Czy przyszłość Unii jest przesądzona
Wspólnota wyobraźni
Unia musi wykonać dziś wielką pracę oraz wystrzegać się przesadnej wiary w zbawczą moc samych zasad i regulacji. Urlop od geopolityki właśnie się skończył.
Parada Schumana w Dniu Europy, Warszawa, 9 maja 2015 r.
Forum

Parada Schumana w Dniu Europy, Warszawa, 9 maja 2015 r.

Unia Europejska nigdy nie była tak podzielona jak obecnie.
Getty Images

Unia Europejska nigdy nie była tak podzielona jak obecnie.

[Artykuł pochodzi z najnowszego Pomocnika Historycznego POLITYKI „ Dzieje wspólnej Europy”]

Dwa wstrząsy. Już po referendum w Wielkiej Brytanii (2016 r.) utrwaliła się świadomość, że mamy do czynienia z najgłębszym kryzysem w historii Unii Europejskiej i jej elity powinny wyciągnąć wnioski z tej lekcji udzielonej przez rozsądnych Wyspiarzy. Akurat kampanię za Brexitem trudno uznać za dowód rozsądku – unia była zbyt często obsadzana w roli zakładnika wewnątrzpolitycznych frustracji i partyjnych interesów. A o swoich niedoskonałościach wiedziała bardzo dobrze na długo przed referendum. Poza tym zrobiła wiele, aby wyjść naprzeciw Brytyjczykom i umożliwić rozwiązania, dzięki którym mogliby w niej pozostać. Ale nie wykorzystano tego specjalnie w kampanii przedreferendalnej, co sugeruje, że powody nastrojów społecznych w tym kraju musiały być głębsze. Nikt w Europie jednak nie kwestionuje pilnej potrzeby skoncentrowania uwagi na nowych źródłach niezadowolenia obywateli i konieczności gruntownego przemyślenia europejskich ideałów.

Poza tym Europa nie zdążyła jeszcze ochłonąć po zapowiedziach nowo wybranego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który zakwestionował wiele powojennych zasad współpracy transatlantyckiej. Instytucje międzynarodowe, które zapewniły pokój i wolny handel, mają być programowo osłabiane, by zrobić miejsce dla mocarstw urządzających świat poprzez relacje dwustronne i według wyznawanych przez siebie zasad. Tylko to bowiem dawałoby szanse na stabilizację i rozwiązanie problemów, z którymi porządek liberalny sobie rzekomo nie radzi. Obrońcy tego porządku pytają, czy warto podważać z takim trudem wypracowany dorobek tylko po to, by wracać do jakiejś wersji koncertu mocarstw i protekcjonizmu? Wiadomo, jak to się zwykle kończyło.

Dla Unii Europejskiej jest to pytanie egzystencjalne, bo została zbudowana na fundamencie wartości dzisiaj otwarcie kwestionowanych. Czy sprosta temu wyzwaniu i wykorzysta je jako impuls do zwarcia szeregów i utrzymania jedności? Czy szefowie rządów potrafią się wznieść ponad wszystkie różnice i stworzą prawdziwie wspólną politykę zagraniczną oraz spójny blok obrony standardów liberalnej demokracji? Czy też w osłabionej unii państwa zaczną raczej szukać oparcia w porozumieniach bilateralnych i czy nie znajdzie się zbyt wielu chętnych do wbijania klina między państwa członkowskie? Powodów może być aż nadto, bo polityka unijna większości państw ma swoich zwolenników i jednocześnie krytyków.

Od zarządzania kryzysami do zarządzania unią. Te dwa wstrząsy, Brexit i wybory amerykańskie, zastały unię funkcjonującą od ponad ośmiu lat w trybie zarządzania kryzysami. Ich kumulacja zasłoniła wszystko to, co unii się udawało, jak choćby skuteczne ratowanie zadłużonych państw czy budowa unii bankowej. To były rozwiązania, które jeszcze kilka lat temu wydawały się zupełnie nie do pomyślenia. Ale unia nie miała czasu na promowanie swego dorobku, bo musiała gonić do kolejnych pożarów. W ten sposób traciła najważniejszy instrument legitymizacji – efekty działań, zdolność załatwiania spraw, które są dla ludzi naprawdę ważne. Do realnych kłopotów doszło więc jeszcze postrzeganie unii jako problemu, obywatele odnosili wrażenie, że bardziej stwarza ona problemy, niż je rozwiązuje. Potrzebą chwili stawało się przejście od zarządzania kryzysami do zarządzania samą unią. Ale wtedy zdarzył się Brexit. I, jak się okazało, nie był to jeszcze najtrudniejszy moment minionego roku.

Jeżeli unia sobie z tym nie poradzi, grozi jej powolna dezintegracja, odmagnetyzowanie znaczenia, podzielenie losu organizacji międzynarodowych, których czas mijał i stawały się coraz bardziej fasadowe. Do tego jednak jeszcze daleko. Unia ma ciągle wystarczająco dużo atutów. Aby jednak nie zanikało to, co stanowi o istocie wspólnoty, musi ona przekonać ludzi, że obroni ich przed nowymi zagrożeniami. I że zrobi to skuteczniej niż system konkurencyjny, odrzucający jej standardy, oparty na relacjach transakcyjnych, urządzony według wąsko pojmowanych zasad pomnażania zysków i prawa silniejszego.

Unia nie może dłużej dawać powodów do krytyki, że jest pomysłem tylko na dobrą pogodę i że najlepiej wychodzi jej administrowanie zbiorowym szczęściem.

Dylemat integracji

Strukturalny spór. Unia ma uprawnienia decyzyjne i narzędzia rozwiązywania problemów, które nigdy nie są wyłączną domeną albo państw narodowych, albo instytucji. Czy to na etapie prewencji, czy zarządzania kryzysem mamy z reguły do czynienia z działaniami na obu poziomach. Doświadczenie uczy, że same procedury oparte na uregulowaniach unijnych nie wystarczą, by decyzje były wprowadzane w życie. Sankcje za łamanie lub niepełne stosowanie reguł nie zawsze są skuteczne albo ich się pod różnymi pretekstami w ogóle nie wdraża. Aby temu zaradzić, podniesiono znaczenie Rady Europejskiej, spotkań szefów państw i rządów w przekonaniu, że tylko w tym gronie da się podejmować wiążące decyzje, bo uczestnicy mają zarówno władzę potrzebną do uruchamiania środków unijnych i narodowych, jak i uprawnienia do wyznaczania wspólnego kursu.

Kryzysy – finansowy, ukraiński i migracyjny – wystawiły na próbę relacje i układ sił pomiędzy państwami członkowskimi a instytucjami, zwłaszcza Komisją i Parlamentem Europejskim. Już pierwszy z tych kryzysów pokazał, że instytucje musiały się zgodzić na większą rolę państw, aby wydobyć unię z tarapatów. To logiczne, by w czasie katastrofy inicjatywę mieli ci, którzy dysponują środkami i potrafią reagować natychmiast. Jak opanujemy żywioł, mówiono, inicjatywę przejmą instytucje europejskie, z natury rzeczy lepiej przygotowane do działań prewencyjnych i rozwiązań systemowych. I tak się w znacznym stopniu działo. Ale tymczasowe zarządzanie kryzysem z dominującą rolą państw członkowskich przerodziło się w mechanizm stały, a państwa, zwłaszcza te największe, stopniowo przyzwyczajały się do tej roli. W efekcie spór między Komisją i Parlamentem (wspólnotowość) a reprezentującą rządy Radą Europejską stał się strukturalny.

Krytycy podejścia wzmacniającego rolę Rady Europejskiej przestrzegają, że pogłębia ona deficyt legitymacji demokratycznej, bo obywatele są wyłączeni z debaty. Decyzje szefów rządów może i zapadają szybciej, ale jednocześnie znika element współodpowiedzialności za unię. Po każdym szczycie unijnym szefowie rządów fetują swoje zwycięstwa, ale są to często wiktorie, których nie warto odnosić, skoro nie zachęcają obywateli do wspierania podjętych we wspólnym interesie decyzji.

