Warszawa. W poszukiwaniu prawdziwych warszawiaków
Są dumni jak pawie i fałszywi jak lisy – odpowiedzieli kilka lat temu mieszkańcy Polski pozawarszawskiej proszeni przez TNS OBOP o porównanie warszawiaków do zwierząt.
Pierwsza linia metra przewozi dziennie ok. pół mln pasażerów. Warszawiacy z niecierpliwością czekają na uruchomienie II linii.
Bartosz Krupa/EAST NEWS

Pierwsza linia metra przewozi dziennie ok. pół mln pasażerów. Warszawiacy z niecierpliwością czekają na uruchomienie II linii.

Modne lokale przy pl. Zbawiciela wylansowali hipsterzy. Teraz odwiedzają je także okoliczni mieszkańcy.
Krystian Maj/Reporter/EAST NEWS

Modne lokale przy pl. Zbawiciela wylansowali hipsterzy. Teraz odwiedzają je także okoliczni mieszkańcy.

„Słoiki” to kolejne fale przyjezdnych, którzy mierzą się ze swoimi marzeniami o życiu w stolicy. Na zdjęciu projekt poświęconego im neonu.
DesignLab

„Słoiki” to kolejne fale przyjezdnych, którzy mierzą się ze swoimi marzeniami o życiu w stolicy. Na zdjęciu projekt poświęconego im neonu.

Tekst ukazał się w Niezbędniku Inteligenta POLITYKI w listopadzie 2014 r.

Warszawiacy w oczach prowincji to także światowcy, ludzie władczy i odważni, a uroda warszawianek plasuje się znacznie powyżej ogólnokrajowej przeciętnej. Najbardziej warszawiaków kochają wsie i małe miasteczka, najmocniej nie lubi Kraków. Jednocześnie niezwykle drażliwą kwestią, już poza sondażem TNS OBOP, okazało się określanie reszty Polski terminem prowincja. Bo kim są ci współcześni warszawiacy, jeśli nie migrującą prowincją właśnie?

Warszawskie zadzieranie nosa to w pisaniu o stolicy parametr stały – historyczny, psychologiczny i polityczny. W urzędowym slangu socjalizmu Warszawę nazywano „ośrodkiem pierwszego stopnia”, czyli uprzywilejowanym pod każdym względem. W 1973 r. Komisja Prognozowania przy Ministerstwie Kultury i Sztuki w „Prognozie rozwoju kultury polskiej do 1980 r.” spekulowała: „powstanie drugiego i trzeciego ośrodka I stopnia złamałoby monopolistyczną pozycję Warszawy (najważniejsze szczeble prestiżu, największe możliwości) i zapobiegałoby nazbyt jednorodnym relacjom stolicy z pozostałymi ośrodkami (zabieranie im co zdolniejszych jednostek, wytwarzanie mitów stolicy i kompleksów prowincji)”. Socjologowie nie mają wątpliwości: Warszawa jest jedyną w Polsce metropolią, która cywilizacyjnie ciągnie kraj do przodu, wielka w tym zasługa nowych warszawiaków – przybyszów z prowincji. To miasto wyzwala energię, jakiś twórczy chaos – przyciąga ludzi. Jak mówi bohater artykułu o „słoikach”, czyli napływowych warszawiakach: „Warszawa jest obrzydliwa, ale nie mieszkać w niej to strata czasu”.

Energia w warszawiakach była zawsze. W dwudziestoleciu międzywojennym liczba mieszkańców miasta wzrosła o 70 proc., każdego roku sprowadzało się tu na stałe kilkadziesiąt tysięcy ludzi. W 1939 r. w mieście mieszkało 1,3 mln ludzi, wśród nich 30 proc. pochodzenia żydowskiego, 3 proc. Białorusinów, Ukraińców i Niemców. Byli to ludzie w większości w wieku produkcyjnym, aż w 70 proc. reprezentanci niższych grup społecznych – bo Warszawa kusiła tak samo wykwalifikowanych rzemieślników, jak ambitnych straceńców. Była ziemią obiecaną – łatwiej tu było o pracę i pieniądze. Miasto wchłaniało pracowników – rosła też armia służących, kucharek czy – jak wówczas mówiono „panien od wszystkiego”.

Ówczesna „warszawka”, czyli zasiedziałe mieszczaństwo i inteligencja z koneksjami lub choć aspiracjami politycznymi, nazywała nowych „hunami”. Ale to właśnie „hunowie” przejmowali stołeczną rzeczywistość – także wizerunkowo – sprytny plebejusz stał się na dziesięciolecia synonimem warszawiaka w oczach Polski. „Nie masz cwaniaka nad warszawiaka/chcesz z nami zadrzeć, to se trumnę lepiej kup” – śpiewał o nich po wojnie Stanisław Grzesiuk.

Dziś powiedziałoby się, że ci ludzie traktowali miasto użytkowo, wyzyskiwali tutejsze możliwości rozwoju, że byli jedynie „konsumentami przestrzeni miejskiej” – jednak bardzo szybko okazało się, że wrośli w stolicę, zostali lokalnymi patriotami.

Nogi do głosowania

Przed wojną klasa średnia stanowiła 25 proc. mieszkańców Warszawy – urzędnicy, wykładowcy uczelniani, kupcy, lekarze, prawnicy, drobni biznesmeni prowadzący własne fabryczki i usługowe rzemiosło. Takich małych firm działało w stolicy 23 tys. W mieście niemal nie było mieszkań własnościowych, tylko wynajmowane od właścicieli kamienic izby. Przeciętna warszawska rodzina mieszkała więc w jednej lub dwóch izbach o powierzchni ok. 30 m, za które płaciła 10 zł przy cenie dolara z marca 1939 r. na poziomie 5,31 zł – w bardzo różnych warunkach bytowych, od wody bieżącej i ubikacji (choćby i wspólnej dla całego piętra) w Śródmieściu po biedadomki tonącej w błocie robotniczej Woli czy praskich przedmieść. Na Białołęce i Grochowie powstawały kolonie pracowników obsługujących miasto – tramwajarzy, kolejarzy, wodociągowców – „szlachta proletariacka”. Na należących do żydowskich ogrodników polach Grochowa organizacje żydowskie szkoliły chętnych do wyjazdu do Palestyny. Na Annopolu miasto zbudowało baraki dla bezdomnych.

W tradycyjnych miejscach spotkań przenikały się wszystkie klasy społeczne. To były na przykład plaże nad Wisłą, kina – było ich ponad sto, czy zielone Młociny, gdzie pływało się statkiem.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj