Witold M. Orłowski
11 stycznia 2010

Mamy obawiać się kolejnych faz kryzysu?

Czy to już koniec

Taki rok, jaki właśnie mija, nie zdarza się często. Był to prawdziwy thriller, zakończony jednak dla nas – w Polsce – względnym happy endem. W poprzedni rok wkraczaliśmy z globalną gospodarką pogrążającą się w chaosie, zagrożoną krachem o trudnych do wyobrażenia konsekwencjach. Panika wywołana bankructwem banku Lehman Brothers spowodowała, że światowy system finansowy stanął na skraju załamania. Skurczyła się produkcja najbogatszych krajów świata, wzrosło bezrobocie. Na giełdach nastąpiła paniczna wyprzedaż akcji, zaczęły po wariacku skakać kursy walut i ceny surowców. Amerykanie, w odruchu desperackiej nadziei, wybrali nowego prezydenta, obiecującego – jak 76 lat wcześniej Franklin Delano Roosevelt – że gruntownie przebuduje ład gospodarczo-społeczny, który doprowadził do katastrofy. Rządy głównych krajów świata sięgnęły po niebywałe metody ratowania swoich gospodarek przed załamaniem, masowo drukując pusty pieniądz, wstrzykując biliony dolarów pomocy do sektora bankowego, nacjonalizując stojące na skraju upadku instytucje finansowe. Było jasne: nadszedł nasz własny Wielki Kryzys, a wraz z nim wielki strach.

To, co działo się na świecie, wywołało w Polsce konsternację i niepewność. W 2009 r. wkraczaliśmy nie mając pojęcia, co może się zdarzyć. Wielu ekonomistów twierdziło, że Polsce nie grozi ani wielka recesja, ani krach finansowy. Wskazywano na stosunkowo nieduże uzależnienie od eksportu, na minimalną ilość toksycznych aktywów w systemie bankowym (który w poprzednich latach zadowalał się udzielaniem kredytów, a nie szukał wysokich dochodów w grze instrumentami pochodnymi), na stosunkowo wysoki stopień zrównoważenia gospodarki, na ograniczone zadłużenie zarówno całego kraju, jak większości firm i gospodarstw domowych.

Z drugiej strony pojawiały się jednak głosy ostrzegawcze. Zwracano przede wszystkim uwagę na to, że 75 proc. aktywów polskiego sektora bankowego znajduje się pod kontrolą wielkich zagranicznych grup finansowych. Nietrudno było wyobrazić sobie sytuację, że przeżywający kłopoty zagraniczni właściciele zaczną drenować z polskich banków gotówkę, doprowadzając je na skraj bankructwa. A to oznaczałoby u nas prawdziwą finansową katastrofę.

Do chóru dołączyli natychmiast politycy, rysując wizje przebiegu wydarzeń w 2009 r. w zależności od swoich marzeń, poglądów społeczno-ekonomicznych i aktualnych politycznych kalkulacji. Opozycja groziła nadciągającą katastrofą, żądając od rządu przyznania się do totalnej gospodarczej klęski i podjęcia natychmiastowych działań ratunkowych, a zwłaszcza wzrostu wydatków budżetowych. Koalicja uspokajała twierdząc, że na pewno przetrwamy kryzys w znośnej formie, utrzymamy finanse publiczne pod kontrolą, a gwałtowny wzrost deficytu może przynieść więcej szkody niż pożytku. A cały naród zamarł w niespokojnym oczekiwaniu – co się właściwie stanie?

Na skraju bankructwa

W pierwszych miesiącach roku mogło się wydawać, że wszystko idzie w złą stronę. Ze świata nadciągały coraz gorsze sygnały, recesja okazywała się znacznie silniejsza, niż sądzono, w sektorze finansowym utrzymywała się niepewność, kolejne wielkie banki informowały o kiepskiej sytuacji i domagały się rządowej pomocy. W Europie kilka krajów stanęło na skraju bankructwa, ratując się dzięki awaryjnemu wsparciu ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Światowe giełdy na nowo runęły osiągając dno w lutym–marcu 2009 r.

Najbardziej przygnębiające wiadomości dotyczyły jednak polskiej gospodarki. Globalny kryzys finansowy spowodował, że prywatni inwestorzy, którzy od lat bez zmrużenia oka otwierali portfele inwestując swoje pieniądze na wschodzących rynkach (wśród których Polska zajmowała jedno z bardziej eksponowanych miejsc), z dnia na dzień uznali, że nie chcą ponosić takiego ryzyka. Wszystkie wschodzące rynki Europy – Rosję, Polskę, Ukrainę, Węgry, Łotwę – wrzucono do jednego worka, uznając, że pożyczenie tym krajom choćby jednego dolara jest skrajnie niebezpieczne.

Bank JPMorgan ogłosił, że Polska znajduje się na czele listy krajów europejskich zagrożonych bankructwem, bo w krótkim czasie musi zwrócić inwestorom ponad 50 mld dol. krótkookresowych kredytów. Nieważne, że większość tych kredytów stanowiły pożyczki udzielone w minionych latach przez zagranicznych właścicieli swoim polskim spółkom-córkom. W warunkach kryzysu mogło to nie mieć znaczenia, bo przecież zagraniczne firmy-matki mogły zachowywać się w sposób irracjonalny.

Wszystko to razem spowodowało, że wokół Polski zaczęła powoli kształtować się atmosfera paniki. Złoty w pierwszych miesiącach 2009 r. należał do najbardziej dotkliwie osłabiających się walut rynków wschodzących. Setki tysięcy polskich rodzin, które w swoim czasie zaciągnęły kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich, stanęło w obliczu kłopotów z ich spłatą. Jednocześnie okazało się, że wielu polskim firmom, które w 2008 r. beztrosko zainwestowały pieniądze w opcje walutowe, nie rozumiejąc istoty ich działania i związanego z nimi ryzyka, grozi bankructwo. Do tego wszystkiego doszło znacznie głębsze, niż początkowo sądzono, załamanie eksportu i produkcji. Produkcja przemysłowa w styczniu i lutym 2009 r. okazała się aż o 15 proc. niższa niż przed rokiem. Jeśli dodać do tego rosnące kłopoty budżetu, w pierwszych miesiącach roku naprawdę można było zacząć się obawiać, że realizują się czarne scenariusze.

Na szczęście sytuacja zaczęła się poprawiać. Zagraniczne banki nie tylko nie doprowadziły do bankructwa swoich polskich firm-córek, ale w razie potrzeby służyły pomocą. Światowi inwestorzy, po okresie paniki, zaczęli najwyraźniej rozróżniać sytuację krajów o mocnych fundamentach, takich jak Polska czy Czechy, od sytuacji Łotwy czy Ukrainy. Prognozy JPMorgan poszły do kosza, a nawet zaczęto zastanawiać się, czy burza wokół polskiej waluty nie była celową grą spekulacyjną. Kurs złotego szybko uspokoił się, a potem zaczął się lekko wzmacniać, pozostając jednak na dość komfortowym dla polskiej gospodarki poziomie. Po lutowym dołku giełda ruszyła do góry. Bezrobocie, którego wszyscy bardzo się obawiali, wzrastało znacznie wolniej, niż można było sądzić. Po przejściowym spadku, jesienią 2009 r., produkcja przemysłowa zaczęła przekraczać poziom przedkryzysowy. Coraz wyraźniej widać było, że Polska jako jedyny kraj Unii (i praktycznie jedyny kraj w Europie) uniknęła recesji i zachowała w całym 2009 r. dodatni wzrost PKB. I gdyby nie kłopoty z rosnącym deficytem budżetowym i długiem publicznym, na koniec roku rząd mógłby śmiało powiedzieć – oto obiecany przed wyborami cud!

Ostatecznie 2009 r. kończyliśmy w znacznie lepszych nastrojach, niż go zaczynaliśmy. Dotyczy to zarówno Polski, jak całego świata. W głównych gospodarkach (USA, Japonii, Niemczech) recesja zakończyła się, a PKB zaczął rosnąć. Jest to oczywiście jak dotąd zjawisko głównie statystyczne, które mało kto odczuwa. Wzrost PKB w Niemczech w ostatnich dwóch kwartałach oznacza tylko tyle, że spadek produkcji w stosunku do sytuacji sprzed roku był w tych kwartałach mniejszy niż w kwartałach poprzednich (statystyka odnotowuje to jednak jako wzrost produkcji w stosunku do poprzedniego kwartału). Nadal mamy więc do czynienia ze wzrostem

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną