Ewa Winnicka
19 lutego 2010

Po co mają nas dzieci

Rozmowa z prof. Anną Brzezińską

Ewa Winnicka: – Pani profesor, kiedy dwadzieścia lat temu chodziłam do podstawówki, relacja z dorosłym była raczej jasna. Dziecko miało niewiele do powiedzenia, a racja była zawsze po stronie dorosłych. Teraz kontakty dzieci z dorosłymi są bliższe, bez dystansu, a w niektórych obszarach dzieci zwyczajnie nas przerastają. Jak w takich okolicznościach wychować dziecko?

Anna Brzezińska: – Ależ dorośli są ciągle bardzo potrzebni dzieciom jako instancja moralna, podpora. Dlatego tak ważne jest, żeby dorosły był jak najwyższej jakości. Instancją moralną nigdy nie będzie osoba, która żyje nieuczciwie, jest zła i sfrustrowana.

Od czego zależy, jak będzie wychowane nasze dziecko?

Możemy powiedzieć tak: to, jak działamy wychowawczo wobec naszego dziecka, zależy od milczącej wiedzy rodzica.

Co to jest milcząca wiedza?

To jest baza doświadczeń, która kształtuje się w człowieku mimowolnie od początku jego życia. Najpierw człowiek uczy się relacji z innymi ludźmi od rodziców, potem od nauczycieli, potem z książek. I kiedy pyta mnie pani o cokolwiek, to ja odpowiadając nie jestem w stanie oddzielić wiedzy czysto naukowej od przekonań, które się we mnie całe życie kształtowały. Odpowiadam czerpiąc z takiej mieszanki.

 Naturalistycznie, bezstresowo

 Ale wiedzę milczącą można sklasyfikować.

Zasadniczo ludzie w trojaki sposób rozumieją wychowanie. Jest pewna grupa przekonana, że nie należy wychowawczo w człowieka zbyt boleśnie ingerować, bo kiedy on się rodzi, to jest już odpowiednio wyposażony, a potencjał ujawnia się stopniowo.

Co nazywają potencjałem?

Dziedziczenie po przodkach pewnej wrażliwości emocjonalnej, odporności na stres, gotowości do uczenia się.

To myślenie naturalistyczne.

Tak. Myślenie zakładające, że dziecko potrzebuje tylko w miarę nieprzeszkadzającego środowiska, dość niedobrze wyrodziło się w tak zwane wychowanie bezstresowe. Zgodnie z tym podejściem dziecku, uczniowi daje się dużo swobody, nie kształtuje się go. Podejście to bardzo popularne było w latach 60. Do dziś istnieją takie szkoły. Tam rolą nauczyciela jest towarzyszenie, a nie przeszkadzanie. Obserwacja ucznia, i to zawsze pół kroku z tyłu. Nauczyciel jest gotowy do wspierania. Usuwa się wszelkie przeszkody, co nie jest trudne szczególnie w przypadku małego dziecka. Dorosły jest zawsze w stanie domyślić się intencji ucznia, przewidzieć kłopoty, zapobiec trudnościom.

Ale podobno wychowanie bezstresowe nie istnieje. Przynajmniej nie dla rodziców, którzy nie są w stanie w nieskończoność ulegać dzieciom.

W doraźnym trybie wychowanie bezstresowe działa. Jest przyjemne i dla dziecka, i dla dorosłego, bo nie ma między nimi konfliktów, nie ma spięć emocjonalnych. Ale w dalszej perspektywie jest gorzej. Dziecko nie potrafi poradzić sobie z emocjami szczególnie silnymi, które pojawiają się, gdy mu się czegoś zabroni, ale też gdy odnosi sukces. Nie potrafi czerpać satysfakcji z wykonania trudnego zadania, bo go po prostu nie dostaje. Nie przewiduje kłopotów, nie potrafi adekwatnie zachować się w sytuacjach trudnych. Mówi się wtedy: rozwydrzone dziecko.

Kiedy powinniśmy zacząć uczyć dzieci radzić sobie z przeciwnościami?

Dość wcześnie, ale nie można wpadać w przesadę. Przeciwieństwem naturalizmu jest bowiem przekonanie, że dziecko jest w stanie poradzić sobie z dowolnymi zadaniami, jeśli zastosować odpowiednią metodę, to można ulepić każdego.

Pouczająco, karnie

W tym wypadku rodzic wierzy, że może całkowicie ukształtować dziecko?

Taką wiarę przyniósł w XIX w. behawioryzm. Środowisko, według tych koncepcji, ma moc sprawczą. Rodzic myśli: jeśli będę interweniował, rozmawiał, pouczał, odpowiednio nagradzał i karał, to dziecko wejdzie na pożądaną przeze mnie ścieżkę. Rozbudowuje więc stale i udoskonala system nagród i kar, tworzy swoisty sposób prowadzenia i dyscyplinowania dziecka.

Ale gdy ograniczy się dziecku autonomię, zastosuje wszechobecną kontrolę, to dziecko z kolei przestaje zastanawiać się nad swoim działaniem, prawda?

Oczywiście. A rodzic albo nauczyciel myśli, że jeśli tylko będzie twardy i konsekwentny, to uda mu się zrobić z niego człowieka właściwego. Nie chodzi o uruchomienie potencjału dziecka, chodzi o lepienie i kształtowanie podług wzorca uznanego za dobry.

To przekonanie funkcjonuje powszechnie w polskiej szkole.

To prawda, moje pokolenie też było wychowywane w podobnym przekonaniu. Być może taka jest większości nauczycieli wiedza ukryta.

Pamiętam, jak jako dziewczynka uczyłam się grać na pianinie. Mama zapisała mnie do szkoły muzycznej, a ja niespecjalnie się przykładałam. Miałam za małą rękę, nie mogłam objąć oktawy, a moja nauczycielka krzyczała na mnie, że nie robię tą ręką dobrej budki. Porażki nawet mnie nie martwiły. Chciałam jedynie, żeby pani nie gadała. Bardzo dużo ćwiczyłam i na tych szkolnych popisach pewnie grałam świetnie, ale czułam, że to grają moje odcięte ręce, a nie ja.

To mojej pani bardziej zależało niż mnie, to ona chciała się mną popisywać, no i to się nie mogło udać.

Co powinna była robić nauczycielka, żeby zachęcić panią do grania?

Powinna chociażby odjąć mi ostatnią nutę z oktawy. Powinna była sprawić, żeby to mnie zależało na graniu. Ona powinna była pomagać mi przejść przez trudności. Zamiast wspólnie zmagać się z moimi problemami, stałyśmy po dwóch stronach barykady.

Trzecia droga

W pani wypadku podejście behawiorystyczne okazało się nieskuteczne?

Oczywiście, dlatego uczę studentów trzeciej drogi. Ta metoda zakłada, że trzeba poznać swoje dziecko czy swego ucznia, nauczyć się obserwować i rozpoznawać te momenty, kiedy pomoc jest naprawdę potrzebna, a kiedy przeszkadza. Każdy jest inny i każdy wnosi na świat jakąś inną gotowość i inną wrażliwość. W zależności od osoby muszę modyfikować sposób działania. Jeden człowiek jest bardziej wrażliwy, inny mniej. Do jednego wystarczy, że powiem delikatnie, do drugiego muszę powiedzieć głośniej. Jednego mogę pogonić, a innego nie. Jeden rozgniewa się, gdy podniosę głos, a drugi zareaguje właściwie. Jeśli nie będziemy wiedzieć, jakie są cechy charakterystyczne naszych dzieci, to zaczniemy produkować wady.

Proszę o przykład.

Jeśli dziecko bardzo aktywne, ciekawskie i wszędobylskie posadzimy na siłę przy stole i każemy mu przez godzinę wypełniać kolorowankę, to ono wyleci w powietrze. Bo ono potrzebuje wielu bodźców w krótkim czasie, bo ma tak właśnie skonstruowany układ nerwowy. Inne dziecko pokoloruje za to drugi obrazek i jeszcze wysiedzi przy trzecim. Szczególnie w wieku przedszkolnym, kiedy dzieci nie potrafią planować, kontrolować swojego zachowania, to i rodzice, i nauczyciele powinni wziąć to na siebie. Bo jeśli od wszystkich wymagają tego samego, to mają kłopoty z jednymi i z drugimi dziećmi.

Kiedy można zacząć mieć poczucie

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

  

 

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną