Wawrzyniec Smoczyński
29 września 2010

Czego kryzys nie nauczył bankierów

Bez nauczki

Minęły dwa lata od upadku Lehman Brothers. Świat przeżył największy kryzys finansowy od Czarnego Wtorku 1929 r. Ale niewiele się nauczyliśmy.

Lehman Brothers wciąż działa. Do biur banku na Manhattanie codziennie przychodzą pracownicy, bank ma nawet prezesa, tyle że nie zajmuje się już pomnażaniem pieniędzy. Od dwóch lat w Lehmanie pracują prawnicy i księgowi od upadłości, próbując dojść, co bank posiada, a ile i komu jest winien. Analizują księgi rachunkowe, sprawdzają zasadność 65 tys. roszczeń, szukają ukrytego majątku, tak by wierzyciele dostali jak najwięcej. W tym tygodniu zlicytowali kolekcję dzieł sztuki z dyrektorskich pięter, prezesowskie skrzynki na cygara i logo banku z jego wieżowca w londyńskim City. Po dwóch latach rachunek za likwidację Lehmana przekroczył miliard dolarów – niewiele jak na 680 mld dol. aktywów, z którymi bank ogłosił upadłość i które trzeba zabezpieczyć, wycenić i spieniężyć. Zajmie to jeszcze kilka lat.

Bankructwo Lehman Brothers uruchomiło lawinę wydarzeń, które miały zmienić świat. Największy kryzys finansowy od Czarnego Wtorku, pierwsza globalna recesja od drugiej wojny światowej, największa akcja ratowania gospodarki – skala szoku skłaniała polityków, ekonomistów i filozofów do radykalnych deklaracji. Przepowiadano wielki powrót państwa do gospodarki, bezwzględną rozprawę z bankami, okiełznanie wolnego rynku, a nawet kres kapitalizmu i zastąpienie go lepszym ustrojem ekonomicznym. Dwa lata później te słowa brzmią jak zapowiedzi końca świata, który nie nadszedł. Rządy sprzedają swoje, świeżo nabyte, udziały w bankach, bankierzy znowu spekulują, gospodarka światowa rośnie, a kapitalizm dalej rządzi. Czyżby strach sprzed dwóch lat był przesadzony? A może nie zrozumieliśmy lekcji kryzysu? Był w ogóle jakiś kryzys?

Toksyny i lewary

Był i został poczęty prawie dekadę przed upadkiem Lehman Brothers. Po pęknięciu tzw. bańki internetowej w 2000 r. amerykański bank centralny pod wodzą Alana Greenspana drastycznie obniżył stopy procentowe, by złagodzić wpływ krachu giełdowego na realną gospodarkę. Posunięcie przyniosło efekt, ale nadmuchało kolejną bańkę. Niezwykle tani pieniądz zachęcił Amerykanów do zaciągania kredytów hipotecznych, a kapitał ewakuowany z firm internetowych trafił do sektora nieruchomości. Jak grzyby po deszczu na przedmieściach amerykańskich miast wyrosły osiedla identycznych domów, a banki ruszyły rozdawać kredyty. Gdy Ameryka szła na wojnę z terroryzmem, w kraju trwał niespotykany boom budowlano-kredytowy, napędzany polityczną obietnicą domu dla każdego. Ale jak każdy boom, musiał się kiedyś skończyć.

Około 2006 r. banki wyczerpały pulę klientów ze zdolnością kredytową, a ponieważ dobrą passę chciano za wszelką cenę podtrzymać, zaczęły szukać sposobów, jak wetknąć kredyt hipoteczny osobom o niskich dochodach. Z pomocą przyszły banki inwestycyjne z Wall Street. Inżynierowie finansowi wpadli na pomysł, by te ryzykowne kredyty przemieszać ze zwyczajnymi, a następnie sprzedać jako instrumenty pochodne inwestorom. W ciągu dwóch lat wyemitowano w ten sposób górę toksycznych aktywów, rozpylając przyszłe straty po całym świecie. Wśród czołowych graczy na tym rynku były same banki inwestycyjne, spekulujące na własny rachunek. Gdy zabrakło nabywców, bankierzy zaczęli handlować między sobą, a nawet w obrębie własnych banków, byle tylko nabić premie.

Jednocześnie banki z Wall Street podjęły inną niebezpieczną grę. Na fali euforii i wiary we własny geniusz bankierzy na potęgę rozmnażali pieniądze; na każdy dolar inwestowany z własnej kieszeni przypadało kilkanaście, często kilkadziesiąt, pożyczonych od innych banków. Lehman Brothers był w chwili upadku wylewarowany 30-krotnie – na 690 mld dol. aktywów przypadały zaledwie 22 mld dol. kapitału własnego. Nikt tego nie pilnował, bo banki inwestycyjne nie podlegały nadzorowi – m.in. dlatego mogły niezauważenie przesuwać ryzykowne zakłady poza bilanse albo do funduszy spekulacyjnych.

Recesja zamiast depresji

Zabawa skończyła się w 2007 r. Bankom hipotecznym zabrakło nawet biednych klientów, a wobec zaspokojenia popytu ceny domów zaczęły spadać. Wraz z nimi poszła w dół wartość rynkowa już kredytowanych domów, podnosząc ryzyko kredytowe, a tym samym wysokość rat. Jako pierwsze zaczęły się psuć oczywiście kredyty klientów o niskiej wiarygodności, w ślad za nimi topnieć wartość wyemitowanych na ich podstawie instrumentów pochodnych. Gdy smród złych kredytów dotarł na Wall Street, nikt nie był w stanie powiedzieć, który bank ma jak wielką dziurę w portfelu. Na rynku międzybankowym zapanowała nieufność, instytucje przestały sobie pożyczać w obawie, że nie zobaczą więcej swoich pieniędzy lub odkładając je na wypadek własnych kłopotów. Tak zaczął się kryzys finansowy.

Pierwszy nie padł wcale Lehman Brothers. Najpierw na krawędzi stanął najmniejszy z wielkiej piątki banków inwestycyjnych, Bear Stearns, potem – Merrill Lynch. Ale zanim zdążyły zbankrutować, przejęły je większe banki – pierwszego połknął JPMorgan Chase, drugiego Bank of America. Obie transakcje zaaranżował naprędce bank centralny USA (FED – Rezerwa Federalna), a pieniądze wyłożył departament skarbu, pożyczając wybawcom na niski procent. Ale na znacznie większego Lehmana zabrakło kupca, a sekretarz skarbu USA Henry Paulson, skądinąd były prezes Goldman Sachs, odmówił pomocy. Rząd nie miał takich pieniędzy, a FED uprawnień do przejmowania banków. 15 września 2008 r. 158-letni Lehman ogłosił bankructwo, największe w historii USA. Na rynkach finansowych wybuchła panika.

„Jeśli tego nie uchwalicie, w poniedziałek nie będziemy mieć gospodarki” – powiedział szef Rezerwy Federalnej Ben Bernanke, wzywając amerykańskich senatorów do przyjęcia pakietu ratowania banków, ochrzczonego później planem Paulsona. Pod rannymi gigantami z Wall Street rozpięto siatkę gwarancyjną na sumę 700 mld dol., rząd USA stał się udziałowcem, niekiedy wiodącym, wielu banków, obiecał też wykupienie toksycznych aktywów. Jednocześnie Rezerwa Federalna ścięła stopy procentowe i zaczęła pompować w system bankowy niespotykane ilości kapitału, by machina finansowa nie zatarła się z braku płynności. Podobną pomoc dla banków i całego systemu finansowego uruchomili też Europejczycy i Japończycy.

Inaczej niż przy bańce internetowej, tym razem kryzys błyskawicznie przeniósł się na realną gospodarkę. Zapaść Wall Street sparaliżowała wielkie korporacje, odcinając je od kapitału, nieufność na rynku międzybankowym wywołała globalną suszę kredytową. Niedobór kapitału zdusił handel światowy, a stąd był już tylko krok do globalnej recesji. Na Amerykę padł strach przed powtórką Wielkiej Depresji, więc do obrony realnej gospodarki wytoczono najcięższe działa. Barack Obama tuż po objęciu urzędu posłał do Kongresu pakiet inwestycji publicznych o wartości 814 mld dol., zasilając gospodarkę państwowymi zleceniami w miejsce prywatnych zamówień, które wyparowały wraz z kryzysem. Zastrzyk w serce przyniósł efekt: zamiast Wielkiej Depresji przyszła Wielka Recesja. A potem Wielka Amnezja.

Ożywienie bez pracy

Gospodarka światowa skurczyła się w 2009 r. o 0,6 proc., ale już latem ubiegłego roku zaczęła

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną