Kontrowersyjne zarobki szefów banków
Premia dla bankiera
Globalne kasyno znów otwarte – tak złośliwi komentują olbrzymie pieniądze, przeznaczane na wypłatę premii za ubiegły rok w największych bankach świata. Łączna wysokość tych bonusów ma wynieść, według wstępnych szacunków, prawie 50 mld dol. A przecież jeszcze niedawno banki błagały o pomoc rządzących, oferując im w zamian własne akcje. Przez kilka miesięcy funkcjonowały tylko dzięki wlewaniu na rynek olbrzymich pieniędzy przez banki centralne. Ale teraz prezesi przekonują, że sytuacja jest zupełnie inna. Ostatnie kwartały przyniosły bardzo szybką poprawę wyników finansowych, a to przecież od nich tradycyjnie uzależnione są premie. Do tego wiele banków zwróciło już rządową pomoc i radzi sobie znakomicie bez kurateli państwa.
W efekcie, po chwilowym ograniczeniu wynagrodzeń, pracownicy banków, szczególnie ci najważniejsi, znów uznali sowite premie za rzecz naturalną. Słynny Goldman Sachs, którego prezes Lloyd Blankfein twierdzi, że banki krzewią Boże dzieło, zarobił w III kwartale 2009 r. 3,2 mld dol. Jego konkurent JPMorgan Chase był nawet o 400 mln dol. lepszy. Z pewnością bankierów ośmieliła nieudolność najważniejszych państw świata, które w ramach grupy G20 próbują reformować globalny system finansowy.
Mimo kilku spotkań na najwyższym szczeblu liderzy świata wciąż nie porozumieli się w sprawie wiążących zasad wypłaty premii i ich maksymalnej wysokości. Uzgodniono co prawda, że bonusy powinny być związane z długo-, a nie z krótkoterminowymi zyskami, ale sprzeczne interesy nie doprowadziły do przyjęcia jednoznacznych reguł. Nie znaczy to jednak, że wszystkie rządy, widząc oburzenie opinii publicznej, siedziały bezczynnie. Złość wobec banków, współodpowiedzialnych za doprowadzenie świata na skraj finansowej przepaści, wcale nie minęła mimo stopniowego wychodzenia z kryzysu.
A tę złość łatwo wykorzystać, szczególnie przed zbliżającymi się wyborami. Takie właśnie motywy kierowały zapewne brytyjskim premierem Gordonem Brownem, który dość niespodziewanie spowodował wprowadzenie w grudniu podatku od zbyt wysokich premii. Pracownicy banków, którzy do kwietnia otrzymają więcej niż 25 tys. funtów, będą musieli połowę powyżej tej kwoty oddać brytyjskiemu fiskusowi. Jeszcze kilka miesięcy temu Wielka Brytania byłaby ostatnim krajem podejrzewanym o tak ostrą reakcję. Jednak nadchodzące wybory parlamentarne z jednej strony i olbrzymi deficyt budżetowy z drugiej zrobiły swoje. Brytyjski rząd nie przestraszył się gróźb największych banków, rozważających głośno nawet wyprowadzkę z londyńskiego City. Szef JPMorgan James Dimon miał telefonicznie wręcz grozić brytyjskiemu ministrowi finansów, że wstrzyma budowę nowej siedziby banku w londyńskiej dzielnicy Canary Wharf.
Banki znów silne
Za przykładem Wielkiej Brytanii ma już niedługo pójść Francja. Nicolas Sarkozy chce wprowadzenia podatku w tej samej wysokości i powyżej podobnej kwoty. Rekordowe 90 proc. od zbyt wysokich premii zabiera u siebie Grecja, choć Ateny trudno nazwać ważnym centrum finansowym.
Większość pozostałych krajów na takie pomysły reaguje sceptycznie. Szczególnie Niemcy musiały rozczarować Browna i Sarkozy’ego, bo Angela Merkel, choć o francuskich i brytyjskich projektach wypowiedziała się ciepło, uznała je za trudne do obrony przed konstytucyjnym trybunałem. Zresztą największe niemieckie banki same zawarły porozumienie o ograniczeniu premii i w ten sposób udobruchały lokalnych polityków.
Na razie nowy podatek nie wywołał paniki w Londynie, a czynsze w biurowych dzielnicach mają tam w tym roku nawet wzrosnąć. Masowego exodusu banków do Niemiec czy Szwajcarii zatem nie będzie. Ale równocześnie pomysł Browna nie spełnił swojego podstawowego zadania – zniechęcenia banków do wypłaty wysokich nagród. Przeciwnie, wielu bankierów uprzedza, że podniosą pracownikom nominalne wypłaty po to, by mieli dodatkowe środki na podatek. Rząd brytyjski zakładał, że przyniesie on budżetowi 0,5 mld funtów – w rzeczywistości może to być kwota cztery razy większa. Ale to marne pocieszenie, bo oznacza fiasko procesu odstraszania. Co więcej, prezes Deutsche Bank Josef Ackermann wpadł na pomysł, aby koszty brytyjskiego podatku rozłożyć równomiernie między wszystkie swoje oddziały. W ten sposób jego londyńscy pracownicy zbyt mocno nie ucierpią.
Choć w Stanach Zjednoczonych pomysł Browna przyjęto sceptycznie, także i tam rośnie chęć uwolnienia banków od nadmiaru ostatnio zarabianych pieniędzy. Powód jest prosty. Na ratowanie sektora finansowego rząd USA i amerykańscy podatnicy wyłożyli w sumie kilkaset miliardów dolarów, z czego tylko część została zwrócona. Barack Obama chce zatem odzyskać resztę pieniędzy, a oburzenie opinii publicznej z powodu wysokich premii może mu w tym tylko pomóc. Prezydent ogłosił zamiar wprowadzenia nowego, nadzwyczajnego podatku, pobieranego przez 10 lat. Ma on przynieść łącznie nawet 117 mld dol. Objętych zostanie nim około 50 największych instytucji finansowych, których aktywa są warte więcej niż 50 mld dol. Nie ma przy tym znaczenia, kto wcześniej otrzymał rządową pomoc, a kto kryzys przetrwał o własnych siłach – wszyscy wielcy mają płacić.
Choć same banki, wspierane przez niektórych polityków republikańskich, straszą przerzuceniem kosztów nowego podatku na klientów, Obama z pewnością zrobi wszystko, aby uzyskać dla swojego pomysłu aprobatę Kongresu. A rozłożenie nowej daniny aż na 10 lat ma właśnie zminimalizować ryzyko droższych kredytów dla amerykańskiej gospodarki. Media już ochrzciły ten pomysł podatkiem karnym, czyli wystawieniem spóźnionego rachunku za doprowadzenie Ameryki do najcięższego kryzysu od 80 lat. A Unia Europejska zastanawia się, czy nie pójść śladem Obamy.
Polisa ubezpieczeniowa świata
Chętnie podobny podatek na swoje banki nałożyliby Islandczycy. Naród ten – jedna z pierwszych ofiar kryzysu – jego skutki odczuwać będzie jeszcze długo. Ale islandzkich banków tak naprawdę już nie ma – wszystkie zostały wzięte pod kuratelę państwa i praktycznie zamroziły działalność. Wielka Brytania i inne kraje, które zaufały małej Islandii, domagają się od wyspy zwrotu depozytów swoich obywateli. Chodzi przede wszystkim o klientów Icesave, internetowej oferty jednego z islandzkich banków. Ponad 300 tys. osób w Europie Zachodniej zachęciło korzystniejsze oprocentowanie lokat niż w rodzimych bankach. Parlament islandzki, chcąc usunąć poważną przeszkodę na drodze do Unii Europejskiej, uchwalił ustawę zakładającą stopniowy zwrot Wielkiej Brytanii i Holandii prawie 4 mld euro.
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

