Pociągiem przez zimę trzydziestolecia
Informowały o niej nawet zagraniczne media – choćby dlatego, że śnieg odciął popularne połączenie między Szwajcarią, a włoskim Livigno (nieodległym tunelem Munt la Schera).
W Scuol z kolei w ogóle nie można było uruchomić wyciągów – nie tylko wskutek zagrożenia lawinami, ale też konieczności odkopania peronów i podpór. Następnego dnia jeździły zresztą tylko trzy spośród dziewięciu tamtejszych kolejek, bo reszty wciąż nie udało się odśnieżyć, a helikoptery nadal musiały sztucznie wywoływać lawiny w najbardziej zagrożonych miejscach.
Wszystkie programy telewizyjne co rusz pokazywały prognozy pogody, z których wynikało, że na tym nie koniec. Faktycznie, rychło znowu zaczęło padać…
Wypoczynek nadprogramowy?
Specjalnie bym się przedłużonym pobytem w Scuol nie zmartwił, bo łatwo polubić tę położoną na krańcu Gryzonii małą, acz uroczą stację narciarską, a jednocześnie uzdrowisko z wodami mineralnymi (już tu o niej zresztą pisałem). Tyle że moja podróż była precyzyjnie zaplanowana – no i czekały inne atrakcje. Najpierw chciałem przejechać Szwajcarię słynnym Ekspresem Lodowcowym, a potem dotrzeć do samego Zermatt. Glacier Express to temat na osobną opowieść. Dość wspomnieć, że ten „najwolniejszy ekspres świata” (tak reklamują go Szwajcarzy, nie mający widać pojęcia, że groźną konkurencją mogą być ekspresy w Polsce) na pokonanie swojej liczącej ok. 300 km trasy między St. Moritz/Davos a Zermatt potrzebuje… 7,5 godziny. Jest to jednak tylko po części spowodowane wysokościami, na jakie po drodze musi się wspinać. Wszak ideą podróży Lodowcowym Ekspresem jest podziwianie pięknych alpejskich widoków, poznanie szwajcarskiej historii – w tym zaś tutejszej myśli technicznej (jedzie się m.in. przez obszary docenione przez UNESCO jako miejsca „światowego dziedzictwa kulturowego” właśnie z racji na pionierskie konstrukcje inżynierskie).
Wieczór spędziłem więc dość niespokojnie – a to popatrując na alarmistyczne doniesienia telewizyjnych serwisów, a to zerkając za okno na bezustannie sypiący śnieg.
To nie Polska jest...
Jeszcze przed świtem ruszyłem na dworzec. Dla spokojnego sumienia raczej, bo większych nadziei na to, że pociąg odjedzie, nie miałem. Szczęśliwie od hotelu Bellaval (szefem kuchni jest w nim Polak) na kameralną stację w Scuol jest ledwie 150 metrów, więc nie musiałem długo ciągnąć bagażu przez zaspy. Na peronie nie było żywej duszy – nic dziwnego: była wszak szósta rano, niedziela i to niespotykana od 30 lat. Wprawdzie stał jakiś pociąg, ale wyglądał na kompletnie pusty. Spróbowałem poszukać kogoś z obsługi. I gdy tylko wszedłem do budynku stacji, w okienku kas pojawił się ubrany w nieskazitelną białą koszulę kolejarz.
Z niejakim zdumieniem wysłuchał moich wątpliwości, czy pociąg odjedzie, czy zdążę z trzema przesiadkami, jakie dzieliły mnie od Glacier Express i czy tenże też nie będzie odwołany (jechał wszak z St. Moritz, wedle wczorajszych wiadomości telewizyjnych kompletnie odciętego od świata). Stwierdził z absolutną pewnością, że sytuacja jest już opanowana, dojadę do celu bez problemów – jedynie trasa Glacier Expressu może zostać nieco zmieniona, bo nieprzejezdne mogą być jednak tory w najwyższym punkcie trasy, czyli w okolicach przełęczy Oberalppass (na, drobiazg, 2033 m n.p.m.),
Zapewnił również, że o ewentualnych szczegółach będą informować mnie na bieżąco konduktorzy. Na wszelki wypadek wydrukował mi precyzyjny harmonogram przesiadek (z czasem przyjazdu, odjazdu oraz numerami peronów kolejnych pociągów).
Okazało się, że miał rację. Pociąg ze Scuol ruszył zgodnie z rozkładem. Co do minuty dotarł na pierwszą stację przesiadkową (a momentami zaspy obok toru sięgały niemal dachu składu). Także wedle następnych przesiadek mogłem regulować swojego Tissota. A do Zermatt dojechałem nawet wcześniej niż planowałem. Bo Glacier Express faktycznie musiał pojechać zastępczą trasą – przez Zurich. Wjazd na Oberalppass był tego dnia niemożliwy. Lecz faktycznie: o wszystkim powiadomili mnie uprzejmi konduktorzy. Straciłem więc część pięknych widoków (oraz lunch na pokładzie), ale jako pasażer szwajcarskich kolei zyskałem poczucie absolutnego bezpieczeństwa i pewność, że zawsze, nawet w najtrudniejszych warunkach, dowożą one podróżnych na czas i miejsce.
Tym bardziej muszę powtórzyć przejażdżkę Lodowcowym Ekspresem.

