Od molochów do miast w ludzkiej skali

Na rozstaju dróg
Już ponad połowa mieszkańców Ziemi mieszka w miastach, a udział ten szybko będzie rosnąć. W miastach rozstrzygnie się przyszłość świata. Tylko czy same miasta mają przyszłość?
Projekt ekomiasta, które ma powstać w Korei Płd. w pobliżu Seulu. W tych zielonych kopcach (dla 75 tys. osób) oprócz mieszkań mają być także biura, szkoły, obiekty kulturalne i wypoczynkowe.
MVRDV

Projekt ekomiasta, które ma powstać w Korei Płd. w pobliżu Seulu. W tych zielonych kopcach (dla 75 tys. osób) oprócz mieszkań mają być także biura, szkoły, obiekty kulturalne i wypoczynkowe.

Najdoskonalszym wcieleniem idei Smart City ma być wybudowane na pustyni w Abu Dhabi miasto Masdar.

Najdoskonalszym wcieleniem idei Smart City ma być wybudowane na pustyni w Abu Dhabi miasto Masdar.

Spektakularnym przykładem utopii Miasta Zielonego jest ekomiasto Tianjin w Chinach. Docelowo, do 2020 r., ma w nim zamieszkać 350 tys. ludzi.
materiały prasowe

Spektakularnym przykładem utopii Miasta Zielonego jest ekomiasto Tianjin w Chinach. Docelowo, do 2020 r., ma w nim zamieszkać 350 tys. ludzi.

Projekt wodnej enklawy na rzece Nan w chińskim mieście Xinjin. Na każdej ze sztucznych wysp będą budynki użyteczności publicznej i obiekty mieszkalne. Na najmniejszych – hotele i centra konferencyjne.
MVRDV

Projekt wodnej enklawy na rzece Nan w chińskim mieście Xinjin. Na każdej ze sztucznych wysp będą budynki użyteczności publicznej i obiekty mieszkalne. Na najmniejszych – hotele i centra konferencyjne.

Zgodnie z szacunkami McKinsey Global Institute w sześciuset największych miastach świata żyje teraz 1,5 mld mieszkańców, a liczba ta wzrośnie do 2 mld w 2025 r. I choć w metropoliach tych mieszka zaledwie 22 proc. globalnej populacji, wytwarzają ponad połowę światowego PKB. To w sumie dobra wiadomość. Miasta, zwłaszcza rozległe metropolie, otoczone często slumsami rzadko kojarzą się z ekologią, są jednak bardziej przyjazne środowisku niż tradycyjna wieś. Na nowojorczyka statystycznie przypada o 30 proc. mniej emisji gazów cieplarnianych niż na przeciętnego Amerykanina, a na mieszkańca São Paulo – zaledwie 18 proc. tego, co na przeciętnego Brazylijczyka.

Raport „The New Climate Economy” przygotowany na zamówienie rządów siedmiu państw przedstawia wizję ratowania świata przed globalnym ociepleniem. Jego autorzy, grono wybitnych ekonomistów, przekonują, że nieco tylko zwiększając skalę i tak niezbędnych inwestycji, można przebudować globalną infrastrukturę na bardziej ekologiczną. Tak czy inaczej w ciągu 15 lat trzeba wydać 90 bln dol., a wystarczyłoby dołożyć 280 mld dol. rocznie w skali świata. Jeden wszakże warunek – musimy zmienić myślenie o miastach i zacząć je inaczej projektować.

W stronę Manhattanu?

Obecnie zmorą rozwoju miejskiego w wielu krajach jest tzw. urban sprawl, czyli znane doskonale z polskich metropolii rozlewanie się aglomeracji. Przedstawiciele bogacącej się klasy średniej uciekają na przedmieścia, do wymarzonych domków, gdzie wygodniej wychowywać małe dzieci i cieszyć się z uroków podmiejskiej ciszy. Rozproszenie mieszkańców jednak kosztuje: dojazdy do pracy, najczęściej własnymi samochodami, inwestycje na infrastrukturę. O wiele efektywniejsze są miasta kompaktowe – na Manhattanie samochód jest zbędny, większość spraw można załatwić na piechotę, ewentualnie wsiadając na rower. Do podróży poza dzielnicę lepiej nadaje się metro lub taksówka niż własny samochód. Czy Manhattan stanie się wzorem dla innych miast i ich mieszkańców, zachęcając, by zostali w centrum zamiast kolonizować przedmieścia?

Tak chcieliby troszczący się o sprawy klimatu, środowiska i świata ekonomiści. Procesy społeczne w miastach są jednak bardzo złożone i nie zależą jedynie od woli planistów. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, kluczem do ich zrozumienia są sami mieszkańcy. Przyjrzyjmy się im jako żywemu i dynamicznemu elementowi tkanki miejskiej. Jeszcze 20–30 lat wstecz miejska populacja tworzyła dość jasno określone segmenty. Robotnicy jeździli do fabryk zgodnie z rytmem zmian produkcyjnych. Podobny rytm wyznaczał pracę urzędów, szkół, instytucji kultury, a w rezultacie też całej infrastruktury, z transportem włącznie.

Dziś fabryk w metropoliach praktycznie już nie ma. Życie miejskiego molocha jest coraz bardziej zindywidualizowane, zachowania ludzi wydają się coraz bardziej chaotyczne i trudniej przewidywalne. Francuski socjolog miasta Marc Wiel w książce „Ville et mobilite” (Miasto i mobilność) stwierdza, że współczesną metropolię można najlepiej zdefiniować jako proces angażujący to co stałe, czyli morfologię przestrzeni (szlaki komunikacyjne, budynki, place), i to co zmienne, czyli ludzi, którzy przemieszczają się nieustannie, by się spotykać. Spotkanie jest kluczową kategorią ludzkiej aktywności, służy wytwarzaniu wartości ekonomicznej, wymianie wiedzy, a także realizacji wielu zwykłych, codziennych potrzeb. Miasta dobrze zarządzane sprzyjają spotkaniom, miasta beznadziejne rozbijają ludzką energię, wypychając mieszkańców do jałowych enklaw bezruchu.

Tysiące hybryd w sieci

Co to jednak znaczy dobrze zarządzać współczesną metropolią – jak sprzyjać ludzkim przepływom, by wieńczyły je udane spotkania? Odpowiedź jest prosta i skomplikowana zarazem. To prawda, że w ciągu ostatnich dekad radykalnie zmienili się mieszkańcy miast i one także. Choć główne ulice i place ciągle nazywają się tak samo, to jednak w miejską przestrzeń wkroczył jeszcze jeden, niewidoczny wymiar: informacja. Gdy Mustafa Najem, dziennikarz kijowskiego dziennika „Ukraińska Prawda”, napisał na fejsbuku 21 listopada 2013 r.: „Spotykamy się o 22.30 pod pomnikiem Niepodległości”, nikt nie mógł przewidzieć, że te kilka słów wpuszczonych w komunikacyjną sieć zagrzmi równie głośno jak wystrzał z „Aurory” i da sygnał do rewolucji. Do demonstracji nie wzywała żadna partia ani związki zawodowe, akcja miała charakter spontaniczny – Najem zainicjował pierwszy komunikat, potem ruszyła kaskada komunikatów. I tak przez cały czas trwania euromajdanu – najwytrwalsi stali dzień i noc na barykadach, reszta zwolenników rewolucji patrzyła czujnie na ekrany swoich smartfonów. Gdy pojawiał się sygnał o nadchodzącym przesileniu, wsiadali w metro i taksówki, by dołączyć do walczących.

Zamiast zorganizowanych struktur do koordynacji działań wystarczył przepływ informacji w internecie i komórkach. Mieszkaniec miasta uzbrojony w telefon komórkowy jest zupełnie nowym gatunkiem, swoistą ludzko-techniczną hybrydą wpiętą na stałe w informacyjną sieć. To zaś oznacza daleko idące konsekwencje, przekonuje badacz społeczeństwa informacyjnego Manuel Castells.

Po pierwsze, nowego znaczenia nabierają stare, fundamentalne dla ludzkiej kondycji pojęcia, jak czas, przestrzeń i rzeczywistość. Czas przestaje służyć odmierzaniu sekwencji wydarzeń, bo zanurzony w sieci człowiek może jednocześnie uczestniczyć w wielu działaniach, i to w różnych miejscach świata. Sama rzeczywistość staje się coraz mniej oczywista, bo posiadacz komórki, zwłaszcza smartfona podłączonego do internetu, w coraz większym stopniu tworzy własny obraz rzeczywistości na podstawie komunikatów medialnych. Ba, ostatnim krzykiem mody jest tzw. augmented reality, czyli rzeczywistość rozszerzona. Posiadacz smartfona z odpowiednim oprogramowaniem może spojrzeć na wyświetlacz swojego aparatu, by dostrzec więcej, niż zobaczyłby dookoła. Np. spoglądając na historyczny budynek, może przeczytać jego opis lub zobaczyć, jak wyglądał on w poprzedniej epoce.

FixMyStreet i telefon 311

Współczesny człowiek żyje nie tylko w innym wymiarze, ale także innym rytmem niż człowiek tradycyjny. Życie tego drugiego biegło zgodnie z rytmami dnia codziennego i instytucji. Człowiek mobilny żyje w takt urządzenia, z którym się zrósł. Wychodzi na demonstrację, kiedy dostanie komunikat, jedzie na urlop, kiedy wypatrzy na ekranie korzystną ofertę last minute, inwestuje w rytm napływających informacji, bawi się, kiedy zdoła zebrać grupę imprezową. Człowiek mobilny chce, żeby urzędy były otwarte nie tylko od godz. 8 do 16, a muzea pracowały nawet w wielkie święta. Na dodatek jest ciągle niezadowolony z usług publicznych, a swemu niezadowoleniu daje wyraz za pomocą smartfona.

Mieszkańcy brytyjskich miast sfrustrowani stanem lokalnej infrastruktury założyli witrynę FixMyStreet, na której mogą publikować zdjęcia dziur w drogach z ich adresami. Niech się lokalne władze wstydzą. I reagują. Michael Bloomberg, gdy był burmistrzem Nowego Jorku, jako jeden z pierwszych dostrzegł, że człowiek mobilny, opanowujący jego miasto, nie jest przeciwnikiem, lecz może być bezcennym źródłem informacji. Byle tę informację umieć wydobyć. W tym celu Bloomberg postanowił wykorzystać telefon 311, linię służącą w amerykańskich miastach do zgłaszania problemów, które nie są poważnymi wypadkami (z tymi dzwoni się pod 911). Numer 311 połączono z wielkim call center, którego pracownicy zostali przyuczeni do właściwej obróbki informacji napływających od obywateli. Ich narzekania na wylewające się śmieci z koszy, wybite szyby, brudne ściany i dziury w ulicach szybko stały się zasobem dla systemu miejskiej inteligencji. Doniesienia o nieprawidłowościach przetworzone za pomocą systemu informatycznego umożliwiły znacznie bardziej efektywne zarządzanie miastem.

Władze Waszyngtonu uznały, że i tak nie są w stanie, mimo najszczerszych chęci, zaspokoić wszystkich potrzeb swoich mieszkańców – ludzi mobilnych. Główny informatyk Waszyngtonu Vivek Kundra zaproponował więc, by zachęcić obywateli do samodzielnego tworzenia potrzebnych im usług. By to ułatwić, udostępnił w internecie zbierane przez administrację dane. W oparciu o nie w ciągu dwóch miesięcy powstało kilkadziesiąt serwisów. Kto wybiera się na spacer, może sprawdzić poziom bezpieczeństwa interesującej okolicy za pomocą serwisu przetwarzającego dane z komisariatów policyjnych. Poziom zajętych miejsc na parkingach, godziny otwarcia instytucji publicznych – usługi proste i bardziej wyrafinowane, które ułatwiają ludziom życie.

Mapa cyfrowych śladów

Człowiek mobilny jest jednak nie tylko źródłem informacji, które sam kontroluje, lecz także producentem cyfrowego śladu, który cały czas zostawia za sobą. Ślad ten jest skrupulatnie rejestrowany: kolejne miejsca naszego pobytu rejestrują systemy billingowe operatorów, co umożliwia nie tylko śledzenie ich na bieżąco, lecz także przewidywanie przyszłych lokalizacji.

Na ślady z sieci komórkowych nakładają się ślady transakcji dokonywanych w systemach elektronicznych (zakupy za pomocą karty kredytowej, transakcje za pomocą komórki lub wypłaty z bankomatów) oraz obrazy z coraz bardziej wszędobylskich kamer. Przeciętny Brytyjczyk fotografowany jest setki razy dziennie. Obrońcy prywatności mówią o zagrożeniu wynikającym z rozwoju nowych technik inwigilacji. Realiści godzą się na nie, wskazując, że to konieczna cena, żeby można było efektywnie zarządzać współczesnymi ludzkimi skupiskami. Owszem, Brytyjczycy są fotografowani – nie tylko jednak po to, żeby tropić przestępców, lecz również by lepiej zarządzać ruchem samochodowym w zatłoczonym do granic możliwości Londynie.

Entuzjaści nowych technologii twierdzą nawet, że nadchodzi epoka zarządzania miastami w czasie rzeczywistym. Do entuzjastów należy niewątpliwie Carlo Ratti, włoski architekt kierujący SENSEable City Laboratory w prestiżowym amerykańskim Massachusetts Institute of Technology (MIT). W wywiadzie dla magazynu „Technology Review” wylicza niezliczone możliwości zarządzania w czasie rzeczywistym. Otóż dane operatorów komórkowych umożliwiają nie tylko śledzenie poszczególnych abonentów, lecz także ich identyfikację. Na przykład podczas ważnego międzynarodowego meczu łatwo można rozpoznać grupy „swoich” i obcokrajowców, co umożliwi policji lepsze planowanie ewentualnej interwencji. Jednocześnie publiczny dostęp do powstających w czasie rzeczywistym informacji umożliwi ludziom mobilnym modyfikację swoich zachowań.

Doskonałym przykładem są tu reakcje kierowców zmieniających swe trasy na podstawie informacji o ruchu dostarczanych przez systemy GPS. Te same informacje pozwalają zarządzającym systemami miejskimi lepiej sterować ruchem taboru. Dane o położeniu poszczególnych autobusów i tramwajów umożliwiają bieżące informowanie pasażerów o aktualnym rozkładzie jazdy. W końcu na podstawie elektronicznych danych gromadzonych przez dłuższy czas architekci i urbaniści mogą wczuć się w puls miasta i lepiej projektować przestrzeń publiczną, tak by jak najściślej współgrała z rytmem życia i ruchu ludzi mobilnych.

Kolejny etap to wprowadzenie na ulice samochodów radzących sobie bez kierowców. Nad pojazdami takimi pracuje intensywnie Google. Automatyczne samochody nie są wyposażone w superkomputery potrzebne do przetwarzania informacji dostarczanych przez liczne radary, sensory i dalmierze. Auta są włączone do sieci, a przetwarzanie danych odbywa się w komputerach tworzących informatyczne zaplecze Google. Jazda jest bezpieczna, bo każdy z samochodów korzysta z olbrzymiego i powiększającego się zasobu informacji gromadzonych nieustannie przez tę firmę. Najwięksi producenci samochodów nie zamierzają jednak oddać inicjatywy informatycznemu gigantowi i rozwijają własne inicjatywy. Podobno już pod koniec tej dekady autonomiczne pojazdy staną się częścią miejskiej rzeczywistości.

Laboratoria innowacji

Miasta przyszłości mają szansę być miastami „współodczuwającymi” – reagującymi na bieżąco na sygnały i informacje napływające od wszystkich uczestników miejskiego systemu: ludzi uzbrojonych w mobilne urządzenia komunikacyjne, pojazdów należących do systemu transportu publicznego i niezliczonych nowych elementów. Będzie ich przybywać, bo coraz więcej „martwych” dotychczas fragmentów rzeczywistości zaopatrywanych jest w inteligencję: mikroprocesory i nadajniki radiowe, umożliwiające nieustanną komunikację i wymianę informacji.

Na pozór nieograniczone możliwości techniczne, zmieniająca się struktura mieszkańców miast i nowa globalna dynamika procesów wymiany gospodarczej, przepływów kulturalnych i wpływów politycznych zachęcają badaczy do tworzenia wizji miasta przyszłości. Utopie mieszają się tu z dystopiami, w ramce obok opisaliśmy niektóre z nich. Nawet jeśli nigdy się nie spełnią, to jednak zasilają wyobraźnię i zachęcają do poszukiwania konkretnych rozwiązań czyniących miejskie życie lepszym.

Miasta na całym świecie, od kolumbijskiego Medellín przez Warszawę i Białystok po Szanghaj i Singapur, są kipiącymi energią laboratoriami innowacji społecznych, politycznych, kulturowych: budżet obywatelski, waluty lokalne, systemy wymiany barterowej, banki czasu, partycypacyjne zarządzanie przestrzeniami wspólnymi, spółdzielnie spożywców, jarmarki śniadaniowe, przestrzenie pracy wspólnej, hackathony (maratony dla programistów), media laby i fab laby, systemy roweru miejskiego to tylko kilka przykładów ilustrujących, że miasta kipią twórczą energią. Jaka przyszłość się z niej wyłoni, nie wie nikt.

***

Miejskie utopie

Smart City

To jedno z najgorętszych haseł ostatnich lat mocno promowane przez firmy teleinformatyczne. Przekonują one, że dzięki inwestycjom w „inteligentną infrastrukturę” magistraty będą mniej płacić za elektryczność, bo oświetlenie będzie automatycznie dostosowywać się do zewnętrznych warunków, ruch uliczny stanie się płynniejszy dzięki systemom inteligentnego zarządzania sygnalizacją i transportem publicznym, bezpieczeństwo na ulicach się zwiększy dzięki zaawansowanemu monitoringowi. Najdoskonalszym wcieleniem idei Smart City ma być wybudowane na pustyni w Abu Dhabi miasto Masdar (fot. powyżej) i koreańskie Songdo. Najważniejsza wątpliwość: czy znajdą się chętni, by zamieszkać w tych ultranowoczesnych ośrodkach? Niezależnie od odpowiedzi krytycy idei Smart City zwracają uwagę, że jest ona wyrazem technokratycznej utopii. Iluzji, że technologie rozwiążą dotychczas nierozwiązywalne problemy zarządzania tak złożonym organizmem, jakim jest miasto. Wiele problemów nie wynika jednak z braków możliwości technicznych, tylko z przemian społecznych i gospodarczych, których skutkiem są takie zjawiska, jak masowe migracje, bezrobocie młodych, prekaryzacja zatrudnienia, zanik przestrzeni publicznej.

Miasto Oblężone

Idea Smart City skonfrontowana z realnymi procesami zachodzącymi w przestrzeni miejskiej przekształca się w dystopię Miasta Oblężonego. Najpełniej przedstawił ją Stephen Graham, profesor w Newcastle University. Przekonuje on, że po 11 września 2001 r. widać postępującą militaryzację miast na całym świecie. Polega ona na coraz silniejszej technicznej kontroli miejskich populacji przez systemy inteligentnego monitoringu i zarządzaniu rzeszami ludzi za pomocą złożonych systemów kontroli dostępu do różnych stref i funkcji miasta. W sytuacjach kryzysowych ta kontrola i zarządzanie zostają wzmocnione przez bezpośrednie interwencje coraz bardziej zmilitaryzowanych sił porządkowych, co najlepiej widać było podczas buntów, które wybuchły w Ferguson w USA po zastrzeleniu przez policję Michaela Browna. Do akcji wkroczyły siły policyjne uzbrojone w ciężki sprzęt wojskowy, doprowadzając zresztą do eskalacji protestów.

Aerotropolis

To spopularyzowana przez Johna D. Kasardę wizja rozwoju miejskiego dyktowana przez nową infrastrukturę transportową. Miasta zawsze powstawały i rozwijały się przy ważnych szlakach komunikacyjnych – drogach, rzekach, liniach kolejowych. W zglobalizowanym świecie najważniejszą formą transportu łączącą światową sieć metropolii i miast stało się lotnictwo, a lotniska pełnią dziś taką funkcję, jaką w XIX w. odgrywały węzły kolejowe. To one determinują rozwój metropolii, pozwalając im zmniejszyć zależność od swego lokalnego zaplecza. W Polsce lotniska umożliwiły dokonanie „żabiego skoku” peryferyjnym ośrodkom – najlepszym przykładem aerotropolis jest Rzeszów, który dzięki portowi lotniczemu stał się ważnym węzłem przemysłowym i logistycznym.

Miasto Kreatywne

Tę koncepcję lansuje brytyjski ekspert ds. rozwoju miejskiego Charles Landry. Wynika ona z prostej obserwacji, że w epoce poprzemysłowej przyszłość miast zależeć będzie od ich zdolności do wytwarzania produktów i usług opartych na ludzkiej inwencji i kulturowej kreatywności. W Mieście Kreatywnym nie ma już zwykłych kawiarni, lecz klubokawiarnie, gdzie oryginalnemu menu towarzyszy bogaty program wydarzeń; muzea stają się supermarketami oferującymi pełne bogactwo doznań estetycznych; konkurując o widzów z festiwalami opanowującymi przestrzeń miejską. Uzupełnieniem koncepcji Miasta Kreatywnego jest teoria Klasy Kreatywnej amerykańskiego ekonomisty Richarda Floridy. Uważa on, że dziś o przyszłości miast i metropolii decydują przedstawiciele zawodów zajmujących się twórczym przetwarzaniem symboli, kreowaniem nowych idei, wzorców konsumpcji, technologii. Przedstawiciele klasy kreatywnej pracują w agencjach reklamowych, mediach, laboratoriach badawczo-rozwojowych, zakładają start-upy, czyli firmy zaawansowanych technologii, zajmują się dizajnem. W czasie wolnym korzystają z oferty Miasta Kreatywnego.

Miasto Neoindustrialne

Zarówno koncepcja Miasta Kreatywnego, jak i Klasy Kreatywnej są krytykowane przez wielu badaczy kwestii miejskiej, którzy wskazują na ich utopijny charakter. Maskuje on bardziej ponurą rzeczywistość miasta poprzemysłowego, w której nieliczną grupę dobrze prosperujących przedstawicieli klasy kreatywnej obsługuje współczesny proletariat, czyli prekariusze pracujący na umowach śmieciowych we wspomnianych klubokawiarniach, na bezpłatnych stażach obsługujących instytucje kultury i jako wolontariusze angażujący się w festiwale. Krzysztof Nawratek (czytaj też jego tekst na s. 104), polski urbanista pracujący na University of Plymouth, przekonuje do kontrutopii Miasta Neoindustrialnego, w którym alternatywą dla czysto rynkowego neoliberalnego ładu ekonomicznego są nowe ekologie gospodarcze łączące mechanizmy rynkowe z wymianą, lokalnym pieniądzem, społeczną własnością środków produkcji i nowymi sposobami projektowania produktów oraz usług.

Miasto w Ludzkiej Skali

Jego koncepcję lansuje duński urbanista Jan Gehl. Przekonuje on burmistrzów na całym świecie, by zwrócili swoje miasta ich mieszkańcom. W tym celu należy wyrzucić z centrów samochody, otworzyć jak najwięcej pasaży, inwestować w ścieżki rowerowe, a dalej tak planować rozwój samego miasta, by sprzyjało ono najważniejszej funkcji – spotkaniom.

Miasto Zielone

Przyjazne środowisku jest miasto kompaktowe, z dobrze rozwiniętym systemem transportu publicznego (oczywiście tabor spełnia najostrzejsze normy emisji), inwestujące w technologie efektywności energetycznej i nowe technologie wytwarzania energii. Zielone Miasto aktywnie angażuje się w urban farming, czyli miejskie rolnictwo, starając się docelowo zbliżyć do niezależności. Przykładem utopii Miasta Zielonego jest ekomiasto Tianjin.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj