Andrzej Lubowski
19 lutego 2012

Facebook idzie na giełdę

Zuckerberg lepszy od złota

Grafficiarz, który kilka lat temu pomalował ściany w biurze Facebooka, a miał fantazję przyjąć zapłatę w akcjach, za kilka miesięcy dostanie za swą robotę 200 mln dol. Czy świat do reszty zwariował?

Lawina opowieści o fenomenalnym sukcesie młodziutkiej firmy, jej superbogatego twórcy Marka Zuckerberga i zainteresowanie nowym wysypem multimilionerów zepchnęły na plan dalszy refleksje na temat tego, czy wartość rynkowa Facebooka ma w miarę realne uzasadnienie? Pytanie jest o tyle na czasie, że indeks giełdowy firm technologicznych NASDAQ osiągnął właśnie najwyższy poziom od grudnia 2000 r. Wtedy to akcje firm internetowych, a wraz z nimi cała technologia, przeżyły pierwszą prawdziwie ogniową próbę.

W 1999 r. Jeff Bezos, twórca Amazona, został człowiekiem roku tygodnika „Time”. Pół roku później Bezos znów trafił na okładkę poczytnego pisma. Tym razem był to „Business Week”, ale powód już mniej radosny. Tematem obszernej publikacji były wątpliwości, czy nie mamy do czynienia z internetową bańką i czy Amazon przetrwa? Publikację sprowokował raport banku inwestycyjnego Lehman Brothers – który sam nie przeżył następnej spekulacyjnej bańki, tym razem na rynku hipotecznym.

Euforia towarzysząca powstawaniu firm internetowych zgasła równie raptownie, jak wybuchła. Inwestorzy zaczęli się nagle interesować nie tylko tym, czy te firmy coś sprzedają, ale też kiedy i pod jakimi warunkami wyjdą na swoje. Wcześniej pytanie o zyski z Internetu uznawano za nietaktowne. Dominowało przekonanie, że trzeba jak najszybciej złapać klienta, za wszelką cenę zbudować i umocnić pozycję na rynku. O zyski martwić się będziemy kiedyś, w przyszłości. Gdy ktoś nieśmiało wspominał, że akcje firm internetowych zakładają wzrost przychodów i zysków bez precedensu w historii gospodarki i finansów, niepozbawiona logiki odpowiedź brzmiała: co z tego, że nie ma precedensów, skoro Internet to bezprecedensowa transformacja i poszukiwanie precedensu jest po prostu jałowym zajęciem. Wydawało się, że świat stanął jednak na głowie, skoro wartość giełdowa Yahoo przekroczyła wartość General Motors.

Gdy nadszedł moment opamiętania, Amazon stracił niemal 90 proc. swej wartości giełdowej – z 86 dol. w marcu 1999 r. spadł do 10 dol. w lutym 2001 r. Słabsi splajtowali. Nagle trudniej było o pieniądze na nowe pomysły. Kapitał podwyższonego ryzyka zaczął lepiej definiować to ryzyko. I doszedł do wniosku, że frapujący pomysł nie wystarczy. Częściej zaczęło padać pytanie o zyski i o realistyczną drogę docierania do nich. Ci, którzy mieli na to pomysł, dali sobie świetnie radę. Dziś Amazon, któremu Lehman tak kiepsko wróżył, jest wart na giełdzie ponad 85 mld dol., przeszło dwa razy tyle co General Motors, który w międzyczasie zbankrutował i szybko powstał z popiołów. A Google – niemal 200 mld! – więcej niż Citigroup i Goldman Sachs razem wzięte.

Nadmuchana wycena

Z punktu widzenia internetowych konkurentów szacunki wyceny giełdowej Facebooka nie biorą się całkiem z sufitu: firma miała w zeszłym roku 3,71 mld dol. wpływów – pięć razy tyle co dwa lata wcześniej – i miliard zysku. Zakładają jednak bardzo wysoki współczynnik P/E, czyli ceny do zysku. Dużo wyższy niż dla Google czy Apple, innych firm, w których rynek się zadurzył. Z drugiej strony prawdą jest, że Facebook wydaje się mieć większe perspektywy wzrostu niż wspomniane firmy. To, czy wycena jest nadmuchana, czy też firma będzie warta w przyszłości jeszcze więcej (na co oczywiście liczą nowi inwestorzy), zależy od tego, jakie zyski będzie generować i na czym może się pośliznąć.

Dokumenty przedłożone Securities&Exchange Commission, czyli amerykańskiej agencji papierów wartościowych, które poprzedzają planowane na późną wiosnę wejście na giełdę, dają obraz i dzisiejszych źródeł przychodów, i potencjalnych źródeł zagrożeń. Brzmią wiarygodnie. Może dlatego, że tak wiele miejsca poświęcają potencjalnym kraksom na drodze do zwielokrotnionej fortuny.

A jest ich niemało, bo skoro hakerzy są w stanie infiltrować Pentagon i Verasign, czyli firmę, która żyje z ochrony sieci, to scenariusz potężnego wirusa paraliżującego Facebooka nie jest wybrykiem chorej wyobraźni. Ważniejsze jest jednak coś całkiem innego. To coś wiąże się z naturą firmy.

Facebooka próbuje się definiować na setki sposobów. Dla jednych niewiele się różni od tradycyjnej firmy medialnej, bo w istocie inwestorzy płacą za liczbę gałek ocznych przykutych do ekranu. Inni wróżą, że do historii przejdzie jako najbardziej przepłacony na świecie lokal wymiany zdjęć i salon gier. Częściej słychać, że reklamy w telefonie komórkowym są dopiero w wieku niemowlęcym, więc Facebook ma ogromne możliwości wzrostu. Analityk internetowego pisma Slate, Farhad Manjoo, powiada, że Facebooka od wszystkich innych firm odróżnia natura produktu. Facebook to my – powiada. Do Google idziesz po to, aby znaleźć stronę w sieci. Do Apple, aby kupić komputer lub telefon. Do Amazona po książkę, płytę lub inny towar. A co ci daje Facebook? Ciebie i mnie, i każdego, kogo znasz. Facebook to zbiór ludzi.

Z natury firmy wywodzi się także natura ryzyka. Skoro fundamentem jej istnienia jest społeczny trend dzielenia się opiniami, wrażeniami, odczuciami czy czymkolwiek innym, to pamiętać trzeba, że trendy, podobnie jak preferencje, ulegają zmianom. Czasem nieoczekiwanym i kapryśnym. Farhad Manjoo przypomina, że nie tak dawno Amerykanie zbierali się w grupkach, by zagrać w kręgle. Dziś robią to w pojedynkę. W dłuższej perspektywie sukces Facebooka będzie zależeć od tego, czy i jak często te trendy będą się zmieniać i czy firmie uda się sprawna wśród nich nawigacja?

W liście do potencjalnych inwestorów Mark Zuckerberg zapewnia: „Nie budujemy usług, aby zarabiać; zarabiamy, aby budować lepsze usługi”, i że przyświecała mu misja zbliżenia ludzi, by „uczynić świat bardziej otwartym i połączonym”. To mu się niewątpliwie udało. Ale nie z powodu osiągnięcia tego szczytnego celu giełda wycenia jego portal społecznościowy na 75–100 mld dol.

Facebook zarabia głównie na reklamie. To dziś 85 proc. dochodów, z grubsza 3 mld dol. Tak gigantyczne w sumie dochody przynoszą liczne, ale relatywnie małe biznesy: lekarze, prawnicy, restauracje, które posługują się Facebookiem niczym słupem ogłoszeniowym, zapełnianym własną ręką, a nie przy użyciu agencji reklamowych. Ta samoobsługowa reklama ma spore szanse wzrostu w miarę, jak ludzie oswoją się z samą ideą.

Hitem są ogłoszenia matrymonialne i informacje o zaręczynach. A jest o czym informować, bo krainę Facebook zamieszkuje 845 mln ludzi. Szybko ich zresztą przybywa. Tylko Chiny i Indie mają więcej obywateli. Ponad połowa użytkowników loguje się codziennie. To tyle, ile liczy cała Unia Europejska.

Niebezpieczne uzależnienie

W przeciwieństwie do innych skupisk ludzkich mieszkańcy Facebooka chętnie i dużo o sobie mówią. Czy reklamodawca może dotrzeć do wszystkich?

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną