O "Dojczland" Andrzeja Stasiuka
Wielką radość sprawił mi Andrzej Stasiuk książką 'Dojczland'. Po pierwsze dlatego, że wrócił w niej do stylu rodem z 'Jak zostałem pisarzem'.

Stasiukowy narrator umie - i pewnie lubi - udawać chłopka - roztropka, ale to, jak powiadają, czysta „ściema". Korzysta on (narrator!) z wywodzącej się jeszcze z antycznych czasów kreacji „morosophusa", czyli „mądrego głupca". To ścieżka, która podążał niegdyś mitologiczny Satyr, ale też Stańczyk. Pod maską niby prowincjonalnego prostaczka skrywa się w istocie intelektualista, który - wzorem Sokratesa - zadaje proste pytania i formułuje prostackie na pierwszy rzut oka tezy - by uwieść czytelnika, zmylić jego czujność, skryć rzeczywistą rozpacz albo rzeczywistą euforię za parawanem formy. A tym samym dowiercić się - przez przewrotność - do istoty literatury - estetycznego zaskoczenia, mocnego przekazu, sesnualnych wrażeń, które niosą wszak message silniejszego - egzystencjalnego czy filozoficznego - przekazu.

Przyznam zatem, że ten wyrafinowany w istocie styl niewymuszonej swobody, pozornego „luzu" i kolokwialnej gawędy lubię u autora „Przez rzekę" najbardziej. Bo jest to jednocześnie, jak się rzekło, styl - pozornie oferując łatwą opowieść i łatwe porozumienie z czytelnikiem - naprawdę wymagający. Kto nie wierzy - niech choćby znajdzie ten fragment, gdzie Stasiuk pisze o relacjach pomiędzy cieniami a ich desygnatami, czy też przyjrzy się wieńczącemu książkę, symbolicznemu, obrazowi.

Po drugie czytanie „Dojczlandu" było dla mnie frajdą dlatego, że Andrzej Stasiuk, jakby znów przekora kazała mu tę książkę napisać, prezentuje w tej historii odmienną perspektywę niż w swych dotychczasowych „podróżniczych" ujęciach. W największym z możliwych skrótów: o ile kulturę „nie - elit" z ziem należących do dawnej „Środkowej Europy" portretował dotychczas autor „Jadąc do Babadag" jako pewien  - powtarzalny i dla wielu nudny de facto - konstans - bez względu na to czy to południowa Polska, prowincjonalna Słowacja czy Rumunia (dajmy na to), a samą podróż czynił wartością - to tu jest odwrotnie. Nuda bije z cywilizacji i nuda bije z podróży. Temu pewnie służą enumeracyjne wyliczanki miejsc, urzekające wszakże swym germańskim brzmieniem i melancholia bijąca z czynności podróżniczych. Bardzo to ożywcze i ciekawe!

Lubię też - po trzecie - „Dojczland" za wdzięk, z którym Stasiuk prawi Niemcom rozmaite złośliwości i za krytykę, daleko bardziej dotkliwą niż ta, którą uprawiają względem Zachodnich Sąsiadów rządzący naszym pięknym krajem Dwaj Bracia. A że czasem ulega autor emocjom innego rzędu i zwraca ostrze swej ironii także ku nam samym? To też, jak sądzę, w ostatecznych wymiarze rzeczy wychodzi raczej książce na dobre.

Mam wszakże w zanadrzu jeden istotny zarzut. „Dojczland" jest stanowczo za krótkie! Już się zacząłem rozkoszować, już zacząłem wnikać w świat opowieści - a tu nagłe finito! Ale może właśnie tak trzeba? To znaczy - przerywać opowieść, kiedy frajda czytelnika sięga zenitu?

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj