4. edycja Letnich Ogrodów POLITYKI
Czwarta edycja dowiodła, że nawet tak różne zjawiska jak muzyka rockowa, literatura popularna i myśl ks. Tischnera mogą się harmonijnie łączyć w spójną całość.
Paweł Sutkowski/Wikipedia

Redaktor naczelny POLITYKI Jerzy Baczyński, otwierając imprezę przed koncertem Fisza i Emade, tłumaczył młodemu w większości audytorium, że tygodnik żyje nie tylko polityką, ale i kulturą, zaś elbląskie Ogrody POLITYKI są dobrą okazją do żywego kontaktu z twórczością, którą nasz tygodnik ceni i promuje. Ciekawie się złożyło, że muzyczną część Ogrodów rozpoczęli bracia Bartek i Piotr Waglewscy, tegoroczni laureaci Paszportów POLITYKI, a zakończył koncert Voo Voo, zespołu ich ojca Wojciecha, nagrodzonego Paszportem 12 lat temu. Muzyczna klamra elektroniki i folkowego rocka urosła tym samym do rangi symbolu.

Oferta Ogrodów, co podkreślał gospodarz i główny organizator imprezy dyrektor Biblioteki Elbląskiej Jacek Nowiński, stara się być kontrpropozycją i alternatywą dla plenerowych przedsięwzięć, jakie o tej porze roku zaczynają opanowywać cały kraj: festynów, koncertów z okazji Dni Miasta, popowych festiwali czy muzycznych pikników. Chodzi więc o taki antyfestyn, gdzie, owszem, można sobie pogadać przy piwie, ale też, bardziej oficjalnie, wziąć udział w konfrontacji poglądów w trakcie debaty panelowej, obejrzeć wystawę fotografii (teraz były to m.in. fascynujące „Portrety” Wojciecha Druszcza) i posłuchać muzyki, która rzadko bywa ulubienicą najbardziej masowych mediów.

We wszystkich dotychczasowych edycjach naszego festiwalu (już tak zaczynają nazywać Ogrody mieszkańcy Elbląga) dominowała zasada, by w ofercie zawierać propozycje, które mogą zaakceptować zarówno czytający książki inteligenci w średnim i starszym wieku, jak i młodzi ludzie, dla których podstawowym narzędziem komunikowania jest dziś Internet, zaś jedną z głównych rozrywek w czasie wolnym - gry komputerowe. Dlatego nie było tu nigdy ludożerki, jak nazywają masową konfekcję muzyczną fani rocka, choć występowali, rzecz jasna, wykonawcy znani powszechnie, jak zespoły T.Love czy Myslovitz, a swoją wystawę miał na przykład inteligencki i popularny zarazem Andrzej Mleczko. Nie było natomiast koncertów Ich Troje ani spotkań z celebrytami, znanymi z telenowel. Co nie znaczy, że na Ogrodach nie ma miejsca na wartościowe przejawy pop-
kultury czy debaty jej dotyczące.

Część dyskusyjna IV Ogrodów rozpoczęła się od panelu „Krwawa setka - autorski ranking powieści kryminalnych” z udziałem Mariusza Czubaja i Wojciecha Burszty, autorów książki wydanej niedawno pod takim właśnie tytułem, oraz pisarza Marka Krajewskiego, jednego z bohaterów tej książki. Prof. Burszta, antropolog i badacz kultury popularnej, wyjaśniał, że dziś powieść kryminalna nie tylko tworzy swój własny, wewnątrzgatunkowy kanon, ale też coraz śmielej wchodzi do kanonu powszechnego. Sala podzielała opinię panelistów, według której lektura powieści sensacyjnych nie musi być wcale przejawem ograniczonych kompetencji czytelników i szczególnego zamiłowania do tak zwanej kultury niskiej, ponieważ od dawna mieści się w czytelniczym repertuarze nawet najbardziej wyrafinowanych intelektualistów.

Najpewniej z literaturą popularną jest podobnie jak z muzyką estradową. Z jednej strony mamy towar masowy, produkowany wyłącznie z myślą o zysku, z drugiej przykłady dokonań ambitnych, śmiało wykraczających poza oczywiste schematy. Taka jest choćby muzyka Fisza i Emade, nawiązująca do brzmień klubowych i hip hopu, a jednak inna, bo w sporym przecież stopniu oparta na eksperymencie. Obaj muzycy i ich zespół Tworzywo Sztuczne grali w Elblągu po raz pierwszy, nie byli pewni, jak zostaną odebrani, ale okazało się, że mają tu swoich zagorzałych fanów, którzy stworzyli atmosferę znaną z festiwali jarocińskich.

Mit Jarocina zaznaczył się zresztą bardzo silnie na tegorocznych Ogrodach. Panel poświęcony Jarocinowi wywołał nadspodziewanie duże zainteresowanie i to bynajmniej nie tylko u miejscowych fanów rocka z lat 80. Zaproszeni do panelu goście - pomysłodawca i wieloletni dyrektor festiwalu w Jarocinie Walter Chełstowski, muzycy Tomek Lipiński i Tomek Budzyński, którzy grali tam wielokrotnie - a także niżej podpisany prowadzący dyskusję - odnosili własne jarocińskie doświadczenia do rozmaitych konfabulacji i mitologii, w których festiwal pojawia się w roli wentyla bezpieczeństwa służącego władzy PRL.

Problem zawarty w pytaniu, czy festiwal niepokornej muzyki, organizowany pod szyldem oficjalnej organizacji młodzieżowej, był li tylko sprytnym wybiegiem politycznym, został potraktowany ze słusznym dystansem. Budzyński, lider zespołu Armia, dziś czołowy reprezentant chrześcijańskiego rocka, a w czasach jarocińskich idol punkowych załóg, przypomniał co prawda o szykanach milicyjno-esbeckich, jakim był wtedy poddawany, ale i tak uznał, że dla niego samego Jarocin był przede wszystkim ważnym doświadczeniem duchowym, bo tamta muzyka, zarówno dla tych, co ją grali, jak i tych, co jej słuchali, była rzadko dziś spotykanym spoiwem wspólnoty. Tomek Lipiński, jedna z najważniejszych postaci ówczesnej muzycznej alternatywy, pytany o konteksty polityczne festiwalu, przypomniał, że jedynym politykiem, jakiego pamięta z pobytu w Jarocinie, był Aleksander Kwaśniewski, zaś bez dobrej woli rozmaitych aktywistów młodzieżowych zespoły, na których buduje się legendę Jarocina, nigdy nie wyszłyby z garażu.

Potem paneliści przenieśli się na Podzamcze, gdzie jako pierwsza pojawiła się na scenie Armia Tomka Budzyńskiego. I był to najżywiej przyjęty i najtłumniej przez publiczność nawiedzony koncert całej imprezy. Mieliśmy zatem powtórkę z Jarocina z punkowym tańcem pogo włącznie. Ciekawe, że wśród publiczności znaleźli się i ci, którzy dzień wcześniej oklaskiwali świetnie skądinąd grające zespoły bluesowe Terraplane i J.J. Band, znajdujące się jednak w zdecydowanie innym miejscu muzycznej mapy niż weterani Jarocina.

Swoistym interludium dla prezentacji muzycznych i podejmowanych w dyskusjach tematów kulturalnych był panel pt. „Sukces po elbląsku” z udziałem pochodzących z Elbląga Jarosława Augustyniaka, prezesa Noble Banku, i Mateusza Zmyślonego, założyciela i prezesa Eskadry, jednej z najważniejszych w kraju firm marketingowo-reklamowych, oraz, jak sama to ujęła, elblążanki trochę przyszywanej, bo urodzonej w pobliskim Pasłęku, naszej redakcyjnej koleżanki, szefowej biura reklamy POLITYKI Krystyny Jarosz. Paneliści opowiadali o swoich elbląskich latach, no i oczywiście o swoich drogach do sukcesu. Aplauz wywołał pomysł, by ci, którzy stąd wyjechali i robią kariery gdzieś daleko, spróbowali zorganizować stowarzyszenie, które lobbowałoby na rzecz rodzinnego miasta i pomagało poprawiać jego wizerunek.

W kuluarach i przerwach między panelami i koncertami padały jednak opinie, że może nie jest tak źle, skoro odbywają się tu... Ogrody POLITYKI. Pewna stała bywalczyni odbywających się w Elblągu Salonów POLITYKI nie kryła radosnego zdumienia, gdy zauważyła, że na panelu „Wspomnienie ks. Tischnera” pojawili się nawet licealiści. Trudno przypuszczać, by w szkołach mówiło się zbyt wiele o dorobku filozoficznym Księdza Profesora. Swoją drogą uczestnicy panelu prowadzonego przez Jacka Żakowskiego - poeta i biograf Tischnera Wojciech Bonowicz, Krzysztof Trebunia i Wojciech Waglewski - byli zgodni, że gdyby ks. Tischner dożył tych dni, byłby pewnie jeszcze bardziej poniewierany przez stronników jedynie słusznej prawdy i ksenofobicznej wersji patriotyzmu.

Krzysztof Trebunia z góralskiej kapeli Trebuniów-Tutków, ubrany, jak należy, w góralski odświętny strój, przypomniał natomiast, kim był ks. Tischner dla Podhalan. A był dla nich nie tylko powszechnie szanowanym kapłanem, mądrym człowiekiem, który odpowie na każde pytanie, ale też reprezentantem i krzewicielem góralskiej kultury.

Ta góralska muzyka zdominowała koncertową część ostatniego dnia Ogrodów. Co więcej, patronował jej również ks. Tischner, bo głównym punktem okazała się muzyka ze wspólnej płyty Voo Voo i Trebuniów-Tutków „Tischner", gdzie osnową i inspiracją napisanych przez Romana Kołakowskiego tekstów była osoba i dzieło Księdza Profesora. Kapela Krzysztofa Trebuni znakomicie dostroiła się do miejscami rockowych, a czasem jazzowych fraz Wojciecha Waglewskiego, Mateusza Pospieszalskiego i ich kolegów z Voo Voo. Co więcej, nie było żadnego dysonansu między góralskim graniem a poprzedzającym ten koncert występem warszawskiego zespołu reggae The Relievers, który tworzy i wykonuje muzykę reggae w stylistyce bardzo bliskiej jej oryginalnej wersji z Jamajki. Ale nie ma się co dziwić, wszak Trebunie-Tutki mają przecież w dorobku wspólną płytę nagraną z Jamajczykami z zespołu Twinkle Brothers i nie przypadkiem też zaśpiewali tu w Elblągu piosenkę „Nasze reggae", dedykując ją pamięci Boba Marleya.

Tym sposobem Bob Marley podał rękę ks. Tischnerowi i każdy, kto trafił na Ogrody POLITYKI, tym łatwiej mógł się przekonać, że repertuarowa, stylistyczna i tematyczna mozaika tej imprezy nie dzieli, ale łączy pozornie odległe światy.

Zobacz fotorelację z festiwalu

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj