Katowice. Śląsk, którego nie ma
Ślązacy próbują się dziś definiować przez fałszywe obrazy i skojarzenia. Jakbyśmy posiadali wyłącznie jaźń odzwierciedloną, żadnej własnej.
Nieczynna już kopalnia Katowice działała w latach 1823 - 1999 w centrum miasta.
Tomasz Jodłowski

Nieczynna już kopalnia Katowice działała w latach 1823 - 1999 w centrum miasta.

Powstały w latach 1908 - 15 Nikiszowiec to zamieszkany skansen epoki przemysłowej o niepowtarzalnej architekturze (familoki z czerwonej cegły) i atmosferze.
Michał Legierski/Edytor.net

Powstały w latach 1908 - 15 Nikiszowiec to zamieszkany skansen epoki przemysłowej o niepowtarzalnej architekturze (familoki z czerwonej cegły) i atmosferze.

1.

Jest taka historia o młodej dziewczynie zajmującej się historią mówioną, zbieraniem i nagrywaniem świadectw żyjących jeszcze powstańców warszawskich.

Powstańcy, których relacje rejestrowała, byli jak najbardziej autentyczni. Po którejś z kolei rozmowie dziewczynę uderzył fakt niezwykłej spójności wspomnień – rozmówcy opisywali takie same sceny i wydarzenia, chociaż walczyli w różnych oddziałach i w różnych częściach miasta. Kiedy podzieliła się swoimi wątpliwościami ze swoim starszym szefem, ten we wspomnieniach autentycznych powstańców rozpoznał sceny z wajdowskiego „Kanału”.

Piszę o tym, bo to jeden z najlepszych przykładów na potęgę pamięci zbiorowej. Pamięć wspólnoty jest tak silna, że z biegiem lat jest w stanie wyprzeć pamięć osobistą, pamięć wydarzeń doświadczonych. Podejrzewam, że jest to zapewne ewolucyjnie wypracowany mechanizm, umożliwiający wspólnocie trwanie dzięki spójności, jaką zapewnia.

Stąd trudno się dziwić, że dla większości Polaków ich zinternalizowaną świadomością historyczną jest inteligencko-szlachecka narracja dworku na Kresach, powstań, wojny polsko-bolszewickiej, warszawskiej inteligencji, II RP, września ’39 i tak dalej. Nawet jeśli ich przodkowie w niej nie uczestniczyli, bo też znakomita większość Polaków jest pochodzenia chłopskiego i pobielane dworki oglądali raczej z innej perspektywy niż ta zachowana w pamięci wspólnej. Uszlachcenie „mas chłopskich” w jakimś stopniu się powiodło. Nie powiodło się natomiast wciągnięcie do tej narracji Ślązaków.

2.

Historie Śląska i Polski rozdzieliły się definitywnie w XIV w. Kazimierza Wielkiego zrzeczenie się praw do Śląska było już tylko potwierdzeniem stanu faktycznego. Śląskie miasta zwracały się w kierunku Pragi i przynależność do Korony Czeskiej była oczywistością. Kolejne momenty kluczowe i zwrotne w historii Śląska to wojny husyckie, wojna trzydziestoletnia i wojny śląskie. Żadna z nich nie miała szczególnego znaczenia w historii Rzeczpospolitej. Polska i polskość na Śląsku pojawią się nieśmiało dopiero w drugiej połowie XIX w., postulaty narodowe dobrze współbrzmią ze społecznymi. Do tego czasu świadomość własnej tożsamości zasadniczej większości słowiańskojęzycznych mieszkańców Śląska jest klasowa, państwowa i religijna, nie etniczna. Ślązacy mówiący po śląsku (lub wasserpolsku, jak chętnie język ten nazywali Niemcy) uznają się za katolickich Prusaków mówiących pō naszymu, przy czym znaczenie słowa „Prusak” oznacza przede wszystkim bycie poddanym króla pruskiego, nie jest identyfikacją etniczną.

Historie Polski i Śląska w sposób faktyczny stykają się dopiero w 1919 r., państwowo Polska pojawia się w części Śląska w 1922 r., w całości w sposób niezbyt sympatyczny – w roku 1945.

Wtedy historia Górnego Śląska zostaje opowiedziana na nowo, w sposób pasujący do polskiej narracji, będącej zresztą lustrzanym odbiciem narracji niemieckiej – jej sensem staje się „odwieczna walka o polskość” oraz epizody mające coś z Polską wspólnego. Najważniejszym do 1945 r. wydarzeniem w siedmiusetletniej historii miasta Gliwice (z którego okolicami moja rodzina związana jest, od kiedy sięgamy pamięcią) staje się w tej narracji przejazd wojsk Sobieskiego w 1683 r. Co drugie, starsze niż sto lat, drzewo w okolicach Gliwic staje się drzewem osobiście przez Sobieskiego posadzonym. O tym, że maszerujące polskie wojsko ludność Śląska brała – z przerażeniem – za Tatarów, nie ma oczywiście w tej narracji ani słowa.

Z całą powagą używa się określenia „zabór pruski” w odniesieniu do Śląska, jakby śląska przynależność do orbity różnych niemieckich państwowości była wyłącznie przelotna i na dodatek niemoralna.

Język tej narracji ma na celu stworzyć złudzenie, jakby przez siedemset lat swojej historii Śląsk oczami swoich mieszkańców walczył z germańskim „najeźdźcą” i spoglądał tęskno w stronę „Macierzy”, by w końcu do niej powrócić.

3.

We wspomnieniach każdej znanej mi śląskiej rodziny obecny jest charakterystyczny wątek obcości, dotyczącej ostatnich kilkudziesięciu lat. W szkole dzieci uczą się polskiej narracji historycznej – Sienkiewicz, rozbiory, powstania, odzyskanie niepodległości, wrzesień ’39, powstanie warszawskie, PRL. W domu zwykle nie uczą się żadnej i dopiero wchodząc w dorosłość, jeśli są tym zainteresowane, odkrywają własną obcość wobec narracji historycznej, którą na jakimś poziomie zdążyły już zinternalizować.

Nagle okazuje się, że dziadek, owszem, był na wojnie, ale po której stronie? W rodzinnych albumach dziadkowie noszą niewłaściwe mundury. Okazuje się, że używane jak obelga polskie słowo „folksdojcz” dotyczyło babci, cioci i wszystkich przodków na Górnym Śląsku mieszkających. Nagle więcej sensu zaczynają zyskiwać prowadzone przyciszonym głosem albo wręcz po niemiecku – żeby dzieci nie rozumiały – rozmowy dorosłych.

Przychodzi więc w końcu dla tych, którzy zadają sobie o własną tożsamość pytania – a wydaje mi się, że szczególnie tutaj, na Górnym Śląsku, jest to znakomita większość – czas na uświadomienie sobie obcości. Okazuje się nagle, że na życie naszych przodków rozbiory, rzeź Pragi, powstania styczniowe czy warszawskie nie miały żadnego wpływu. Żyliśmy gdzieś indziej. I nie poza głównym nurtem historii, nie na uboczu, bo często w nurcie najbardziej rwącym – tyle że innym.

Poczucie nieuczestnictwa w zbiorowej pamięci staje się dojmujące. I jest to poczucie bardzo trudne do zniesienia, bo bycie politikon zoon wpisane jest głęboko w naturę ludzką i każdy człowiek potrzebuje poczucia przynależności do jakiejś, jakiejkolwiek wspólnoty.

4.

Pojawienie się na Górnym Śląsku polskości w drugiej połowie XIX w. było związane z próbą samookreślenia, odpowiedzi na pytanie „kim jesteśmy?”. Ślązacy nie mieli wówczas towarzyszącego im przez XX w. poczucia bycia ściśniętymi przez dwa wielkie żywioły – polski i niemiecki, bo Polski po prostu nie było. Wraz z upadkiem systemu feudalnego i wybuchem industrializacji rosła natomiast świadomość własnej inności – różnice klasowe skorelowane były dość wyraźnie (acz nie aż tak wyraźnie, jak w polskiej narracji historycznej próbuje się to przedstawiać) z podziałami językowymi.

Polskość, tożsamość o wielkiej historii i żadnej wówczas teraźniejszości, była nieopresywna. Była atrakcyjną alternatywą wobec pruskości, która również się zmieniała. Z tożsamości o charakterze politycznym – czasy Fryderyka Wielkiego, który brzydził się językiem niemieckim, minęły – stała się tożsamością etniczną, otwartą i w jakimś stopniu inkluzywną, ale warunkowo: za cenę porzucenia tożsamości własnej. Bycie słowiańskojęzycznym Prusakiem stawało się coraz trudniejsze. Wybór polskości narzucał się sam.

Mimo to nie stała się ona powszechnym wyborem, co łatwo wyczytać z polskiej publicystyki z tego okresu, w której jednym z głównych wątków jest ubolewanie nad tym, że wielkie masy Ślązaków ciągle się „nie przebudziły” i pozostają w przednarodowym nieokreśleniu. Wiąże się z tym całkowicie ahistoryczne przekonanie, iż Ślązacy byli kiedyś Polakami i z biegiem lat tę polskość utracili. XIX-wiecznemu wymyślaniu tożsamości narodowych, w tym polskiej, powszechnie towarzyszyło przekonanie o ich odwieczności, którego fałszywość wykazał Eric Hobsbawm.

Po 1922 r. razem ze zinstytucjonalizowaną polskością i polskim państwem na Śląsku pojawiło się polskością rozczarowanie. Okazało się, że Polakami łatwo było być względem Prusaków, wobec Polaków z Polski dużo trudniej. Wraz z szowinistyczną i pogardliwą wobec Ślązaków polską polityką, której wcieleniem najdoskonalszym był wojewoda Grażyński, pojawiło się dobrze znane poczucie obcości. Częste nawet wśród tych, którzy o przyłączenie Górnego Śląska do Polski walczyli z bronią w ręku, później zrzeszając się na przykład w orientującym się na niezależność, a następnie na autonomię w granicach Rzeszy Związku Dawniejszych Powstańców na rzecz Górnośląskiej Niepodległości (Bund der ehemäligen Insurgenten für oberschlesische Selbständigkeit).

Podsumowując, można powiedzieć, że w latach, umownie rzecz biorąc, 1870–1921 niektórzy Ślązacy dowiedzieli się o sobie, że nie są Prusakami, zaś w latach 1922–89 ku swemu zaskoczeniu zdali sobie sprawę – również niektórzy – że nie są też Polakami.

Więc kim są? Kim jesteśmy?

5.

W ostatnim spisie powszechnym kilkaset tysięcy ludzi na Górnym Śląsku zadeklarowało jako wyłączną narodowość śląską.

Wydaje mi się, że jest to jednak przede wszystkim deklaracja negatywna: mówimy przez to, że nie jesteśmy Polakami. Ani tym bardziej Niemcami. Już nie musimy. Takiej negatywnej deklaracji towarzyszy poczucie wielkiej ulgi.

Każdy z nas ma rodzinne historie, w których kluczowym momentem jest przymusowe narzucenie tożsamości niemieckiej lub polskiej. Pewna śląska szesnastoletnia dziewczyna, wstępując do Bund Deustcher Mädel (czyli Hitlerjugend dla dziewcząt), składa przysięgę na wierność Adolfowi Hitlerowi i robi to ze świadomością, że jej ojciec, powstaniec i starszy przodownik polskiej Straży Granicznej, kilka miesięcy wcześniej został zamordowany w jednej z filii obozu Mauthausen-Gusen. Miał on wcześniej ten luksus, że bycie Polakiem wybrał dla siebie sam, bez przymusu, jako jedyny z czwórki braci, jego córka tożsamość przyjęła pod oczywistą groźbą śmierci.

Czasem przymus wyboru jednej tożsamości popychał ku drugiej, często jednak skutkował równą niechęcią do obydwu i poczucie, że Niemcy i Polacy są bardzo do siebie podobni w swoim stosunku do Ślązaków, nie było rzadkie.

Poczucie, że już nie trzeba dokonywać wyboru, jest wyzwalające.

Jednak określenie, kim się nie jest, nie załatwia niestety kwestii tego, kim się jest. Odpowiedź „jesteśmy Ślązakami” jest zaś bardzo wątła.

6.

Co to znaczy Śląsk? Zawiera się to jakoś w obrazach.

Na pierwszym widnieją czerwone cegły i na zielono wymalowane wnęki okienne Nikisza albo Giszowca. Krocząca mglistym, grudniowym porankiem górnicza orkiestra dęta, dwurzędowe płaszcze, czerwone pióropusze, lśniące instrumenty. Tłuste kobiety opierające biusty na parapetach, ich bystry wzrok wyglądający tematu do nowych plotek i gardina w oknie odsunięta, aby wiadomo było, że nikt nie zajmuje się nimi od tyłu, kiedy chłopa nie ma w domu.

A chłopa nie ma w domu, bo jest oczywiście na grubie. Świecące w ciemnościach oczy w czarnych twarzach, na czarno obwiedzione i czarne od węglowego pyłu paznokcie, których nie da się domyć w kopalnianej łaźni. Cisi, uczciwi, zamknięci w sobie ludzie ciężkiej pracy, stłoczeni w spadającej pod ziemię szoli, kask przy kasku, na kaskach latarki, niebieskie drelichy.

Potem kobiety, stłoczone przed bramą kopalni, ostatni raz w Halembie, tak samo jak od stu pięćdziesięciu lat, pytania, kery teroski wyjedzie, mōj durś niy wyjechŏł, płacz ze szczęścia, kiedy wychodzą ludzie, i płacz rozpaczy, kiedy przychodzą złe wiadomości.

Dalej brudne od pyłu i dymu brzydkie miasta. Nad domami z czerwonej cegły obracające się koła wież wyciągowych nad szybami. Karczmy piwne z ich burszowską obrzędowością.

Dalej dziwadła. Elwry z „Grzesznego żywota Franciszka Buły”. Promień z Saturna ze wspaniałego „Angelusa” Majewskiego, okultyści Ociepka i Gawlik, całe malarstwo śląskich prymitywistów.

Dalej Wujek, wszystko ze „Śmierci jak kromka chleba” Kutza. Czołgi, kamienie, zabici górnicy, krew na śniegu.

Jeszcze może jakiś odległy cień powstań, też z filmów Kutza.

Wspomnienie górniczych przywilejów, specjalnych sklepów, których konsekwencjami dzisiaj są związkowe manifestacje co jakiś czas uprzykrzające życie zirytowanym warszawiakom.

I jeszcze dziwny język, taka śmieszna, popsuta polszczyzna, którą, jak się Polakom wydaje, łatwo można naśladować, mówiąc grubym głosem i zamieniając wszystkie „a” na „o”.

Świetnie się nadaje ten język do opowiadania głupich kawałów. W stylu Masztalskiego albo potwornego Bercika, granego w „Świętej wojnie” przez Krzysztofa Hankego. I do niczego innego poza tym.

7.

Większości z tych obrazów nie sposób już odnieść do śląskiej teraźniejszości. Część z nich w ogóle skłamana jest od początku. Na dodatek wszystkie są niejako zewnętrzne – polskie.

Jednak przez takie właśnie fałszywe obrazy próbujemy się dziś definiować. Jakbyśmy posiadali wyłącznie jaźń odzwierciedloną, żadnej własnej. Co nie świadczy o nas zbyt dobrze. Cóż takiego jest w śląskim etnicznym charakterze, że nie udało nam się samych siebie wymyślić? Udało się to w XIX w. różnym małym, chłopskim narodom, udało się to Słowakom, Estończykom, Litwinom, Łotyszom, a nam nie. Może dlatego, że mieliśmy pod ręką tożsamość polską, ta nas jednak nigdy nie przyjęła jako swoich, a i my nie bardzo, jak się okazało, do niej pasujemy.

Dla Polaków idealną pozycją Ślązaka jest aspirowanie do polskości, co zresztą przypomina bardzo sytuację polskich Żydów. Warunkowo za Polaków uznanych, ale jednak podejrzanych, bo gdzie dworki, herb, szabla po dziadku? Po 1945 r. wystawiano Ślązakom tymczasowe zaświadczenia głoszące, iż ich posiadacz jest narodowości polskiej, lecz „zaświadczenie to ma charakter warunkowy i może być w każdej chwili unieważnione”, co, jak mi się wydaje, idealnie oddaje stosunek polskich Kulturträgerów do śląskich autochtonów.

Kiedy jednak Ślązacy aspirować już nie chcą, Polacy wahają się między uznaniem ich za wariatów a niemieckich agentów. Reakcje oscylują między wyśmianiem a nawoływaniem do osądzenia za zdradę ojczyzny, wszystko w retoryce pełnej piastowskich Macierzy, Ojczyzn, krwi, która nie zmieniła się od czasów gomułkowskich ani na jotę.

Tym jednak nie ma się co przejmować. Jestem przekonany, że mimo oporu materii Rzeczpospolita Polska prędzej czy później zostanie zmuszona do prawnego uznania etnicznej odrębności Ślązaków, co umożliwi sfinansowanie z budżetu państwa – na który składają się przecież również, i to w dużej części, śląskie podatki – mniejszościowego szkolnictwa i instytucji kulturalnych, dzięki którym język śląski zyska szansę na przetrwanie.

Przed Ślązakami stoi jednak zadanie poważniejsze niż tylko wywalczenie odpowiedniego statusu prawnego, czego podjął się teraz Ruch Autonomii Śląska wraz ze Stowarzyszeniem Osób Narodowości Śląskiej, zbierając podpisy pod projektem wpisania Ślązaków do ustawy o mniejszościach etnicznych.

To bardzo potrzebne, ale to nie wszystko. Zapis w ustawie nie odpowie nam, kim jesteśmy. Odpowiedzią na to pytanie nie jest również powiedzenie sobie, kim nie jesteśmy, nawet jeśli, a może zwłaszcza dlatego, że odpowiedzi negatywne bardzo dobrze odpowiadają cichej, ale zaciekłej śląskiej ksenofobii. Nierzadki jest przypadek, w którym niechęć do gorŏla staje się głównym wątkiem śląskiej samoidentyfikacji, co nie wydaje mi się być dobrym kierunkiem.

Odpowiedzią na to pytanie nie jest również odwołanie się do wymienionej wcześniej puli obrazów i skojarzeń.

Pytanie „kim jesteśmy?” wydaje się więc wciąż pytaniem otwartym. Wydaje mi się jednak, że przynajmniej zaczęliśmy w końcu szukać na to pytanie odpowiedzi, i to w sobie, nie w Berlinie czy Warszawie.

***

Drogowskazy

Prawa miejskie: 1865 r.

Liczba ludności: 303,7 tys.

Pod względem liczby ludności: 1673 aglomeracja miejska na świecie

Powierzchnia: 165 km kw.

Zieleń miejska zajmuje: 54 proc. powierzchni

PKB/mieszkańca: 56,1 tys. zł *

Średnie zarobki brutto (w sektorze przedsiębiorstw): 5210 zł

(*) Dane dla podregionu

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj