O niedoli polskich ociemniałych
Dłonie oczami
Monika Snycerska przechowuje dyplom ukończenia psychologii głęboko w szafie, bo na razie może o nim zapomnieć. – Oczywiście nie wystarczy skończyć studiów, aby wykonywać ten zawód, ale to zawsze była moja pasja i mogłabym wielu ludziom pomóc – wyznaje. Do Fundacji Szansa dla Niewidomych zgłosiła się na kurs, który może ją przygotować do założenia własnej firmy. Z kilkoma innymi niewidomymi uczy się od kilku miesięcy, jak krok po kroku zrealizować swoje marzenie o firmie – od sztuki autoprezentacji, po ubieganie się w urzędach o dotacje dla osób niepełnosprawnych.
– Wszystko zaczyna się od pomysłu, tylko potem trzeba go umieć zrealizować – zachęca kursantów Waldemar Dynowski, jeden z trenerów prowadzących zajęcia. Dziś finalizują tworzenie biznesplanów, więc pani Monika, która zamierza otworzyć prywatny gabinet psychologiczny Azyl, musi krótko opisać, co jest zaletą jej projektu, oszacować przychody, wymyślić promocję. Inni mają podobne zadanie: Hanna (niedowidząca z powodu zaawansowanej jaskry) zamierza otworzyć salon masażu, Marek (33-letni prawnik, który stracił wzrok z powodu cukrzycy) – internetowy portal dla właścicieli mieszkań poszukujących porad prawnych i ekspertyz budowlanych. – Trzymam kciuki za tych odważnych ludzi – mówi Monika Nowak, dyrektor Fundacji, która program „Niewidomi biznesmeni” prowadzi już w pięciu województwach. Najbardziej oryginalny wydał się jej ostatnio pomysł utworzenia biura matrymonialnego dla niewidomych.
– Będąc niewidomym psychologiem, łatwiej mogę zrozumieć sytuację niepełnosprawnych i ludzi przeżywających trudności – reklamuje się Monika Snycerska. – Jestem jak dobry kucharz, który po wymyśleniu potrawy najpierw sam jej posmakuje, zanim wprowadzi do karty.
Docenić niepełnosprawnych
Na razie mija 10 lat, od kiedy Monika szuka w Warszawie pracy zgodnej z wykształceniem. Gdy rozmowa rekrutacyjna zaczyna się od pytania, czy potrafi samodzielnie chodzić po schodach, już wie, że znowu się nie udało. – Bo jeśli ktoś nie wyobraża sobie osoby z białą laską na klatce schodowej, to jak może chcieć mnie zatrudnić? Niedawno szczęście było blisko – znalazła pracę w telefonie zaufania, co wydawało się idealnym miejscem dla niewidomej psycholog. Nowa kierowniczka uznała jednak, że powinna widzieć numery kontaktujących się z nią osób, bo gdyby dzwonił samobójca, musi jak najszybciej zawiadomić policję. Nie pomogło tłumaczenie, że przecież zawsze był ktoś obok, kto mógł odczytać ten numer. Znów zwyciężyły uprzedzenia.
– Ile lat upłynie, zanim zaczniemy w Polsce doceniać społeczną i zawodową aktywność niepełnosprawnych – zastanawia się Marek Kalbarczyk, niewidomy od 12 roku życia. W 1989 r. założył firmę Altix, wprowadzającą na polski rynek sprzęt tyfloinformatyczny (tyflos z greckiego oznacza niewidomy, ślepy), a trzy lata później Fundację Szansa dla Niewidomych. Głównie po to, by mobilizować innych: – Zdrowi ludzie martwią się o wysokość emerytury w przyszłości, a co dopiero tacy, którzy korzystają z renty socjalnej. Nie ma się co oszukiwać: założenie własnej firmy i pracowitość są lepszym pomysłem!
Po ukończeniu informatyki na Uniwersytecie Warszawskim, mimo rekomendacji od najlepszych profesorów, pan Marek przez cztery lata szukał pracy. Aby nie być bezużytecznym, stworzył pierwszy mówiący po polsku syntezator mowy, który najpierw jemu, a potem innym niewidomym pozwolił na pracę przy komputerach. Był przepustką do otwartego świata: wiedzy, poznawania innych ludzi i realizacji zainteresowań. – Niewidomi nie znajdą zatrudnienia ani nie stworzą firmy, jeśli nie potrafią czytać i przetwarzać informacji – podkreśla Marek Kalbarczyk. Innych mobilizuje przede wszystkim do nauki: – Człowiek wykształcony nawet bez wzroku poradzi sobie lepiej niż nieuk. Są coraz większe możliwości, by ludzie tacy jak ja nie kończyli edukacji na kursach, które uczą jedynie wyplatać wiklinowe kosze lub produkować szczotki.
Trudna integracja
Wciąż niełatwo zintegrować w Polsce świat niewidomych z tym, w którym żyją ludzie widzący. – To świat widzącej większości wymaga przystosowania do potrzeb osób skazanych na ciemność – prostuje Monika Nowak i zachęca, by na kilka chwil wczuć się w ich sytuację po prostu zamykając oczy: – I co? Zostajemy tak naprawdę bez niczego.
Krzysztof Kulik, kierownik działu tyflograficznego w firmie Altix, przybliża świat niewidomym: tworzy wypukłe mapy miast, modele budynków, pomników, kościołów, nawet obrysy zwierząt. Jedna z ostatnich prac to wieża Eiffla. – Zastanawiałem się, co może być w niej istotne z punktu widzenia osoby, która jej nigdy nie zobaczy – mówi. Niewidzącemu, który nie zna zależności przestrzennych i musi polegać wyłącznie na własnej wyobraźni, dotknięcie opisywanych przez widzącego elementów pozwoli lepiej zrozumieć, jak wyglądają naprawdę: iglica wieży Eiffla, kratownice, charakterystyczny łuk nad podstawą. Właśnie te elementy zostały dokładnie odwzorowane na wypukłym modelu.
Aby zrozumieć i zobaczyć, niekoniecznie trzeba widzieć. Pomagają coraz liczniejsze urządzenia zastępujące niewidomym wzrok: elektroniczne brajlowskie maszyny do pisania, syntezatory mowy, programy udźwiękowiające telefony komórkowe (ułatwiają pisanie esemesów, notatek i korzystanie z książki telefonicznej), mówiące zegarki i termometry, czujniki poziomu cieczy i światła, krokomierze, testery kolorów, urządzenia skanujące druk i odczytujące zawartą w nich treść.
Niestety, słono kosztują – na samą klawiaturę brajlowską trzeba wydać ponad 300 zł, na oprogramowanie udźwiękowiające komputer – ok. 5–7 tys. zł, a cena najnowszych urządzeń lektorskich dochodzi nawet do 12 tys. Można, oczywiście, starać się o dofinansowanie zakupu tych urządzeń, jednak w Polsce zawsze idzie to jak po grudzie. – Państwo finansuje rozmaite zabiegi medyczne, dzięki którym szczęśliwcy mogą uratować swój wzrok – komentuje Marek Kalbarczyk. – Ale gdy trzeba dać niewidomemu protezę w postaci urządzenia łagodzącego skutki jego inwalidztwa, bo chciałby w domu chociaż poczytać lub skorzystać z komputera, to już pojawia się problem i brak dobrej woli.
Dotyk i słuch
Dużo tańsze są urządzenia ułatwiające niewidomym poruszanie się w przestrzeni publicznej. Tymczasem właśnie na tym polu najbardziej odstajemy od świata. Niewiele instytucji, nawet takich, które działają na rzecz niewidomych, zostało przystosowanych do ich potrzeb. Choćby warszawska siedziba Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych nie ma na drzwiach i korytarzach żadnych oznaczeń objaśniających topografię urzędu ani nie jest udźwiękowiona, by niewidomy, zbliżając się do głównego wejścia, mógł łatwo do niego trafić. – Założenie step-heara, czyli bazy wydającej głosowy komunikat z nazwą instytucji, obok jakiej przechodzimy, to wydatek 900 zł – wyjaśnia Marek Kalbarczyk. Głos w takim urządzeniu włącza się, gdy w pobliżu pojawi
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

