Znajomi i przyjaciele wspominają Janinę Paradowską
Janina Paradowska zmarła 29 czerwca 2016 roku. Była cenioną polską publicystką, naszą wielką przyjaciółką, członkiem rodziny POLITYKI.
Adam Chełstowski/Forum

Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan:
Z Janką czasami trudno było się zgodzić, bo była szalenie apodyktyczna w swoich opiniach, takich ludzi coraz bardziej brakuje. Siedząc tyle lat w polityce, zdobyła niesamowitą wiedzę o tym, co dzieje się na zapleczu, otoczyła się ludźmi. Była ceniona, ponieważ nigdy się nie zdarzyło, żeby łamała pewne reguły. To budowało jej pozycję. Mając tak fantastyczne kontakty, nigdy nie robiła z tego użytku, że „będę pierwsza”, to będzie „mój tytuł”. Jej teksty były zawsze pogłębionymi analizami, czasami złośliwe. Wczoraj wieczorem, wracając późno do domu, przeglądałam esemesy i znalazłam wiadomość od Janki: „Zadzwoń do mnie, musimy pogadać”.

Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich:
Janina Paradowska była bardzo lojalną osobą. Była ostoją pewnych standardów, pewnych wartości i troski o sprawy publiczne. Jej te wszystkie rzeczy, które się dzieją, nie były obojętne, niezależnie od tego, czy to był ten czy poprzedni rząd. Oczywiście skala jej napięcia czy irytacji była różna, w zależności od tego, jakie tematy się pojawiały, ale zawsze można było liczyć na uczciwą i głęboką rozmowę z nią. Również na tematy dotyczące praw człowieka, konstytucji, praworządności. Moim zdaniem uprawiała dość rzadkie dziennikarstwo w Polsce, a mianowicie pogranicze dziennikarstwa politycznego i takiego, które chce wiedzieć i rozumieć, co dzieje się w sądach, prokuraturach, w służbach specjalnych. Pan minister Zimowski, można powiedzieć, wprowadził ją jako mąż do służby publicznej i to, co robiła, to też było chyba zobowiązanie wobec męża, aby kontynuować to dzieło początków lat transformacji. Ona ustanowiła doroczną nagrodę imienia Jerzego Zimowskiego i to była nagroda głównie związana z tematami, którymi zajmował się właśnie Zimowski. Pamiętam, że na nagrodach zawsze osobiście sprawdzała listę obecności, witała i mówiła: „O! Pan minister jest, a w zeszłym roku pana nie było”.

Warto przyjrzeć się jej felietonom w POLITYCE z ostatnich miesięcy. Ostatnie zdanie w ostatnim felietonie brzmi nawet jak jakiś testament. „Być może rodzi się nowa Europa; z pewnością jednak rodzi się nowa polska historia. Jedynie słuszna”. My się bardzo powinniśmy przyjrzeć jej felietonom, sprawom, na których jej bardzo zależało, sprawom karnym, o zabarwieniu politycznym. Ona to wszystko śledziła na bieżąco i nie odpuszczała. Była to osoba, której bardzo zależało na głęboko rozumianej sprawiedliwości i poszanowaniu praw, szczególnie tych, którzy są niesłusznie oskarżani. (za TOK FM)

Andrzej Celiński, były polityk:
Wczoraj wieczorem, o 20.40, nagrywaliśmy w Superstacji rozmowę na dzisiaj. Mieliśmy spotkać się dzisiaj, o 19.40, ale ja jadę zaraz do Białegostoku, więc nagraliśmy „awansem”. Rozstaliśmy się po 21.15, wieczorem, dopytywała, czy mam czym wrócić do domu, czy nie podwieźć. Jak zawsze troskliwa, dobra.

Nie przyjaźniliśmy się formalnie, nie wiem, dlaczego, ale znamy się od października 1980. Przyszła do mnie, do Hotelu Morskiego, rozmawiać o dziennikarstwie, nie o polityce. O swoim dziennikarstwie. Pytała: co robić? Wtedy jeszcze była w „Kurierze”. Kochała swoich bliskich, brata, bratanka, mówiła o wspólnych wakacjach, wyjeździe w ubiegłym roku do Paryża. Po śmierci Jerzego Zimowskiego wielokrotnie powtarzała, że nie ma już po co żyć.

Zawsze poinformowana, przygotowana, wszystko miała przemyślane. Rozmowy z nią to była uczta. Choć nie raz się kłóciliśmy. Głównie o Platformę. Była bardziej wyrozumiała, nie widziała dobrej alternatywy. Godziliśmy się, wspominając Mazowieckiego, jego rząd, Geremka, Kuronia. Tego wszystkiego zabraknie. Zabraknie mądrej rozmówczyni. Wymagającej, ale dla niej warto było wspinać się na palce. Cesarzowa politycznej rozmowy. Także o sztuce, zwłaszcza teatrze, ale tu ja byłem tak przy niej niekompetentny, że uciekałem. Jestem w szoku.

Izabella Cywińska, reżyserka filmowa i teatralna:
Janeczka… Poznałam ją kilka lat temu, chyba w „Klubie 22”, elitarnym babskim klubie, do którego trzeba mieć dwie osoby wprowadzające, a żeby być przyjętą na członka, potrzeba jeszcze zgody od pozostałych. Janeczka, jak zwykle dobrze ubrana, wpadła wtedy na nasze zebranie, zakręciła się, pocałowała te, które znała, ale nie wszystkie. I nie wszystkie, które ją znały, ucałowały się z nią. Bo Janeczka była lekko kontrowersyjna. Ze mną się dopiero poznała, więc nie miała wyboru. Mnie tylko się przedstawiła. Przedstawiła, chociaż wiedziała, kim ja jestem, i wiedziała, że ja wiem, kim ona jest. Po tym celebransie dużo już o Janeczce wiedziałam. Wiedziałam, że ma takie specjalne poczucie humoru, które bardzo lubię, wiedziałam, że ma przyspieszenie, coś w rodzaju ADHD, i niezwykłą inteligencję, którą nie wszyscy lubią, a ja ją natychmiast polubiłam. I wreszcie wiedziałam, że o świecie, który nas otacza, myśli podobnie do mnie. Teatr i polityka są jej najbliższe. I mnie także. Polubiłam Janeczkę. Bardzo.

Janeczka nie lubiła takiego teatru, który nazywała „nowoczesnym”. Ostatnio byłam z nią na „Lodzie” w Narodowym. Strasznie grymasiła, ledwo wytrwała do końca tego ewentu. Zwyciężyły względy polityczne, nie chciała wychodzić razem z ministrem Sikorskim i jego dziećmi.

Janeczka! Często do niej dzwoniłam. Zawsze wtedy, kiedy nie rozumiałam, co się dzieje dookoła, co plecie prezes Kaczyński, o co tu chodzi. Janeczka zawsze umiała mię uspokoić, ukoić, wytłumaczyć. Ale ostatnio krzyknęła: Nie! Nic nie rozumiem, nic Ci nie umiem wytłumaczyć… I to była nasza ostatnia rozmowa.

Jacek Dehnel, pisarz:
Dawno, dawno temu, w początkach 2007 roku, Justyna i Paweł zaprosili Pietię i mnie na kolację „Pod Gigantami”, by świętować Paszport POLITYKI. Przy sąsiednim stole siedziało większe towarzystwo w znakomitych humorach, w tym pani Janina Paradowska z mężem – wracali z któregoś z warszawskich teatrów, gdzie debiutowała właśnie na scenie (była to część jakiejś nagrody dla dziennikarzy). I oni, i my celebrowaliśmy z własnych powodów, ale zgadaliśmy się, więc oni trochę gratulowali Paszportu, a my trochę gratulowaliśmy debiutu – i była w tym jakaś wspólna świąteczność.

Pół roku później Jerzy Zimowski zmarł nagle podczas kąpieli w Odessie – i odtąd ilekroć spotykaliśmy się przy różnych okazjach, czy to na wręczaniu Paszportów, czy w mieście, czy w operze, czy gdzieś w podróży, pani Janina Paradowska zawsze wspominała tamten wieczór, że to ostatni raz, kiedy była z nim w dużym towarzystwie i w znakomitych humorach, że kojarzymy się jej właśnie z tamtą restauracją, z nocą styczniową. Za którymś razem natknęliśmy się na siebie podczas przesiadek na lotnisku – ona wiozła znajomym dwa torty, a tu upał koszmarny i lot opóźniony, i chyba tak ją najlepiej zapamiętam, zaaferowaną, na lotnisku, z tortami w białych kartonowych pudłach, rzucającą autoironiczne komentarze i wspominającą wieczór „Pod Gigantami”.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj