DZIEŃ 4: Narciarska mekka u stóp Matterhornu
Hat-trick Zermatt
Bo, jak tu już wspominałem, jeżdżąc na nartach u stóp Matterhorn ma się tylko jeden problem: co chwilę człowiek chce się zatrzymać, by z różnych miejsc podziwiać tę piękną górę…
O randze wyróżnienia ADAC świadczy choćby i to, że do walki o nie staje aż 1500 stacji wszystkich krajów alpejskich! Wedle „Przewodnika” (nazywanego „narciarską Biblią”), „różnorodność stoków w Zermatt i Cervinii (czyli po włoskiej stronie masywu) sprawia, że stacja jest w pełni warta swojej ceny: zarówno dla narciarzy, jak snowboardzistów, pasjonatów freeride’u i jazdy po muldach, a także… miłośników słońca”.
Faktycznie, Zermatt/Cervinia to 350 km przygotowanych tras – i to o każdym stopniu trudności – zimą oraz 21 km w pozostałych porach roku (z latem włącznie) na lodowcu Theodul. Co więcej, wszystkie regiony narciarskie stacji są z sobą połączone kolejkami, więc w każdy jej zakątek można dotrzeć na nartach.
Rano rozpocząłem zatem wyprawę od wyjazdu podziemną kolejką z centrum Zermatt na Sunnegga, poczym krzesełkami i koleją linową wyjechałem na Rothorn, czyli ponad 3100 m n.p.m. Rozpościera się stamtąd przepiękny widok i na samą wioskę otaczające je pasma (z 29 czterotysięcznikami z, oczywiście, Matterhornem włącznie). Jest też do wyboru kilka możliwości zjazdu – pełną paletą tras: od niebieskiej, przez czerwoną po czarną (można też próbować jazdy off piste, ale ten obszar stoków freeride’owych uchodzi akurat za szczególnie lawiniasty). Choć w górnych partiach (powyżej linii lasu) silnie wiało, jazda była przednia – choćby z racji jakości śniegu na tej wysokości (to zresztą cecha wszystkich wyżej położonych tras Zermatt). Niżej, w leśnych przecinkach nartostrady były dobrze przygotowane (łącznie z czarną, miejscami faktycznie wymagającą, wzdłuż krzesełek Patrullavre). Skądinąd już wtedy mogłem się przekonać, że mitem jest częste w Polsce przekonanie, że w szwajcarskie wyciągi są przestarzałe: wolniejsze i mniej wygodne niż we Włoszech, Austrii czy Francji. Otóż w Zermatt w ostatnich latach wymieniono praktycznie wszystkie instalacje (naturalnie oprócz kultowej, ponad 100-letniej, Gornergratbahn)! Przy okazji zadbano o takie choćby detale, jak pojemniki z… chusteczkami higienicznymi przy dolnych stacjach J.
Z Rothorn można zatem na powrót zjechać do doliny, albo też przedostać się właśnie do jednej z kilku pośrednich stacji Gornergratbahn. Kolejka ta w chwili swego powstania (w roku 1898) była cudem inżynierii – i jako pierwsza w Szwajcarii kolej elektryczna, i z racji wysokości, na którą dociera – 3089 m n.p.m. Podróż z doliny trwa 33 minuty, a kolej – co ważne: nie biegnąca tunelem – działa przez okrągły rok. A powyżej górnej stacji (na 3100 m n.p.m.) znajduje się hotel (z 44 łóżkami)…
Z Gornergrat wiodą kolejne szerokie (znowu ze śniegiem świetnej jakości) niebieskie i czerwone trasy. Przy jednej z nich, na ok. 2800 m n.p.m., wybudowano „wioskę” kilku igloo – w której można spędzić noc w „pokojach” dwu- lub wieloosobowych. Temperatura wewnątrz igloo wynosi zawsze 0 stopni Celsjusza – niezależnie od tego, jaki mróz panuje na zewnątrz.
A przez Riffelalp (gdzie w kilku drewnianych domkach starej pasterskiej osady serwuje się dziś przednie regionalne potrawy) można zjechać do Furi – pośredniej stacji gondolek Matterhorn Express (kolejnego dowodu na nowoczesność wyciągów Zermatt). Można nimi w niespełna 20 minut (albo też koleją linową) dotrzeć na Matterhorn Glacier Paradise – a więc m.in. na wspomniany „całoroczny” Theodulletscher bądź przedostać się na stronę włoską. Bo przejechaliśmy przecież dopiero połowę z tras stacji J.
O reszcie zatem ( w tym wizycie w Pałacu Lodowym oraz na najwyższym dostępnym koleją linową miejscu w Europie) – w następnej relacji.

