Andrzej Wróblewski
19 lutego 2010

Naucz odpowiedzialności

Traktuj dzieci poważnie

W styczniu 1998 r. jedną z prowincji Kanady nawiedziły huraganowe wiatry i potężne opady śniegu. Mieszkańcy wielu miejscowości nie tylko zostali odcięci od świata, bo drogi były całkowicie nieprzejezdne, ale też nie mieli prądu. Trwało to cztery tygodnie. Dzieci nie chodziły do szkoły. Gdy na początku lutego wznowiono zajęcia, zapytano je o wrażenia. Wszystkie były bardzo zadowolone, że znowu mogą zobaczyć kolegów i koleżanki, bo miały im mnóstwo do opowiedzenia. Większość zdawała się być bardziej szczęśliwa niż przed tą przymusową przerwą.

Uproszczeniem byłoby twierdzić, że to dlatego, iż były to dla nich wakacje. Znacznie ważniejsze było to, że ich rodzice byli zmuszeni pozostać w domu, a więc, siłą rzeczy, spędzali więcej czasu ze swoimi dziećmi. W wielu rodzinach dzielono się obowiązkami, aby zapewnić sobie minimum komfortu. I dzieci czynnie w tym uczestniczyły: a to chodząc po wodę, a to odśnieżając podwórko czy wykonując różne prace domowe. Nikt nie mógł oglądać telewizji ani przesiadywać przy komputerze, więc bawiono się w przeróżne, częstokroć w wymyślane na poczekaniu gry towarzyskie, bardzo dużo przy tym rozmawiając, śmiejąc się i żartując. Znacznie też zwiększyła się częstotliwość wizyt mieszkających w pobliży krewnych i przyjaciół. Dzieci przysłuchiwały się rozmowom i chłonęły atmosferę wzajemnego wspierania się i dodawania otuchy.

Gdy pięć lat później zapytano ponownie niektóre z nich o ten zimowy epizod – wszystkie zachowały o nim wspaniałe wspomnienia. Podobnie z rodzicami, którzy przyznawali, że, mimo niebezpieczeństw, był to szczęśliwy czas, kiedy mieli najmniej kłopotów z wyegzekwowaniem od dzieci odpowiedzialności i dyscypliny.

Autorzy niezwykle ciekawej książki, z której ten przykład pochodzi („Jak nauczyć dziecko odpowiedzialności”, wydanie polskie Bauer-Weltbild Media, KDC, 2007) Germain Duclos i Martin Duclos (ojciec i syn, obaj psychologowie i wychowawcy) nie stawiają oczywiście tezy, że warunkiem dobrego wychowania dziecka jest przeżycie wraz z nim jakiejś katastrofy naturalnej. Niemniej już samym tym przykładem polemizują z dość powszechnie panującą opinią, że za wszelką cenę należy chronić dzieci przed dramatycznymi sytuacjami. Problem bowiem w tym, że to, co jest dramatyczne dla dorosłych, niekoniecznie musi być takowe dla dzieci. Dziecko nie rozumie, co to jest utrata majątku w wyniku powodzi czy wichury, nad czym – co z lubością pokazywane jest w telewizji – tak często lamentują dorośli. Dziecko nie rozumie, co to jest poważna choroba czy nawet utrata kogoś bliskiego. Jedyną dla niego traumą w takich sytuacjach jest widok płaczącego, bezradnego rodzica.

Życie nie składa się z nadzwyczajnych sytuacji, ale tak już jest, że to właśnie one najlepiej i w najbardziej trwały sposób kształtują odpowiedzialność. Wbrew pozorom, dzieci się jej chętnie podejmują – jest ona rodzajem nobilitacji i dowodem zaufania ze strony rodziców. Pomijane w podziale odpowiedzialności, czują się tak, jakby były dla swych rodziców mało ważne czy wręcz przez nich krzywdzone. Można by więc powiedzieć, że jednym z najczęstszych błędów rodziców jest traktowanie dzieci jak dzieci.

Mit beztroskiego dzieciństwa

Które z rodziców nie chciałoby, żeby ich pociecha była odpowiedzialna? Wielu z nich jednak zdaje się nie zastanawiać, jak to osiągnąć, czego dowodem jest tak często spotykana nadopiekuńczość. Odpowiedzialność zakłada samodzielność, a ta z kolei oznacza stopniowe uniezależnianie się od rodziców, co wielu z nich traktuje jako dowód rozpadu więzi rodzinnych. Zapomina, że to właśnie samodzielność dzieci winna być ich głównym celem wychowawczym. W miarę jak młody człowiek dorasta, rodzic powinien się okazywać coraz mniej niezbędny.

Tymczasem wielu rodziców stara się jak najbardziej przedłużyć okres zależności dziecka, dopatrując się w tym wyrazu miłości. W większości to reakcja na sposób, w jaki sami byli wychowywani – niektórzy nawet sobie poprzysięgają, że nigdy nie skarcą dziecka, bo sami byli karceni. Nie chcą go narażać na żadne przykrości, spełniają wszystkie zachcianki. Niezbędna w nabywaniu doświadczeń życiowych frustracja stała się wrogiem numer jeden. Samo pojęcie władzy rodzicielskiej wydaje się dzisiaj podejrzane. Niektórzy rodzice wprowadzają „koleżeńskie” stosunki ze swoimi dziećmi i robią wszystko, aby uniknąć konfliktów. „U mnie w domu nie ma żadnych reguł. Mogę przy moich rodzicach robić wszystko, co mi się podoba, bo oboje są cool” – mówi 10-letni chłopak, który, czując się z jednej strony wszechmocny, cierpi na wyraźny brak poczucia bezpieczeństwa, bo takowe mogą dać dziecku tylko ustalone reguły postępowania.

Nadopiekuńczy rodzice mają też tendencję do usprawiedliwiania nagannych zachowań dzieci lub do przerzucania winy na szkołę czy inną instytucję wychowawczą. I wcale tego nie pragnąc, utrudniają rozwój świadomości moralnej i poczucia odpowiedzialności u swoich dzieci. Matka, która dowiaduje się od nauczycielki, że jej syn pobił kolegę w szkole, nie chce przyczyniać się do pogłębiania i tak już z pewnością dużego stresu swej pociechy, więc mówi mu, że się nie gniewa i ma do niego zaufanie. Być może wydaje jej się to nowoczesne, ale zdejmując z syna osobistą odpowiedzialność, uniemożliwia mu poprawę na przyszłość. Z punktu widzenia kształtowania poczucia odpowiedzialności jest to reakcja fatalna. Dziecko, ucząc się na przykładzie, wszelkie naganne zachowania będzie przypisywało innym. Wina to kolejne pojęcie wykreślane przez zbyt permisywne (dozwalające) koncepcje wychowawcze.

Karanie, czyli dowód bezradności

Na drugim biegunie mamy rodziców, dla których cały proces wychowawczy, a więc i kształtowanie poczucia odpowiedzialności, sprowadza się do zwalczania negatywnych zachowań. Stosowanie dyscypliny represyjnej często związane jest z faktem, że rodzice zachowali mentalność typu „ma być porządek” i że powracają do niej w chwilach bezsilności wobec pojawiających się problemów wychowawczych, usprawiedliwiając to przekonaniem, że sami byli kiedyś represjonowani przez swoich rodziców, a mimo to wyszli na ludzi.

Tymczasem karanie jest jedną z najistotniejszych przeszkód w rozwoju świadomości moralnej i poczucia odpowiedzialności. Przeszkadza ono lub wręcz uniemożliwia dzieciom wyciągnięcie lekcji z ich nieodpowiednich zachowań. Przeszkadza im zrozumieć, na czym polega odpowiedzialność osobista, i prowadzi zazwyczaj do tego, że przekraczają reguły postępowania, gdy tylko rodziców nie ma w pobliżu albo gdy na chwilę odwrócą się plecami. Wytwarza się klimat podejrzliwości; rodzic zamienia się w myśliwego, a dziecko w zwierzynę. Przyłapując je na kolejnym złym uczynku, rodzic czuje się zmuszony do wymierzenia surowszej kary, aż dochodzi do tego, że kończy mu się repertuar groźnych słów, gestów i poleceń, i traci nad sobą kontrolę. A wtedy już tylko krok dzieli go od kar cielesnych, czyli, inaczej mówiąc,

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

  

 

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną