zwłaszcza miłosnej. Magia erotyczna była agresywna i wykorzystywała dwa klasyczne sposoby kojarzenia pojęć – przez podobieństwo, czyli metaforę (laleczki, figurki, zdjęcia), lub styczność, czyli metonimię (przedmioty należące do ofiary lub jej wydzieliny). To właścicielka pukla włosów miała być pozbawiona woli i wypełniać erotyczne zachcianki zaklinającego, a wypity przez kobietę napój miłosny miał zawierać kroplę krwi (lub

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną