Wywiad Janusza Wróblewskiego z Romanem Gutkiem
Dyrektorem Międzynarodowego Festiwalu Filmowego we Wrocławiu Era Nowe Horyzonty 2010.

Janusz Wróblewski, POLITYKA: W ubiegłym roku pojawiły się we Wrocławiu dwie nowe sekcje konkursowe: Filmy o Sztuce oraz Europejskie Debiuty Krótkometrażowe. Czy będą kolejne niespodzianki?

Roman Gutek: Zmieniamy formułę głównego konkursu. Rok temu po raz pierwszy powołaliśmy międzynarodowe jury. Po rozmowach z jurorami, którzy skarżyli się, że chcieli nagrodzić inny film, ale w zasadzie nie mieli wyboru i musiał wygrać „Głód”, doszliśmy do wniosku, że tak być nie powinno. Dla Steve’a McQueena to wyróżnienie nie miało większego znaczenia, bo jego film został już wcześniej doceniony (m.in. Złotą Kamerą w Cannes za debiut). Umieszczanie go w konkursie było więc błędem. To z kolei zmusiło nas do ponownego określenia charakteru konkursu głównego. Od początku istnienia festiwalu staraliśmy się promować tytuły trudne, niekonwencjonalne, właśnie nowohoryzontowe. Konkurs był miejscem na poszukiwania, skrajne eksperymenty, na uczenie widza innego spojrzenia na sztukę. Chcemy wrócić do tej tradycji. Pomagać twórcom i filmom powstającym poza głównym nurtem.

 Z punktu widzenia publiczności może właśnie lepiej, gdyby mogła ona obejrzeć głośne nowatorskie dzieła nagradzane na różnych festiwalach. A nie rzeczy kompletnie nic nikomu niemówiące.

Z pewnością widzów byłoby jeszcze więcej, ale to byłoby zbyt łatwe. Lubię, kiedy jest trudniej. Nie rezygnujemy z tytułów nagradzanych na rozmaitych festiwalach – od Cannes, Berlina po Wenecję pokazujemy je w innych sekcjach, takich jak np. Panorama. Natomiast jeśli decydujemy się na konkurs, to musi on być zdefiniowany jednoznacznie. Choćby dlatego, żeby twórcy i producenci mieli świadomość, że wrocławski festiwal jest miejscem, gdzie promuje się trudne kino. Konkurs ma wyróżniać festiwal, ma określać jego specyfikę. Nie obawiam się pokazywania filmów nieznanych, pochodzących z egzotycznych kinematografii. Chcę też, aby we Wrocławiu widzowie dokonywali własnych odkryć.

 Co jeszcze wyróżnia wasz festiwal?

To, że pokazujemy przede wszystkim filmy kontrowersyjne, nietypowe, czasami trwające po kilka godzin. Zarzuca się nam, że miejscami do wyświetlania niektórych z nich są galerie, a nie kina. To wszystko prawda, tylko nam zależało na rozbudzeniu myślenia w szerszej, głębszej perspektywie. Na pobudzeniu zainteresowania kinem jako wypowiedzią artystyczną łączącą wiele różnych dziedzin sztuki współczesnej. Coraz więcej młodych realizuje cyfrową kamerą oryginalne projekty, coraz więcej artystów zajmujących się sztukami wizualnymi tworzy filmy dla kina. Filmowy obraz stał się elementem instalacji plastycznych, koncertów, widowisk multimedialnych, wdarł się do teatru i opery. Zresztą festiwale filmowe w ostatnim czasie mocno się skomercjalizowały. Jest coraz mniej przestrzeni dla reżyserów idących własną drogą, mówiących o sprawach ważnych własnym językiem. Także obecność innych sztuk wyróżnia nasz festiwal. Co roku jest dużo koncertów, są wystawy, instalacje, współczesne opery.

 Wolisz, żeby festiwal był imprezą artystowską, bardziej elitarną niż masową?

Zdecydowanie tak. I cieszy mnie to, że na trudnych filmach sale są pełne. Uczestnicy naszego festiwalu są bardzo chłonni i otwarci na trudniejsze kino, na filmowe eksperymenty. Program wrocławskiego festiwalu jest jednak zróżnicowany. Bardziej konwencjonalne, „normalne” filmy też pokazujemy.

 Jak są wybierane tytuły konkursowe?

Jeździmy na różne festiwale – na te duże i na mniej znane. Szerokim łukiem omijamy filmy, które mają szansę na regularną dystrybucję. Nie licząc mnie, pracuje jeszcze czterech selekcjonerów: Joanna Łapińska, Ewa Szabłowska, Magdalena Sztorc i Jan Topolski. Dyskutujemy, lecz o ostatecznym kształcie konkursu głównego decyduję sam. Podpisuję to swoim nazwiskiem, program festiwalu musi być wyrazisty.
Dostajemy też dużo zgłoszeń ze świata. Najważniejsze są opinie reżyserów, którzy odwiedzają nasz festiwal. Guy Maddin, kanadyjski reżyser, którego retrospektywę zorganizowaliśmy w ubiegłym roku, powiedział, że Era Nowe Horyzonty to najwspanialszy festiwal na świecie. A był na wielu.

 Jakich odkryć należy się spodziewać podczas tegorocznego konkursu?

Ciągle trwa selekcja. Oglądamy dziesiątki filmów. W konkursie wystawimy 14 tytułów, do tej pory wybraliśmy osiem. Z pewnością najbardziej radykalnym filmem będzie prowokacyjny „Trash Humpers” zrealizowany przez Hormony’ego Korine’a – enfante terrible nowojorskiej bohemy. Tak jak w poprzednich jego filmach („Gummo”, „Julien – Donkey – Boy”), tak i tutaj mamy groteskowych outsiderów i dziwaków nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie. Z kolei grecki reżyser Angelos Franztzis w swoim nakręconym małą kamerą cyfrową i telefonem komórkowym filmie „In the Woods” nawiązuje do greckich mitów. Młodzi rosyjscy twórcy – Nikolay i Yelena Renard – w minimalistycznej „Mamie” pokazują trudne relacje między mieszkającymi razem dorosłym synem i matką. Włoski film „The Mouth of the Wolf” jest filmowym esejem, w którym reżyser Pietro Marcello pokazuje wielką historię zderzoną z życiem zwykłych ludzi. Brazylijski „I Travel Because I Have to, I Come Back Because I Love You”, zrealizowany przez Marcelo Gomesa i Karima Ainouza, to też filmowy esej: podróżujący po północno-wschodniej Brazylii geolog odkrywa piękno tego mało zaludnionego regionu, inspirują go obrazy, dźwięki, muzyka, kobiety. Wrażenia z podróży mieszają się z osobistą sytuacją podróżującego... Jest coś pięknego i nieuchwytnego w tym filmie. Lista konkursowych tytułów zostanie domknięta dopiero w czerwcu po festiwalu w Cannes.

 Porozmawiajmy w takim razie o konkursie Filmy o Sztuce. W ubiegłym roku pojawiła się spora grupa dokumentów poświęcona mistrzom kina, m.in. Hitchcockowi, Tarkowskiemu, Vardzie. Tym razem będzie podobnie?

W tej sekcji liczy się forma, sposób realizacji. Ważna jest też postać, o której się opowiada. Nie chcemy pokazywać reportaży telewizyjnych, filmów edukacyjnych. Tylko szalone, natchnione wizje, wyraźnie naznaczone piętnem osobowości reżyserów. Wygląda na to, że mocnym punktem będą pełnometrażowe dokumenty o muzyce i muzykach, a także zapisy koncertów. Pokażemy m.in. niemiecki „Villalobos” Romualda Karmakara, składający się tylko z 10 czy 11 ujęć, o pracującym w Berlinie słynnym chilijskim didżeju, czy francuski „We Don’t Care About Music Anyway” o japońskiej scenie alternatywnej. Nie ograniczamy się do jednego kręgu tematycznego. Jeśli pojawi się odważna propozycja mówiąca coś ciekawego o sztuce średniowiecznej, na pewno jej nie pominiemy. Kuratorką tej sekcji jest historyczka sztuki Ewa Szabłowska. Jeździ po świecie, m.in. do włoskich i amerykańskich galerii, które coraz częściej stają się producentami; do Montrealu i Berlina, gdzie odbywają się festiwale sztuki, i stamtąd wyławia co ciekawsze tytuły.

Filmy-skandale też się pojawią?

Dzisiaj chyba nie ma już miejsca na skandale w sztuce. Prędzej możemy mówić o szoku. Żyjemy w bardzo bezpiecznym, wykreowanym przez masowe media świecie i gdy dzieło sztuki wytrąca nas z tego poczucia względnej równowagi, przeżywamy wstrząs. Nauczyłem się rozpoznawać artystów, którzy szokują dla kasy, a którzy nie. I tych właśnie szukamy.

W konkursie filmów polskich na takie szaleństwo liczyć chyba nie możemy?

Niestety nie. Wprowadzając ten konkurs, chcieliśmy znacząco zwiększyć obecność rodzimego kina na festiwalu, pokazywać je młodej publiczności, głównie z mniejszych miejscowości, która nie ma okazji oglądać polskich filmów na dużym ekranie. Pokazujemy oczywiście ten ambitniejszy nurt polskiego kina. We Wrocławiu zjawia się coraz liczniejsza grupa zagranicznych gości, selekcjonerów międzynarodowych festiwali, producentów, dystrybutorów. M.in. dzięki nam potem te filmy jadą w świat. Marzy nam się jak największa liczba filmów premierowych, bo to zawsze uatrakcyjnia konkurs i wzmaga zainteresowanie krytyków oraz widzów, ale trzeba pamiętać, że nasz festiwal odbędzie się po Gdyni, więc może być z tym różnie. Chcę także, aby nasz festiwal był również miejscem rozmów o kondycji polskiej kinematografii.

Kto te filmy będzie oceniał?

Tak jak w zeszłym roku jury będzie międzynarodowe. Mamy potwierdzone uczestnictwo Petera Zelenki. W jury filmów o sztuce zasiądzie m.in. Kanadyjczyk Nik Sheenan, autor nagrodzonego w zeszłym roku „FLicKeRa”, a w jury konkursu głównego – Jonathan Caouette, twórca „Tarnation”, oraz Piotr Dumała.

Nagrody pozostają bez zmian?

Finansowo nic się nie zmienia. W konkursie głównym dochodzi tylko nagroda FIPRESCI, międzynarodowej federacji krytyków filmowych. Prestiżowa i bardzo ceniona na świecie, podniesie rangę naszego konkursu.

Rozmawiał Janusz Wróblewski, POLITYKA

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj