To także jedno z najgorętszych politycznych pytań stawianych teraz w całej Europie i temat redakcyjnej debaty, której fragmenty publikujemy.
Jerzy Baczyński
Odkąd w 1989 r. odzyskaliśmy suwerenność, zaczęliśmy się jej stopniowo wyzbywać: wpierw na rzecz NATO zrzekliśmy się niezależności wojskowej, później podzieliliśmy się suwerennością z Unią Europejską. Podnoszono tę kwestię przed referendum unijnym, często w dość demagogiczny sposób. Mówiono, że wejście do Unii będzie równało się dyktatowi większych od nas, którzy wykorzystają nas jako tanią siłę roboczą bądź rynki zbytu; że Europa zagrozi tożsamości narodowej Polski. Z kolei zwolennicy integracji podnosili argument, że wchodząc do Unii nie jesteśmy ograbiani z suwerenności, ale ją poszerzamy.
Unia jest mistrzem wymyślania podobnych pojęć. Z taką „poszerzoną suwerennością” funkcjonowaliśmy sobie nie najgorzej, aż przyszedł kryzys światowy, a zaraz po nim kryzys strefy euro i tu rozpruł się worek z pytaniami o suwerenność. Dosyć dramatycznie widzimy to na przykładzie Grecji: czy kraj zadłużony może być suwerenny i od jakiego poziomu zadłużenia tę suwerenność traci? W jaki sposób grecka suwerenność zderza się z suwerennością Niemiec i innych płatników?
Borykając się z kryzysem, zadajemy sobie pytanie, co jest dziś najważniejsze, ochrona interesu narodowego czy europejska solidarność? Mówimy o potrzebie koordynacji polityki budżetowej, tworzeniu unijnego rządu gospodarczego, wspólnego ministra finansów, o harmonizacji podatków. A to znaczy, że parlamenty i rządy narodowe będą musiały ograniczyć swoje najistotniejsze prerogatywy.
Z zamętu wyłania się jakaś nowa Unia z podwyższoną suwerennością w stosunku do państw narodowych, zalążek federacji? A może tak naprawdę realizuje się czarny sen eurosceptyków i otwiera się pole dyktatu najpotężniejszych gospodarek i najsilniejszych politycznie państw, czyli Niemiec i Francji.