Model wspólnotowości. Przez lata uniwersalną odpowiedzią na każdy problem czy kryzys był apel o „więcej Europy”. Wyrastał on z wiary w skuteczność regulacji oraz daleko idącego, celowego odpolitycznienia. W skrajnej postaci na końcu tej drogi miał być europejski demos, stworzony na gruzach państw narodowych. Kryzys nadwyrężył jednak wiarę w technokratyczno-biurokratyczny model integracji. Unia straciła pewność kierunku, w którym należy zmierzać. „Więcej Europy” oznaczało dla jednych więcej kontroli i dyscypliny finansowej, dla innych – więcej pieniędzy w ramach pakietów pomocowych. Może nie ma więc żadnego idealnego modelu integracji? Przesadna wiara w taki model skazywała polityków na chroniczne niezadowolenie. Ponieważ rzadko udaje się zrealizować maksymalistyczne cele, stawali się tylko uciążliwymi malkontentami psującymi wszystkim humor ogłaszaniem kolejnych katastrof. Być może Europy w ogóle nie da się skroić według jednego wzoru, bo mamy tu do czynienia raczej z procesem prób i błędów?

Popularność zaczęła zyskiwać teza, że lepiej skupiać się na rozwiązywaniu realnych problemów i dopiero z tych konkretnych rozwiązań składać europejski model integracji. Bo świat jest zasadniczo niegotowy. Doradca byłego przewodniczącego Rady Europejskiej Luuk van Middelaar broni tezy, że polityka europejska musi być tworzona zarówno przez instytucje unijne, jak i państwa członkowskie i dlatego zawsze będzie czymś pomiędzy albo nie będzie jej wcale. Nie jest konieczne rozbieranie wszystkich ścianek działowych gmachu europejskiego, aby proces integracji trwał i rozwijał się.

Poza tym nie wszystko, co nazywamy renacjonalizacją i nad czym ubolewamy, zasługuje na takie określenie. Czasem umyka nam prosty fakt, jak daleko zaszło dziś europeizowanie polityki narodowej, jak często parlamenty muszą zajmować się kwestiami europejskimi, a my zakładamy europejskie okulary, żeby zrozumieć, co się dzieje w polityce krajowej.

Nauczmy się cenić to, co udało się osiągnąć – słychać z Brukseli. Od skutecznego zarządzania kryzysowego, poprzez wspólne inicjatywy finansowe i energetyczne, aż po stabilizowanie instytucji demokratycznych. Nigdy nie mieliśmy aż tyle Europy w unii. I w sprawach kluczowych nadal powinno jej być więcej. Przeciwnie w sprawach mniejszej wagi, które można pozostawiać do załatwienia na poziomie krajowym lub regionalnym. W tym kierunku też od początku szła Komisja pod przewodnictwem Claude,a Junckera.

Pedagogika kryzysu

Pokłosie pedagogiki liberalnej. Ewolucję debaty europejskiej dobrze widać wokół kryzysu finansowego. W pierwszych latach kryzysu wyraźnie dominowała pedagogika liberalna promująca rozsądne oszczędzanie jako lepszą drogę do wzrostu gospodarczego, lepszą w każdym razie niż zalewanie rynku pustym pieniądzem. Przestrzegano, że tylko presja rynków jest w stanie wymusić na politykach reformy.

Z czasem jednak nasiliła się w Europie krytyka polityki zaciskania pasa. Pojawiło się więcej zrozumienia dla pobudzania gospodarki. I choć był to początkowo spór raczej komunikacyjny – każda polityka musi łączyć oba te elementy – ożywił on dyskusję o europejskim modelu socjalnym, który zawsze stanowił tamę przed ruchami populistycznymi, a także był ważnym źródłem legitymacji demokratycznej.

Pokusa politycznej medycyny niekonwencjonalnej. Przywódcy europejscy poddani rygorom polityki oszczędnościowej poczuli się nagle pozbawieni narzędzi do wznoszenia tej tamy i stabilizowania demokracji. Mnożyły się zarzuty pod adresem Brukseli i Berlina, który najmocniej wspierał politykę cięć. W tym kontekście zawrotną karierę zaczęło robić pojęcie suwerenności, szczególnie w tych krajach, których nie można było namówić na reformy, oraz tych, które chciały korzystać z dobrodziejstw członkostwa bez gotowości dawania czegoś w zamian.

Gdy dyskusja staje się sporem ideologicznym, a tak było w przypadku sporu „cięcia czy wzrost”, to łatwo powstają iluzje, że można stworzyć coś alternatywnego, żądać zmiany traktatów, a nawet kwestionować samą ideę wspólnej Europy. Rodzi się zapotrzebowanie na polityczną medycynę niekonwencjonalną.

Pułapki pedagogiki socjalnej. Po doświadczeniach zideologizowanego sporu i jego skutkach nadszedł czas wielkiej syntezy. Dziś chodzi o to, aby uprzedzić ofensywę sił antyeuropejskich. Dojrzewają więc pomysły takiego przeformułowania liberalizmu europejskiego, by chronił obywateli przed ekscesami polityki i gospodarki. By zapewnił i bezpieczeństwo socjalne, i wzrost. Niezbędnym składnikiem każdej propozycji na przyszłość jest dziś tylko taki wzrost, który zapewni korzyści szerokim grupom społecznym.

Nie da się jednak ukryć, że rosnącą popularność ugrupowań skrajnych i populistycznych obserwujemy także w krajach ekonomicznego sukcesu. Widocznie dojrzewają tam pokolenia, które w ogóle nie wyobrażają sobie, że sprawy mogą przybrać zły obrót, i oddają głosy na śmiałych eksperymentatorów. Referendów nie traktują w kategoriach egzystencjalnego wyboru, lecz jako okazję, by dać nauczkę zadowolonym z siebie elitom.

Czyli nie wystarczy wskazać na czynniki ekonomiczne i przesunięcie akcentu w kierunku pedagogiki socjalnej wyjaśniającej dziś źródła kryzysu. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w krajach europejskich dochodzi bowiem do zmian kulturowych, zapotrzebowania na iluzje powrotu do utraconego raju dziesięcioleci powojennych, kiedy żadne ruchy obywatelskie nie przeszkadzały w rozwoju gospodarczym, a cudzoziemcy zjawiali się tylko w takiej liczbie, w jakiej byli potrzebni.

Nowy początek?

Tektonika napięć. Unia Europejska nigdy nie była tak podzielona jak obecnie. Do podziału Północ–Południe na tle kryzysu finansowego doszły napięcia Wschód–Zachód związane z kryzysem migracyjnym. Na zwieranie szeregów w Grupie Wyszehradzkiej zareagowały państwa regionu Morza Śródziemnego, a szóstka krajów-założycieli zaczęła się zastanawiać nad nową, bardziej zintegrowaną unią. Efektem jest kakofonia pomysłów: od pogłębienia, poprzez elastyczną integrację, kręgi koncentryczne do tylko luźnego związku państw. Nie daje to szans na sformułowanie propozycji, która mogłaby liczyć na poparcie większości. Dlatego dziś najważniejsze wydaje się zatrzymanie dalszych podziałów.

Komisja Europejska postanowiła skupić się na kilku praktycznych projektach, które by odpowiadały na najpilniejsze oczekiwania obywateli. Skoro ich poczucie zagrożenia jest obecnie związane z brakiem stabilnego wzrostu, niekontrolowaną migracją czy terroryzmem, to trzeba zwiększyć wysiłki właśnie w tych obszarach. Jest to droga do stopniowego odzyskiwania zaufania społeczeństw i tym samym przygotowania dopiero warunków do strategicznej debaty o przyszłości unii. Dlatego np. podwojono środki na program inwestycyjny i szybko stworzono Europejską Straż Graniczną. Sfinansowano program pomocy dla państw afrykańskich, z których pochodzą rzesze migrantów. A powołanie Europejskiego Korpusu Solidarności dla młodych, jako narzędzia wsparcia na obszarach dotkniętych katastrofami lub innymi problemami, ma pokazać, że unia jest dla wszystkich, a nie tylko dla urzędników i przysłowiowych elit. Że z wymiany międzynarodowej w unii mogą korzystać nie tylko studenci z metropolii, lecz także młodzież z miasteczek i wsi poszukująca szans zawodowych.

Postulat korekty projektu. Ten apel o wzmożoną aktywność jest bardzo potrzebny, ale nie wystarczy i nie może oznaczać prostej kontynuacji tego, co było. Nie wolno zamykać oczu na zakwestionowanie wielu wartości, które uznawano za niepodważalne. Wierzono mocno w transformacyjną siłę rozszerzenia czy zbliżenia do unii. Tymczasem zamiast eksportu wartości zdarzało się importować chaos, zamiast utrwalania wspólnoty losu dochodziło do załamywania się europejskiej solidarności, a współzależność, która miała być sposobem na wyeliminowanie konfliktów, stawała się wręcz ich powodem. Przykładem są toksyczne debaty przywołujące historyczne krzywdy w ostrej fazie kryzysu finansowego w strefie euro, która jest przecież najdalej posuniętą próbą praktykowanej współzależności. W tym sensie niezbędne będzie przemyślenie na nowo pewników i korekta projektu europejskiego. Europa potrzebuje trafnych odpowiedzi na nowe przyczyny niezadowolenia. Współzależność w różnych postaciach – globalizacji czy europeizacji – przyniosła obok fantastycznego postępu także zupełnie nowe zagrożenia. Nie znano ich wcześniej, więc nie ma na razie wystarczających narzędzi do radzenia sobie z nimi. Trzeba ich poszukać.

Istnieje także polska wersja debaty globalizacyjnej. Większość społeczeństwa nadal uważa, że Polska dzięki UE szybciej się rozwijała. Ale ludzie zaczynają pytać, czy ta sytuacja, znana im z fazy transformacji gospodarczej i skracania dystansu do bogatszych, trwa także teraz, kiedy już coraz częściej z nimi Polska konkuruje. Czy regulacje, które pozwalały doganiać Zachód, w równym stopniu pomagają wchodzić na jego rynki, wyrównywać szanse, zrobić kolejny skok modernizacyjny? Od odpowiedzi na te pytania zależeć będzie w dużym stopniu postrzeganie atrakcyjności projektu europejskiego w Polsce.

Postulat i pułapki elastycznego członkostwa. Do tej pory unia radziła sobie z kryzysami poprzez ucieczkę do przodu. Dziś jedynym sposobem, aby pójść do przodu, wydaje się zaakceptowanie różnych form integracji, przyzwolenie na udział grup państw w różnych projektach. Elastyczne członkostwo miałoby powstrzymać tendencje odśrodkowe i wzmocnić spójność, choć brzmi to jak paradoks. Ale może nie ma innej drogi, jeżeli chce się uniknąć zredukowania UE do twardego trzonu? Należy jednakże pamiętać, że koszty zróżnicowanej integracji, czyli poluzowania kotwicy, będą bardzo wysokie. Może ona osłabić solidarność i zaufanie, skomplikować proces decyzyjny i w efekcie przerzucić odpowiedzialność za politykę wspólnotową na garstkę państw członkowskich. No i trzeba sobie jasno powiedzieć, że kraje połączone bliższą współpracą i ponoszące największe ciężary bardzo szybko obniżą poziom zobowiązań wobec tych, którzy w mniejszym stopniu poczuwają się dziś do solidarnych świadczeń na rzecz wspólnoty.

Powrót polityki

Raczej uczestnik niż kaznodzieja. Nadrzędnym celem integracji europejskiej było i jest zapewnienie pokoju. Pokój w Europie coraz bardziej zależy jednak od sytuacji poza Europą, co sprawia, że unijna polityka zagraniczna zyskuje nowy status. To ważna zmiana, bo zagranica nie była dotąd w centrum zainteresowań UE, dopiero niedawno powstała unijna dyplomacja. Ale sytuacja w sąsiedztwie – przede wszystkim konflikt rosyjsko-ukraiński, wojna w Syrii oraz napływ uchodźców i migrantów – nie pozostawia wielkiego wyboru.

W brukselskich dyskusjach powtarza się argument, że unia powinna być dziś bardziej aktorem niż kaznodzieją, że trzeba pożegnać się z postulatem odpolitycznienia wspólnoty, bo stał się anachronicznym złudzeniem. Że nie można bez końca grać na remis, bo zawsze wyprzedzą nas niecierpliwi i nieoglądający się na mozolne procedury autokraci.

Ten wymuszony powrót polityki zawiera także istotną szansę unii na nowy rodzaj legitymizacji. Udział bowiem UE w rozwiązywaniu konfliktów międzynarodowych może przywrócić zaufanie społeczne dla niej i przypomnieć, dlaczego jest nadal potrzebna. Jednocześnie transakcyjne podejście prezydenta Trumpa do kwestii bezpieczeństwa stoi w jawnej sprzeczności z unijnym, opartym na solidarnych zobowiązaniach, przestrzeganiu zasad i wspólnym podejmowaniu decyzji.

Dyplomatyczna kompetencja. Unia stoi przed strategiczną decyzją, jak na to zareagować. Dojrzewa dziś pogląd, aby politykę zagraniczną uczynić jedną z jej kluczowych kompetencji, by w bezpieczeństwo inwestować jak w gospodarkę, łączyć zasoby, wzmacniać zdolności instytucji. Polityką zagraniczną liderzy państw unii powinni się zajmować na co dzień, a nie tylko w czasie kryzysów. Tylko oni mogą budować jedność i kreować ambicje wspólnotowe, a także przekonywać do tego społeczeństwa. Unijna polityka zagraniczna musi być czymś więcej niż tylko sumą polityki państw narodowych. Do tego potrzebna jest jednak ekspertyza dyplomacji wspólnotowej, dostosowana do dzisiejszych realiów.

Unia jako gracz na scenie międzynarodowej nie może sobie już pozwolić na przewlekłe procedury, których celem jest z zasady gra na remis. Tak jak w tenisie tie break stał się mechanizmem krótkiego rozstrzygania niekończących się meczów, tak i unia musi nauczyć się reagować szybciej i sprawniej. Ale też trzymać się swoich reguł i wartości. Bo to one są podstawą unijnych przewag komparatywnych i tylko dzięki nim może sprostać wyzwaniom.

Międzynarodowy sojusz antyprotekcjonistyczny. Jeżeli prezydent Trump zdecydował się rzucić takie wyzwanie pod hasłem „najpierw Ameryka”, to przyłącza się w istocie do przywódców hołdujących zasadzie: dziel i rządź. Europa nie powinna przyjmować tych reguł gry, lecz grać swoje. Pokazać, że dzięki respektowaniu własnych wartości może być konkurencyjna zarówno na kontynencie, jak i poza nim. Większość najpoważniejszych wyzwań współczesnych da się rozwiązać tylko wspólnie, na drodze wielostronnych negocjacji. Gołym okiem widać, że w krajach niestabilnych instytucji demokratycznych mniej jest inwestycji i gorzej rozwijają się innowacje. Z drugiej strony to unia jest najlepiej przygotowana, by przeciwstawić się ciemnym stronom globalizacji, chronić tych, którzy stracili na wolnym handlu, i dbać o przestrzeganie standardów socjalnych. I to unia może stworzyć międzynarodowy sojusz zdolny oprzeć się protekcjonistycznym receptom na zbawienie świata.

Skazani na zimną bliskość?

W poszukiwaniu nowej emocji. Przezwyciężenie dziedzicznej wrogości stało się dla powojennego pokolenia Francuzów i Niemców mitem założycielskim integracji europejskiej, zbiorową emocją, która napędzała wysiłki w kolejnych dziedzinach współpracy. Gdzie szukać dziś takiej emocji, która dałaby impuls do obrony dorobku wspólnoty i nadania jej nowych, atrakcyjnych celów? Można oczekiwać, że sama gwałtowność wielkiego przemeblowania uświadomi młodszym pokoleniom potrzebę aktywnej obrony i twórczej odnowy projektu europejskiego. Tego nie da się zaplanować ani uzasadnić jako historycznej konieczności. Impuls tego rodzaju może się pojawić jedynie na gruncie własnych doświadczeń, jako niezgoda tych pokoleń na odbieranie im szans, swobód i perspektyw, które tak długo wydawały się oczywiste.

Ale są przynajmniej trzy powody, by odwołać się jednak do historii najnowszej, czyli doświadczenia przełomu 1989 r.

Odzyskać poczucie europejskiej wspólnoty. Po pierwsze, doświadczenie to – zdawałoby się odległe i kompletnie zapomniane – mogłoby pomóc w odzyskiwaniu utraconego poczucia europejskiej wspólnoty. Przede wszystkim dlatego, że stwarzało naturalną więź ponad granicami i leczyło z narodowego narcyzmu. Zmianę systemu poprzedziła długa historia ruchów opozycyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej, w Warszawie czy Pradze legendą byli kiedyś odważni rosyjscy dysydenci. A później, na początku lat 80., dla Thomasa Kretschmera z NRD wzorem była Solidarność – zaprojektował i rozesłał kartkę noworoczną z prowokacyjnym apelem do władz („Uczcie się polskiego”), za co musiał odsiedzieć prawie cztery lata. A były opozycjonista z Jeny Roland Jahn przypomina, że polska Solidarność symbolicznie towarzyszyła demonstrantom w Lipsku pamiętnego 9 października 1989 r. Także w Warszawie śledzono enerdowskie przebudzenie, wspierając tych, którzy wczesną jesienią 1989 r. gromadzili się w kościele Mikołaja i na ulicach Lipska. Tak rodziła się tu wspólna Europa, w której nikt nie musi się teraz czuć pasażerem na gapę. To był odpowiednik niemiecko-francuskiego mitu europejskiego z lat po drugiej wojnie światowej.

Takie historie przypominają w trudnych momentach, dlaczego należy bronić wspólnoty, jej zasad i instytucji. Wyjaśniają, dlaczego w brukselskich, często bardzo technicznych dyskusjach nie należy zapominać, że chodzi tu o coś więcej. Głębszy sens integracji i koszty braku solidarności wobec innych, choćby uchodźców, powinny być bardziej zrozumiałe dla tych, którzy pamiętają podział Europy i wszystkie tego konsekwencje. Często zapomina się o tym w kryzysie, gdy Europejczyków łączy raczej zimna bliskość, mają do siebie więcej pretensji niż zaufania, gdy pojawiają się ostre podziały, a interesy narodowe formułowane są z większą bezpośredniością. Co jest nawet zrozumiałe, tyle że bez głębszego zrozumienia wagi wspólnoty podziały te stają się bardziej toksyczne, a zwyczajna obrona interesów przeradza w narodowy egoizm.

Odbudować fundament wolności. Drugim powodem odwołania się do 1989 r. jest potrzeba przywrócenia dobrego imienia wolności. Nie ma ona dziś dobrej prasy, bo jednym kojarzy się z nadmierną swobodą obyczajową rzekomo promowaną przez Brukselę, a dla innych stała się symbolem niczym nieograniczonych ekscesów międzynarodowych korporacji, przed którymi coraz trudniej się bronić państwom i demokracjom. Jest jednak zbyt cenną wartością, by pozwalać na wykorzystywanie jej do mylących skojarzeń. Dla odbudowy europejskiego poczucia wspólnoty jest potrzebny fundament wolności, bo bez niej wszystkie tożsamościowe koncepcje nie będą miały odniesienia do swobód obywatelskich. Nie stworzą uzasadnień i instrumentów ochrony praw człowieka czy mniejszości, lecz zaprowadzą do wąsko rozumianej, etnicznej i wykluczającej, definicji wspólnoty. A właśnie 1989 r. splatał zarówno aspiracje obywatelskie, jak i narodowe, prawa człowieka i jednocześnie potrzeby tożsamościowe.

Odzyskać kontrolę nad swoim losem. I wreszcie po trzecie, 1989 r. przypomina, że Polacy i ich sąsiedzi definiowali wolność w dużym stopniu jako odzyskanie kontroli nad swoim losem, jako szansę na – wreszcie – samodzielne kształtowanie rzeczywistości. Przystąpienie do unii było zwieńczeniem tych aspiracji. Paradoksalnie, właśnie kwestia kontroli nad własnym życiem stała się dziś źródłem nie nadziei, lecz obaw wielu Europejczyków i jest często podawanym motywem popierania ugrupowań skrajnych. Z obu tych obserwacji jasno wynika, z jakim wyzwaniem trzeba się dziś zmierzyć i w którym kierunku musi ewoluować unijna polityka krajów, aby Europejczycy mogli się czuć wspólnotą.

Jeśli nie pamięć, to wyobraźnia. Tak czy inaczej wspólna emocja obywatelska z 1989 r. miała sens i zasługuje na trwałe miejsce we współczesnej opowieści europejskiej. Zwłaszcza w okresie, kiedy unia zachorowała na brak pewności, że jest jeszcze potrzebna, a jej model demokracji liberalnej jest podważany. Unię Europejską wymyśliły pokolenia, które miały pamięć o złej przeszłości. Tyle że Europa nie może być tylko „projektem dla starszych ludzi, którzy mają pamięć”, jak pisał Timothy Garton Ash. Młodszym zawsze już będzie brakować tej specyficznej motywacji. Skoro jednak nie mają pamięci, powinni użyć wyobraźni.

***

Artykuł wyraża osobiste poglądy autora.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj