Krzysztof Burnetko
11 stycznia 2012

DZIEŃ 3: U stóp Matterhorn

Wedle wielu to najpiękniejsza góra świata. Reklamówki Zermatt , nad którym góruje Matterhorn (4478 m n.p.m.), mówią, że to szczyt najczęściej w historii fotografowany. Ja się w Matterhornie zakochałem.

Choć mam z nim też kłopot. Bo jak tu jeździć sobie w Zermatt na nartach, kiedy co chwilę człowiek chce się zatrzymać, by z różnych miejsc podziwiać Matterhorn?

Napięcie rośnie już w pociągu. Wszystkie przewodniki wspominają o wrażeniu, jakie budzi widok tego szczytu. A do Zermatt można dotrzeć tylko pociągiem – wioska (no, dziś w zasadzie miasteczko – choć urodzony tu Dominiqu z miejscowego biura informacji turystycznej uparcie używa słowa „village”) chlubi się tym, że nigdy nie jeździły tu samochody. Teraz miejscowi mogą zostawić swoje auta na obrzeżach osady, a goście mogą najwyżej skorzystać z wielkiego (sprytnie ukrytego w płaskim budynku, ale oferującego 2100 miejsc) parkingu w nieodległej wiosce Tasch (dzień postoju kosztuje 14 franków, ale dojazd do samego Zermatt kolejką jest już za darmo). A - oczywiście można też tu dolecieć helikopterem (korzystają z tego nie tylko zamożni goście z Zachodu, ale też często bogaci Rosjanie), bo lądowisko ulokowano tuż przy granicy wioski (służy ono też do akcji ratunkowych w górach).

I faktycznie: Matterhorn widać już z panoramicznych okien wolno wspinającej się na 1620 m n.p.m. wygodnej Gornergratbahn (nazwa kolei pochodzi od Gornergletscher, jednego z tutejszych lodowców, skądinąd drugiego co do wielkości w Alpach). Już wtedy budzi zachwyt i szacunek.

Zwłaszcza, jeśli zna się historię jego zdobywania, okupioną wieloma tragediami (już pierwsze wejście - w 1865 roku - czterech spośród siedmiu zdobywców przypłaciło życiem – o czym wkrótce tu opowiem).

Nic też dziwnego, że mit Matterhornu i stara alpejska atmosfera wciąż dominują w Zermatt – choć prócz pasjonatów wspinaczki, nart i snowboardu oczywiście teraz jest to też po części luksusowy kurort dla bon vivants (tak się też zresztą reklamuje), świetnie sytuowanej klasy średniej z zachodniej Europy (ale ostatnio także krajów b. Związku Radzieckiego) czy turystów japońskich.

I nie przez przypadek wciąż, na przykład, żywa jest tu pamięć Ulricha Inderbinena, króla tutejszych przewodników. To wręcz kult (zasłużony zresztą) – bo na jednej z uliczek Zermattczycy postawili sąsiadowi pomnik. Ale nic dziwnego: dość wspomnieć, że pan Inderbinen miał na koncie ponad 70 wejść na Matterhorn, z czego ostatnie w wieku… 90 lat. Zaś klientów nie wabił telefonem czy emailem – miał po prostu zwyczaj siadywania każdego wieczoru pod tutejszym kościołem i tam czekał na oferty. A zmarł mając lat 104, w 2004 roku. Nikt nie ma wątpliwości, że taki wiek zawdzięcza Matterhornowi właśnie.

A że takich smaków jest w Zermatt mnóstwo, więc ciąg dalszy tej opowieści nastąpi 

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną