Język w służbie utopii
Z nową władzą przyszła do Polski nowomowa. Było to swoiste nazywanie świata od nowa – nawet wówczas, gdy padały słowa dobrze znane. A także konsekwentne budowanie przeciwstawień.
Nowy język sztuki. Warszawa, 1950 r., pochód pierwszomajowy.
Zdzislaw Wdowinski/Forum

Nowy język sztuki. Warszawa, 1950 r., pochód pierwszomajowy.

Język ze Wschodu.

Propaganda i w ogólności język władzy w pierwszym dziesięcioleciu istnienia Polski Ludowej (ta nazwa z początku zdecydowanie w tekstach propagandowych i oświadczeniach urzędowych dominowała) wyróżnia się wieloma właściwościami specyficznymi, które w latach następnych częściowo uległy przekształceniom, a niekiedy nawet zatarciu. Pod pewnymi względami można ją traktować jako swoistą całość, nawet jeśli się pamięta o tym, że gwałtowna stalinizacja z końca lat czterdziestych stanowi doniosłą cezurę. Niektóre z owych właściwości wymuszone zostały przez sytuację historyczną, zwłaszcza przez fakt, że mamy do czynienia z okresem założycielskim (i te w większości znikną stosunkowo szybko), inne wynikają łącznie z założeń ideologicznych i praktyki socjotechnicznej.

Zwłaszcza w kilku pierwszych latach język przywiezionej ze Wschodu władzy natrafiał na rozmaite trudności i nie mógł się z nich łatwo wyzwolić czy je w taki lub inny sposób wyminąć. Jedną z nich było zharmonizowanie doraźnych celów, jakim miał on służyć, z zamiarem dalekosiężnym; było nim kreowanie postaw i wzorów osobowych wynikających z ideologii marksizmu-leninizmu w jej wersji stalinowskiej. Rozmaicie bywają one nazywane, można mówić o człowieku na miarę naszych czasów czy o nowym człowieku.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj