Epoka wielkiej zmiany cz. II
„Dość znaczne zmiany w nastroju ogólnym” cz. II
Czasy, które ukształtowały Piłsudskiego.
Lot zeppelina nad Jeziorem Bodeńskim. Ilustracja z dziennika „Le Petit Parisien”, 2 sierpnia 1908 r.
Leemage/EAST NEWS

Lot zeppelina nad Jeziorem Bodeńskim. Ilustracja z dziennika „Le Petit Parisien”, 2 sierpnia 1908 r.

Zakłady Kruppa w Essen, ok. 1900 r.
Roger-Viollet/EAST NEWS

Zakłady Kruppa w Essen, ok. 1900 r.

Jan Bloch (ok. 1900 r.)
National Library of Israel

Jan Bloch (ok. 1900 r.)

Bolesław Limanowski (ok. 1905 r.)
Biblioteka Narodowa w Warszawie

Bolesław Limanowski (ok. 1905 r.)

Jacht cesarza Wilhelma II SMY „Hohenzollern” na morzu. Plakat Niemieckiego Związku Floty z 1901 r.
BEW

Jacht cesarza Wilhelma II SMY „Hohenzollern” na morzu. Plakat Niemieckiego Związku Floty z 1901 r.

Jadwiga i Lucjan Rydlowie z dziećmi: Heleną i Lucjanem. Fot. niedatowana.
Biblioteka Narodowa w Warszawie

Jadwiga i Lucjan Rydlowie z dziećmi: Heleną i Lucjanem. Fot. niedatowana.

Budzenie się nacjonalizmu

Drugą obok resentymentu klasowego emocją, która w owym czasie opanowała środkowoeuropejską politykę, był nacjonalizm – w Niemczech zawłaszczony przez partie prorządowe, w wielonarodowych Austro-Węgrzech budzący popłoch władz. Nieco kanapowe partie liberalne (skupiające przedsiębiorców, intelektualistów, urzędników i innych panów we frakach, z monoklem i cygarem, którzy mieli dość środków i wolnego czasu, aby zajmować się polityką) socjalizm przerażał, więc chwyciły się nacjonalizmu. Liczyły, że w ten sposób zdobędą poparcie mas. Naród oraz lud rozpleniły się w nazwach i programach środkowoeuropejskich partii, stopniowo wypierając liberalizm, konstytucjonalizm i demokrację. Każdy kraj monarchii austro-węgierskiej miał teraz swoją partię ludowo-narodową, która podbierała zwolenników partiom liberalnym w starym stylu albo też te partie stopniowo upodabniały się do niej. Młodoczesi, czyli Narodowi Wolnomyśliciele, wyparli Staroczechów, austriackich Konstytucjonalistów zdystansowali Chrześcijańscy Socjaliści, którym deptali po piętach Wielkoniemcy.

Ugrupowania konstytucyjno-liberalne utrzymały się przy władzy lub choćby na powierzchni politycznych zawirowań tylko tam, gdzie nie wprowadzono powszechnego prawa wyborczego, zachowując cenzus majątkowy: na Węgrzech, do pewnego stopnia w Galicji i w końcu w Rosji w krótkim czasie między ustanowieniem Dumy Państwowej a I wojną światową. Nowe partie epatowały mieszanką postulatów postępowych i szowinistycznych: więcej praw narodowych oznaczało budowanie szkół, szpitali, gazowni i tramwajów, mniej tradycyjnych przywilejów dla szlachty, nieufność wobec cudzoziemców i niechęć wobec Żydów oraz więcej narodowej samodyscypliny, drylu i szkoleń strzeleckich dla młodzieży – ponieważ życie ludzi i narodów jest bezustanną walką, a przetrwają tylko najmocniejsi. Inspiracją był oczywiście darwinizm, ale też wzrastająca nieufność między mocarstwami, wyścig o kolonialny podbój Afryki i następujący po nim wyścig zbrojeń – które udowadniały, że narody lepiej zorganizowane i zamożniejsze rządzą słabszymi, a porachunki między sobą załatwiają za pomocą armat. Żeby nie spadać w rankingu narodów w kierunku rejonów zajmowanych przez prymitywnych Murzynów i apatycznych Chińczyków, należało nieustannie się wspinać, depcząc po plecach sąsiadów.

W zaborze rosyjskim, gdzie życie polityczne tłamsił wojskowo-polityczny reżim, w latach 80. przyszli socjaliści i narodowcy byli jeszcze kolegami, najpierw wspólnie zakuwającymi zakazane wiersze w gimnazjalnych kółkach samokształceniowych, potem spotykającymi się w tych samych redakcjach i kawiarniach, a nawet działającymi w tych samych organizacjach. Należały do nich nielegalny Związek Młodzieży Polskiej (tzw. Zet) oraz założona w 1887 r. w Szwajcarii Liga Polska.

W 1893 r. rządy nad Ligą przejął, przemianowując ją na Ligę Narodową, niedoszły biolog Roman Dmowski. Głosił on poglądy w znacznej mierze typowe dla ówczesnych nowoczesnych nacjonalistów: „Jedyny ratunek dla nas to przestać być niespójnym, luźnym tłumem, a zmienić się w silnie zorganizowaną, karną armię”. Specyfika polska polegała głównie na radykalnym odrzuceniu patriotycznej tradycji, przede wszystkim powstań. „W stosunkach między narodami nie ma słuszności i krzywdy, jest tylko siła i słabość” – pisał Dmowski i dowodził, że skoro powstania zawiodły, to znaczy, że były niepotrzebne i szkodliwe. W znacznej mierze jego osobistym wkładem w polską kulturę polityczną było wypromowanie antysemityzmu do rangi ideologii i pożenienie jej z tradycyjnymi przesądami religijnymi.

W późniejszych latach, zwłaszcza od rewolucji 1904–06, ten element stał się jednym z fundamentów popularności ugrupowania. Obok elitarnej Ligi narodowcy założyli masowe Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, głoszące program porozumienia z Rosją i walki o ustępstwa na drodze politycznej, a jako głównego polityczno-rasowego wroga wskazując Niemcy.

Świat się zbroi

Bo też półwiecze przed wybuchem I wojny światowej było epoką niebywałego wzrostu potęgi Niemiec i rozkwitu niemieckiego nacjonalizmu, który spędzał sen z powiek nie tylko Dmowskiemu i jego endekom, ale i czołowym politykom Europy. W połowie XIX w. Niemcy wciąż jeszcze były konglomeratem kilkudziesięciu półfeudalnych państw o słabo rozwiniętym przemyśle, zaabsorbowanych groźbą rewolucji, rywalizacją między sobą i między Prusami a Austrią. Zjednoczone Niemcy stały się główną potęgą militarną kontynentu, a wkrótce też naukową, technologiczną i przemysłową.

W ciągu czterech dekad po zjednoczeniu produkt narodowy Cesarstwa potroił się, ludność wzrosła z 40 mln do 65 mln, Niemcy stały się światowym liderem w najnowocześniejszych gałęziach produkcji, etykieta Made in Germany, którą Brytyjczycy oznaczali niemieckie produkty, aby odstręczyć od zagranicznej tandety, stała się symbolem jakości. Budowane od podstaw fabryki były większe i nowocześniejsze od brytyjskich, niemieckie banki chętniej inwestowały w nowości techniczne, rząd skuteczniej popierał badania naukowe.

Liczba rozmów telefonicznych wzrosła z 8 do 700 mln rocznie w ostatnich 17 latach XIX w.; produkcja stali przed Wielką Wojną przewyższała łączną produkcję brytyjską, francuską i rosyjską. Dotychczasowa liderka postępu technicznego Wielka Brytania przypatrywała się niemieckim wynalazkom Benza, Diesla i Zeppelina z niedowierzaniem i przysłowiową flegmą: w 1896 r. znowelizowano ustawę o czerwonej fladze, podnosząc limit dozwolonej prędkości dla pojazdów indywidualnych z 2 do 14 mil na godzinę i znosząc przepis, w myśl którego każdy pojazd powinno poprzedzać trzech piechurów lub jeźdźców wymachujących czerwonymi proporczykami. Świat przyspieszał, a na ostatniej prostej przed Wielką Wojną Niemcy wyszły na drugą pozycję za USA.

W 1888 r. rządy w Cesarstwie przejął Wilhelm II, wnuk królowej Wiktorii, który stał się katalizatorem narodowych kompleksów i ambicji. Zdymisjonował starego dyplomatycznego wygę Bismarcka i w ciągu kilku lat przekonał świat, że Niemcy nie mają zamiaru poprzestać na ekspansji gospodarczej. Zerwał z bismarckowską polityką przyjaźni z Rosją i wylansował ideę budowy floty wojennej, która byłaby w stanie rzucić wyzwanie Wielkiej Brytanii. W tej sytuacji Rosja zwróciła się ku „odwiecznemu wrogowi” Niemiec – Francji; most na Sekwanie został nazwany imieniem cara, którego następca wysłuchał z odkrytą głową rewolucyjnej „Marsylianki” w wykonaniu rosyjskiej orkiestry wojskowej.

Przed Francuzami rysowała się nadzieja odbicia Alzacji i Lotaryngii, utraconych w 1871 r., a ministrowie w Petersburgu marzyli o opanowaniu Bosforu, przez który przepływała połowa rosyjskiego eksportu. W latach 90. rosyjska gospodarka pod kierownictwem ministra skarbu Wittego ruszyła z kopyta, a zarazem ekspansja wojskowo-gospodarcza kierowała się, w rytmie budowy kolei transsyberyjskiej, na Daleki Wschód.

Wilhelm był mistrzem dyplomatycznych gaf i niespodziewanych wolt. W 1900 r. skonstruował porozumienie z Francją i Rosją przeciw brytyjskiej protegowanej, Japonii, która właśnie wygrała wojnę z Chinami, ale pod naciskiem Europejczyków musiał podzielić się z nimi łupami. Wdzięczność Francuzów i Rosjan była chwilowa, irytacja Brytyjczyków poważna, światowa opinia publiczna ze zdumieniem wczytywała się w mowę Wilhelma do żołnierzy udających się do Chin: „Nie brać jeńców! (…) niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca”. Dwa lata wcześniej nieomal doszło do wojny francusko-brytyjskiej o Sudan, ale Francuzi uprzejmie się wycofali. Rosjanie zostali wyrzuceni z Chin w wyniku wojny z Japonią w latach 1904–05 i znów skoncentrowali się na Europie. Brytyjczycy zaniepokojeni niemieckimi zbrojeniami na morzu i zamorskimi apetytami zdecydowali się na serdeczne porozumienie (entente cordiale) z Francją i nieco bardziej chłodne z Rosją.

W pierwszej dekadzie XX w. Europa dzieliła się na wrogie obozy, a budżety wojskowe rosły jak na drożdżach. Już w latach 90. polski król kolei (właściciel linii Łódź–Warszawa) Jan Bloch pisał siedmiotomową „Przyszłą wojnę”. Analiza morza danych prowadziła go do dwóch konkluzji: że przyszła wojna będzie musiała skończyć się niewyobrażalną masakrą i ruiną, zarówno dla przegranych, jak i zwycięzców; oraz że w związku z powyższym do żadnej wojny nie dojdzie. Już po śmierci Blocha otwarto w Lucernie ufundowane przez niego Muzeum Wojny i Pokoju; po Wielkiej Wojnie przebudowano je na szkołę zawodową.

Epoka gorsetu i sztywnych kołnierzyków

A jednak epokę tę – mimo najszybszego w dziejach przyrostu produkcji i erupcji wynalazczości, mimo eskalacji zbrojeń i wrogości między narodami, mimo rewolucyjnych spisków i bomb rzucanych przez anarchistów – zapamiętano jako czasy stabilności i spokoju, konwenansów i pruderii. Historycy od dziesiątków lat usiłują odnaleźć formułę, która najlepiej opisywałaby fakt, iż dziewiętnastowieczne obyczaje i moralność w jakiś sposób nie nadążały nie tylko za zmianami technologicznymi, ale też społeczno-politycznymi, lub też, że zmiany te zachodziły w gorsecie starych form obyczajowych, a mentalność wciąż krępowały sztywne kołnierzyki.

Władzę polityczną w większości państw europejskich sprawowali ludzie wywodzący się ze szlachty – albo tacy, którzy bardzo chcieli uchodzić za szlachtę. W Wielkiej Brytanii, mateczniku demokracji, pensje dla parlamentarzystów wprowadzono w 1911 r. – w uznaniu faktu, że polityką mogą zajmować się również ludzie niezamożni. Cały kontynent przesiąknięty był duchem hierarchii – zawodowych, towarzyskich, środowiskowych, urzędowych. Ludzie byli już sobie równi pod względem prawnym – wyjąwszy prawa polityczne kobiet – ale we wszystkich dziedzinach życia obowiązywała zasada nabożnego stosunku do zwierzchności, autorytetu, rodziców i starszych w ogóle (stąd złota epoka bród i wąsów w modzie męskiej).

Nieustanny wzrost gospodarczy zapewniał możliwość awansu, brak inflacji gwarantował możliwość powolnego gromadzenia majątku, wszystko to jednak odbywało się stopniowo, przeskoczenie z niższej klasy społecznej do wyższej było dziełem życia, które upływało w cierpliwej nadziei wybicia się lub panicznej obawie deklasacji.

„Polacy są narodem arystokratycznym – pisał Julian Kaliszewski w 1888 r. – Wszyscy u nich gardzą wszystkimi, jeśli tylko są od nich wyżej postawieni na drabinie społecznej. (…) Pan gardzi swoim lokajem, lokaj stróżem, stróż śmieciarzem, a śmieciarz łapaczem psów. Pani swoją kucharką, kucharka młodszą, młodsza pomywaczką, a pomywaczka gałganiarką. Urzędnik gardzi rzemieślnikiem, ten wyrobnikiem, i tak w dół, aż do ostatniego szczebla. To jednak wcale nie przeszkadza, aby w górę idąc, jeden przed drugim w pałąk się nie zginał”. Ten przerysowany nieco opis dotyczy życia miejskiego. Natomiast o chłopach, stanowiących blisko trzy czwarte społeczeństwa, Aleksander Świętochowski pisał: „Szczęściem dla wsi było, jeśli choć jeden człowiek umiał w niej czytać i pisać i mógł wyjaśnić sąsiadom treść odbieranych pism urzędowych i listów (…). Śmiertelność była wielka, zwłaszcza że ludność nie miała zaufania do lekarzy i zwracała się wyłącznie do oszukańczych znachorów. Trzecia część miała kołtuny, a wszy wszyscy”. Dla mieszkańców wsi oknem na świat był najbliższy jarmark oraz folwark. Folwarczną hierarchię autor „Pamiętnika zdeklasowanego szlachcica” (sam tytuł starcza za wizytówkę epoki) opisywał zaś następująco:

„Garderoba była wyżej od pralni. Panny garderobiane nie wdawały się z pannami z pralni. Taki sam stosunek był pomiędzy lokajami i furmanami (…). Dzieliły się tam jeszcze dziewki z pralni i piekarni, i dziewczęta z garderoby, i mnóstwo było tak zwanych kółek stopniowanych. Ogrodniczek żył z kuchcikiem, broń Boże ze stróżem lub parobkiem stajennym, choćby byli z jednej wsi i jednej matki, jednakże każdy bronił swojego honoru i stanowiska w hierarchii dworskiej i majątkowej (…). Wszystkie stopnie dworskie były osobno od siebie nawet stołowane, nawet karmione – broń Boże razem! Osobny stół lokajski, osobny furmański, osobny garderoby, osobny pralni”.

Polszczyzna przechowała słowa oznaczające dziesiątki niejasnych już dla nas funkcji w świecie dworków i folwarków: mianem dziewczyny, dziewki, dziwki i dziewuchy określano konkretne osoby mające swoją rangę. Różniły się one w zależności od regionu i czasu. W Poznańskiem – jak pisze Tadeusz Epsztein – wśród stałych robotników rolnych wyróżniano: komorników, deputantów, chałupników, robotników wolnych, sezonowych i czeladź. Deputanci dzielili się na: ręczniaków, fornali i skotarzy (pastuchów). Ogrodniczek lub owczarek niekoniecznie był małym chłopcem – lecz pomocnikiem ogrodnika lub owczarza, który mógł do końca życia nie dochrapać się awansu na jedno z tych stanowisk. Kozakiem nazywano służącego odzianego w kozacką liberię (na Ukrainie bywali nimi ludzie z Kaukazu, nieznający otoczenia i dlatego obdarzani większym zaufaniem), szwajcarem – odźwiernego w szwajcarskim stroju. Wierny kamerdyner Jan, jak wiemy z anegdoty, niekoniecznie rzeczywiście nosił to imię – mógł po prostu pełnić funkcję Jana, odziedziczoną po poprzedniku, którego „chamskie” imię nie przypadło „państwu” do gustu.

Schyłek pięknej epoki

Ze zgrozą spoglądano na rysy w murach oddzielających klasy społeczne, grupy i rangi. Oddzielały one podkuchenną od kucharki, tak jak hrabinę od księżniczki. W jednej z takich hrabin, damie dworu swej krewnej, zakochał się arcyksiążę Franciszek Ferdynand, austriacki następca tronu, zabity potem w Sarajewie, i uparł się z nią ożenić wbrew oburzeniu dworu i cesarza Franciszka Józefa. Cesarz wymógł jednak na nim uroczystą deklarację, że dzieci z tego morganatycznego małżeństwa nigdy nie zasiądą na tronie Habsburgów, nie zhańbią go swym nieksiążęcym pochodzeniem. Jeszcze rok po śmierci Piłsudskiego król Wielkiej Brytanii Jerzy, który uparł się ożenić z osobą jeszcze niższego pochodzenia, a na dodatek rozwódką, był zmuszony zrzec się tronu. Kiedy w 1900 r. krakowski poeta Lucjan Rydel ożenił się z chłopką, było to wydarzenie tak niesłychane i oryginalne, że aż zainspirowało jego kolegę Wyspiańskiego do napisania dramatu o sensie polskiej historii. Oczywiście dzięki Kopciuszkowi i Barbarze Radziwiłłównie awans społeczny przez małżeństwo, jakkolwiek skandaliczny, był w przypadku kobiet rzeczą mieszczącą się w wyobraźni. O przypadkach przeciwnych milczy nawet literatura: jeden pan Wokulski w „Lalce” próbował, z tragicznym skutkiem.

Gdzieś w górnych rejestrach owych hierarchii przebiegała granica najlepiej ze wszystkich strzeżona, ta właśnie, którą przekroczył Lucjan Rydel ze swą Jadzią: między pospólstwem a ludźmi „przyzwoitymi”. Z reprezentacyjnych ulic i parków policja przepędzała ludzi źle ubranych (a więc także Żydów w tradycyjnych chałatach), a także rowerzystów (przy czym w Łodzi obowiązywał dość dziwny przepis, zezwalający na jazdę bicyklem ulicą Piotrkowską po zmroku). Dla osoby szanującej się niemożliwością było wyjść z domu bez kapelusza, złożyć komuś wizytę bez zapowiedzi, wdać się w rozmowę bez bycia przedstawionym. „Młody człowiek – zalecał poradnik „Dobry ton. Szkoła pożycia z ludźmi wszelkich stanów w stosunkach poufałych i ceremonialnych” – spotkawszy w towarzystwie panienkę, która mu się spodobała i z którą pragnie się ożenić, musi dać się jej poznać, a przekonawszy się, że z powierzchowności nie jest jej niemiłym, zacząć jej dyskretnie asystować i następnie prosić o pozwolenie złożenia wizyty w domu jej rodziców lub opiekunów”.

Ludzi z towarzystwa wyróżniał nie tylko strój, pieniądze i jaka taka znajomość francuskiego, ale przede wszystkim kultura dnia powszedniego i maniery, kodeks regulujący zachowanie się w najdrobniejszej sytuacji życiowej: stąd wydobycie się z kategorii plebejuszy w przeciągu jednego pokolenia było czymś wyjątkowym. Człowiek, który ciężką pracą bądź szczęściem dorobił się majątku, z reguły naśladował tryb życia szlachty – z czego szydzono w salonach i literaturze – ale o rzeczywistej asymilacji, tak jak w przypadku emigrantów, na ogół można było mówić dopiero w odniesieniu do jego dzieci wychowanych już przez guwernantki.

Kultura i edukacja były ściśle elitarne; jaśniepaństwo mogli od czasu do czasu zajść do cyrku lub na chłopskie wesele, ale nigdy na odwrót. Edukacja na poziomie maturalnym, którą w całej Europie otrzymywało nie więcej niż 3–5 proc. społeczeństwa, była nakierowana na języki i kulturę antyczną, m.in. po to, aby odstraszyć nuworyszów. Stąd też w czasach młodości Piłsudskiego w wileńskim okręgu oświatowym w szkołach średnich ok. 80 proc. uczniów wywodziło się ze szlachty. W Rosji przed 1907 r. ograniczano zresztą liczbę gimnazjów jako wylęgarni rewolucjonistów. Inna rzecz, że matura rosyjska, do której często podchodzono po kilka lat z rzędu, stała wówczas na bodajże najwyższym poziomie na świecie i absolwenci rosyjskich gimnazjów nie mieli trudności ze wstępem na zachodnie uniwersytety.

Gdzieś w pierwszej dekadzie XX w. – w zaborze rosyjskim szczególnie wyraźnie po rewolucji lat 1904–06 – na tym do bólu stabilnym gmachu powstały pierwsze rysy. Powoli z mody zaczął wychodzić gorset oraz sztywny kołnierzyk; w modę weszło natomiast kino – pierwsza rozrywka od początku egalitarna, dostępna, jak na razie, w większych miastach dla wszystkich, których stać było na niezbyt drogi bilet.

W Niemczech na przełomie wieków dopuszczono absolwentów tzw. gimnazjów realnych, ze zmniejszoną liczbą godzin łaciny i całkiem pozbawionych greki, do egzaminów na uniwersytety. W 1912 r. z programu gimnazjów zniknęły całki – z którymi dzisiaj, miejmy nadzieję, zapoznają się jedynie studenci matematyki i politechniki na poziomie magisterskim. W roku wybuchu Wielkiej Wojny Henryk Mann napisał powieść „Poddany”, wyszydzającą kult zwierzchności i posłuszeństwa. Z publikacją musiał zaczekać cztery lata – do końca wojny.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj