Wrocław. Miasto na zakręcie
Tożsamość powojennych wrocławian długo była rozpięta między niemiecką przeszłością miasta a wschodnimi korzeniami wielu mieszkańców. Rozdarta między legendą Kwiatu Europy, jak nazywano Breslau w XVII w., a podtrzymywanym przez władze Peerelu poczuciem tymczasowości i lękiem, że Niemcy mogą tu znowu wrócić.
Most Tumski z widokiem na Ostrów Tumski, najstarszą, zabytkową część miasta. Gród na tej wyspie założony został prawdopodobnie w X w.
Adam Andrearczyk

Most Tumski z widokiem na Ostrów Tumski, najstarszą, zabytkową część miasta. Gród na tej wyspie założony został prawdopodobnie w X w.

Panorama śródmieścia, po prawej Rynek. W naszym rankingu na najładniejszą polską metropolię Wrocław zajął pierwsze miejsce.
Vianowa

Panorama śródmieścia, po prawej Rynek. W naszym rankingu na najładniejszą polską metropolię Wrocław zajął pierwsze miejsce.

Po 1945 r. wszyscy wrocławianie byli skądś. Ale nieprawda, jak głosiła legenda, że większość przyjechała ze Lwowa. Wśród osadników Kresowiacy stanowili niespełna 20 proc., a mieszkańcy Lwowa nie więcej niż 8–10 proc., ale należeli do elity i to oni kształtowali oblicze miasta. Większość nowych mieszkańców Wrocławia, zwabiona propagandą o majątkach pozostawionych przez wysiedlanych Niemców, przyjechała spod Kielc, z Rzeszowszczyzny i Wielkopolski. Przyjechali za chlebem, na ziemię – jak głosiła peerelowska propaganda – mlekiem i miodem płynącą.

Pokolenie ludzi, którzy zdobywali Wrocław, musiało oswoić domy o obcej architekturze, dominujące w Breslau publiczne gmachy z czerwonej cegły, krany w łazienkach z napisami „kalt” i „warm” oraz kościoły, w których mieszkał niemiecki Bóg. Zamieszkali w mieście, które niby istniało, ale trzeba było stworzyć je na nowo. A żeby stworzyć, należało uwolnić się od przeszłości. Dlatego niszczono zabytki podejrzewane o „niemieckość”, skuwano niemieckie napisy, likwidowano cmentarze, palono niemieckie książki.

Jak Krzywousty na Psim Polu

– Na początku nazwanie siebie wrocławianinem było aktem woli. Ludzie, którzy tu przybywali, bycia „z Wrocławia” musieli się dopiero nauczyć – mówi prof. Elżbieta Dzikowska, germanistka, badaczka wrocławskiej tożsamości lokalnej. – Pisarka Anna Kowalska zanotowała: „Ludzie są, ale nie ma społeczeństwa”. Owszem, była w tych pierwszych wrocławianach naturalna potrzeba zakorzenienia się, ale z drugiej strony wszystko wokół było obce, a w dodatku niemieckie. To była dodatkowa trauma, pamięć wojny utrudniała asymilację przestrzeni. Dlatego przez wiele lat nie potrafili poczuć się „u siebie”.

Gregor Thum, niemiecki historyk, autor wielokrotnie nagradzanej w Polsce i Niemczech książki „Obce miasto. Wrocław 1945 i potem”, pisał, że to przekreślanie przeszłości było naturalne, żeby polscy przybysze mogli zbudować nową tożsamość: miasta i własną. Żeby tę więź stworzyć, musieli napisać na nowo historię Wrocławia. W ten sposób narodził się mit „prapolskiego miasta” wracającego do Macierzy.

„Polszczenie” miasta trwało kilkadziesiąt lat. Od pielęgnowania legendy bitwy na Psim Polu, której naprawdę nie było w ogóle albo była bez znaczenia, po slogany o powrocie na ziemie Mieszka I i Bolesława Chrobrego.

Niemiecką przeszłość miasta miały zagłuszyć kamienie „mówiące po polsku”. Przeszłość kresową mieszkańców – cenzura uznająca każde wspomnienie o terenach, które po wojnie stały się Związkiem Radzieckim, za godzenie w sojusze i „wodę na młyn odwetowców z Bonn”. Lwowski pomnik Aleksandra Fredry mógł stanąć na wrocławskim Rynku dopiero w 1956 r., a Panorama Racławicka Kossaka i Styki, z Kościuszką bijącym Rosjan, zawisła w gotowej od dawna rotundzie dopiero w połowie lat 80. XX w.

W mieszkańcach długo żyła obawa, że nie warto się do Wrocławia przywiązywać, bo w końcu i tak przyjdą Niemcy i zabiorą, co ich. Władza oficjalnie zaprzeczała, nieoficjalnie długo traktowała tzw. Ziemie Odzyskane jako ziemie do wyzyskania, a na pewno takie, w które nie warto inwestować.

Drugie pokolenie

Pierwszym momentem, kiedy Wrocław zaczął wybijać się na tożsamość i zyskiwać nowe, własne oblicze, były lata 60. To było oblicze młodej, awangardowej kultury. To wtedy najlepsze lata przeżywała Pantomima Henryka Tomaszewskiego, rozkwitało przejęte z Opola Laboratorium Jerzego Grotowskiego, najgłośniejsze spektakle wystawiał Teatr Kalambur. To było najbardziej żywe i otwarte miasto w Polsce, wspomina Tadeusz Różewicz, który przeprowadził się do Wrocławia właśnie wtedy. Korzenie zapuszczało pierwsze polskie pokolenie wychowane nad Odrą, a często już we Wrocławiu urodzone.

Było im łatwiej niż w Krakowie, Poznaniu czy nawet Warszawie. Nie musieli wysadzać nikogo z siodła, nie musieli się buntować przeciwko ustalonym autorytetom. I to oni stawali się tymi, do których później się odwoływano.

Podobne zjawisko widać w takich miastach tworzonych przez migrantów, jak Chicago czy Nowy Jork, tłumaczy prof. Dzikowska: – Pierwsze pokolenie żyje wspomnieniami i obrazami miast, z których przyjechało, drugie szuka i buduje swoją pozycję w nowym miejscu, wśród mieszkańców takich jak oni sami. Ale dopiero trzecie zwraca uwagę nie tylko na miejsce, w którym żyje, ale i na jego przeszłość. Wzbogaca swoje korzenie. Jego polska tożsamość uzupełniana jest o poczucie wielokulturowej przeszłości. Identyfikuje się z nią.

Tym trzecim pokoleniem było pokolenie Solidarności. Jeszcze w sierpniu 1980 r. z Wybrzeża przyjeżdżały wagony z napisami odwołującymi się do mitu osadniczego: „Ukraińcy, ruszcie się wreszcie”. Ale młodzi robotnicy, którzy odpowiedzieli na to wezwanie, wtedy już tak o sobie nie myśleli. Już nie byli z Kresów, byli z Wrocławia.

W stanie wojennym Wrocław stał się synonimem oporu. To tutaj tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego udało się pod nosem SB wypłacić 80 mln zł, to tu najwięcej ludzi wychodziło na ulice podczas kolejnych rocznic porozumień sierpniowych i wprowadzenia stanu wojennego, tutaj po raz pierwszy jawnie zaczęto czcić pamięć ofiar stalinizmu. W stanie wojennym z dumą opowiadano dowcip, że fryzjer generała Jaruzelskiego przy każdej wizycie pyta szefa junty, co słychać we Wrocławiu, bo wtedy włosy na głowie stają mu dęba i łatwiej je strzyc. To we Wrocławiu narodziła się Pomarańczowa Alternatywa, o której „New York Times” napisał, że Sołżenicyn zniszczył komunizm moralnie, Kołakowski filozoficznie, a Pomarańczowa Alternatywa estetycznie.

Przywracanie pamięci

Wrocław zaczął odzyskiwać historyczną pamięć po 1989 r. Wahadło dziejów gwałtownie wychyliło się w drugą stronę, dobre było wszystko, co miało pieczęć przeszłości, bo nie było skażone peerelowską obłudą.

Furorę robiły kolejne książki opisujące niemiecką historię miasta, interesy robiono na publikowaniu reprintów starych pocztówek i zdjęć, odsłonięto pomnik Schillera, przeniesiono z Javornika do katedry szczątki ostatniego niemieckiego kardynała Adolfa Bertrama, choć wcale nie był hierarchą przyjaznym Polakom. Na tej fali narodził się sukces cyklu powieści kryminalnych Marka Krajewskiego, ze słowem Breslau w tytule i radcą kryminalnym Eberhardem Mockiem w roli głównej, który dziś doczekał się już epigonów. Niemiecka część historii miasta zaczęła być traktowana tak samo jak historia piastowska czy okres przynależności do Korony Czeskiej.

Trzecie pokolenie mieszkańców miasta nie miało już żadnego problemu z używaniem nazwy Breslau, choć jeszcze ich rodzice uważali, że to rezygnacja z kawałka polskiej suwerenności. Zdaniem socjologów przełomem była powódź tysiąclecia w lipcu 1997 r. Tysiące wrocławian przyjechało do centrum miasta, bronić przed wielką wodą pruskie gmachy i niemieckie zabytki na równi z tymi, które miały oficjalny stempel polskości. Bronili po prostu swojego miasta. To nie było już tylko odkrywanie przeszłości, ale moment, w którym po raz pierwszy czeska, austriacka i pruska część historii miasta zostały uznane za równoprawne z polskimi dziejami Wrocławia.

– Każda generacja potrzebuje przeżycia pokoleniowego, które pozwala mu poczuć wewnętrzną więź. Po 1989 r. budowaliśmy nową tożsamość, równocześnie wrocławską i polską. Budowę tej pierwszej powódź przyspieszyła. Wtedy po raz pierwszy we wrocławianach pojawiła się świadomość łączącej ich wspólnoty – mówi prof. Elżbieta Dzikowska.

Miasto spotkań

Nazwy miasto spotkań użył Jan Paweł II podczas odbywającego się we Wrocławiu w 1997 r. (tuż przed powodzią) Kongresu Eucharystycznego. Mówił o mieście na styku trzech krajów, które jednoczy, w którym spotyka się tradycja duchowa Wschodu i Zachodu. Władze Wrocławia uznały, że to świetne hasło promocyjne. Ogłoszenia o mieście spotkań ukazały się nawet w „Timesie”.

Wrocław, który startował w kolejnych wyścigach o organizację wystaw światowych EXPO, był jednym z miast Euro 2012, został Europejską Stolicą Kultury 2016, musiał promować się jako miasto otwarte, bo inaczej nikt nie chciałby do niego przyjechać, uważa dr Hana Červinkova, antropolog kultury z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej. I przez blisko dziesięć lat była to strategia skuteczna. Do Wrocławia przyjeżdżało coraz więcej inwestorów i turystów zza granicy, a w Polsce rodziło się przekonanie, że Wrocław potrafi świetnie wykorzystać swoje położenie i historię.

– Wrocław skutecznie wykreował swoją markę i to miało wpływ na myślenie mieszkańców o sobie – mówi socjolog z Uniwersytetu Wrocławskiego dr Jacek Pluta. – Po kilku latach sami wrocławianie uwierzyli, że tacy właśnie są: bardziej otwarci i tolerancyjni niż inni.

W 1997 r. socjologowie zapytali wrocławian, czym ich miasto różni się od innych polskich metropolii. Ankietowani wskazywali na zabytki, liczbę mostów, budowle takie jak Iglica czy rotunda Panoramy Racławickiej, zieleń. Cechy żyjących we Wrocławiu ludzi wymieniano dopiero na ósmym miejscu. To samo pytanie badacze postawili w 2005 r. Wtedy wyjątkowi ludzie byli już na drugim miejscu. Wrocławianie uznali się za bardziej od innych otwartych, tolerancyjnych, nawet uprzejmych. Drugą ważną cechą, którą pokazały badania Jacka Pluty, było poczucie związku wrocławian ze swoim miastem. Deklarowali w pierwszej kolejności związanie z Wrocławiem jako przestrzenią, a dopiero potem z własnym mieszkaniem czy domem. Ulica, osiedle czy dzielnica zajmowały miejsca jeszcze bardziej odległe.

Duma z bycia mieszkańcem miasta spotkań tryumfowała.

Ale potem było już mniej różowo. – Wrocławianie uważają swoje miasto za wielokulturowe, ale naprawdę to Wrocław jest monokulturowy – mówi dr Hana Červinkova. – Oczywiście strategia „miasta spotkań” jest znacznie lepsza niż strategia „Wrocław dla Polaków”, ale niestety za marketingiem nie poszło zbyt wiele konkretnych działań. Niemniej uważam Wrocław za miasto wyjątkowe, bardzo otwarte i to właśnie dzięki postawie jego mieszkańców.

Kilka lat temu Wrocław zaczął jednak pokazywać brzydszą część swojej twarzy. Marsze narodowców z pochodniami w Święto Niepodległości. Wynajęty przez Narodowe Odrodzenie Polski jeżdżący po mieście tramwaj z krzyżem celtyckim i transparentem „Biała siła” czy ogoleni na łyso młodzi ludzie skandujący: „Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”. Po nagonce z wizyty we Wrocławiu zrezygnował Daniel Cohn-Bendit, jeden z przywódców paryskiego Maja ’68, lewicowy poseł do Parlamentu Europejskiego. W ubiegłym roku narodowcy „uczcili” święto 11 listopada najazdem na squat Wagenburg nad Odrą.

– Wrocław w mediach stał się miastem brunatnym i brutalnym, choć naprawdę nie różni się pod tym względem od innych polskich miast – mówi dr Jacek Pluta. – Ale mity są szczególnie podatne na destrukcję.

Ofiara własnego mitu

Komentatorzy i socjologowie zaczęli pisać o sojuszu narodowców i pseudokibiców piłkarskiego Śląska Wrocław. Na meczach klubu, którego współwłaścicielem było miasto (obecnie jest już jedynym właścicielem), zaczęły się systematycznie pojawiać transparenty z nazwiskami „stalinowskich morderców narodu polskiego” (z tego paragrafu „wyp...” miał Zygmunt Bauman) i gloryfikujące żołnierzy wyklętych, o których większość kiboli prawdopodobnie wcześniej nawet nie słyszała. W rewanżu na organizowane przez NOP Marsze Patriotów przychodzi za każdym razem po kilkuset, czasem kilka tysięcy ludzi w szalikach Śląska. Stworzyli nawet legalne Stowarzyszenie Krzewienia i Nauczania Honoru Etyki Afirmacji Ducha Sportu. W skrócie SKINHEADS. Słowo zakazane na stadionach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stało się słowem legalnym.

– Narodowcy poczuli się silni dopiero wtedy, kiedy zdołali przeniknąć i przejąć środowiska kiboli – mówi prof. Dzikowska. – Bez nich byliby grupką bez większego znaczenia.

Hana Červinkova uważa, że większa aktywność środowisk prawicowych, które wciąż jednak pozostają marginesem, to skutek zaniechań władz i unikania otwartej debaty na temat niewygodnych spraw. Niepokojących wydarzeń w ostatnim czasie można było uniknąć. Ale milczenie tych, którzy w zdecydowanej większości nie akceptują przecież takich działań i powinni najgłośniej protestować, dało ekstremistom poczucie bezkarności.

Hana Červinkova, która mieszka we Wrocławiu od 12 lat, prowadzi w Dolnośląskiej Szkole Wyższej zajęcia dla studentów z USA i różnych krajów europejskich. Kiedy pokazuje im zdewastowany cmentarz żydowski przy ulicy Lotniczej, na pomniku żołnierzy, którzy zginęli podczas I wojny światowej, widzą napisy „Jude raus” albo „jebać Żydów”. Wtedy bardzo trudno uwierzyć im w wielokulturowość i otwartość Wrocławia.

Socjologowie są zgodni: to efekt życia przez kilkadziesiąt lat w społeczeństwie naprawdę monokulturowym, zamkniętym, które dopiero zaczyna się otwierać. Szczególna otwartość wrocławian jest wciąż mitem. Ale wartym wiary.

***

Drogowskazy

Prawa miejskie: 1226 r.

Liczba ludności: 632,4 tys.

Pod względem liczby ludności: 795 aglomeracja miejska na świecie

Powierzchnia: 293 km kw.

Zieleń miejska zajmuje: 48 proc. powierzchni

PKB/mieszkańca: 60,4 tys. zł

Średnie zarobki brutto (w sektorze przedsiębiorstw): 3970 zł

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj