Jak zarabiać na freekonomii?
Media w czasach d@rmochy.
- Koniec kultury?
Są wreszcie tacy, którzy wieszczą niechybny koniec profesjonalnej kultury. Już dziś pieniądze, jakie stacja telewizyjna jest w stanie zapłacić producentowi filmu czy serialu, są wprost proporcjonalne do tego, jak bardzo był on w sieci spiracony. W ten sposób do stacji telewizyjnych i wytwórni kinowych fundusze będą płynęły coraz węższym strumykiem, wykształceni muzycy będą zarabiać coraz mniej, aż w końcu nic już nie uda się wyprodukować. Pozostanie tylko amatorka i – jak twierdzi Kazys Varnelis – wieczne odświeżanie i rimejki treści już wyprodukowanych. Ten naukowiec z Columbia University przekonuje na swym blogu, że ludzkość zdążyła już w swej historii wyprodukować tyle treści, że teraz wystarczy już ją tylko umiejętnie przepakowywać. Zdaniem dr Alka Tarkowskiego, socjologa, potencjalnie nieograniczoną skarbnicą takich klisz są też przepastne katalogi publicznych mediów, filmy wyprodukowane przez 1950 r., cyfryzowane właśnie archiwa. Ich otworzenie, które prędzej czy później częściowo nastąpi, da spore pole do popisu dla „przetwarzaczy”
- Internetowy fundusz misji publicznej.
Ale czy to optymistyczna wizja? Może jednak należy znaleźć inny sposób finansowania dla tych, którzy nie mają stałej ciepłej posadki, nie tworzą „przy okazji”, zaś szeroko pojęta działalność kulturalna jest po prostu ich stałą pracą?
Własne rozwiązanie tej kwestii ma od lat Europejska Partia Piratów, która w swym programie domaga się uwolnienia dostępu do dóbr kultury. Zamiast praw autorskich każdy korzystający z internetu powinien płacić podatek na cyfrowy ZAIKS, rodzaj funduszu misji publicznej. Mógłby on być doliczany do ceny urządzeń (modemów, laptopów) albo co miesiąc do rachunku za dostęp do sieci. Wszak już dziś takie daniny na rzecz twórców są wliczone w cenę czystej płyty CD czy używanej w przedsiębiorstwie kserokopiarki. Zbierane w ten sposób sumy mogłyby być dzielone potem między producentów treści internetowych. Pytanie tylko, przez kogo i według jakiego klucza? Wątpliwe też, czy ten pomysł spodoba się samym internautom, bo – po pierwsze – nie każdy ściąga z sieci, nie każdy słucha w niej muzyki, a po drugie – oznaczałoby to wzrost opłat za dostęp do sieci.
- Przetrwają najsilniejsi
Dla branży medialnej nadchodzą więc trudne czasy, w których wraz z coraz mniejszym strumieniem dochodów niezbędne będzie ograniczanie wydatków. To już się dzieje w USA, gdzie papierowe gazety bankrutują, zaś dziennikarze po prostu tracą pracę i zmieniają zawód. Pozostaje mieć nadzieję, że to problem epoki przejściowej – czasu przesilenia, po którym wymyślone zostaną skuteczne metody funkcjonowania mediów w czasach d@rmochy. W wizję końca kultury na pewno nie wierzy Alek Tarkowski. – Zawsze będzie zapotrzebowanie na informacje, publicystykę i rozrywkę – mówi. Pytanie tylko, kto będzie je dostarczał?
Te media i ci producenci treści, którzy przetrwają kryzys, prawdopodobnie umocnią swą pozycję rynkową. Czy powstanie więc kilka grup medialnych o globalnej sile rażenia i jaki to będzie miało wpływ na wolność słowa – ten problem już za kilka lat może zacząć martwić badaczy kultury
- Jeden klik i już – czyli wygoda przede wszystkim
Ostatnią nadzieją producentów dóbr kultury pozostaje jeszcze czysta ludzka wygoda. Aby obejrzeć piracki film czy serial dzisiejszy nastolatek musi znaleźć plik w sieci i ściagnąć. Plik często bywa uszkodzony, film pocięty, niewyraźny. Potem trzeba znaleźć odpowiednie napisy. Jeśli lubimy duży ekran – podłączyć laptopa do telewizora odpowiednim kablem, ustawić rozdzielczość. Dużo zachodu z tą darmochą i sporo straconego czasu. Być może gdy dzieci Neostrady dorosną, zaczną zarabiać, nie będą chciały się tak szarpać. Będą wolały kliknąć i zapłacić te kilkanaście złotych. Na ludzką wygodę stawiają cyfrowe telewizje – N oraz Cyfra Plus. Kolejne odcinki najbardziej popularnych seriali – „Lost”, „Gotowych na wszystko”, „Dr. House”, „Californication” są na w nich dostępne już 7 dni po premierze w USA. I to z polskim dubbingiem. – Abonament za tą usługę wynosi u nas 30 zł miesięcznie. Chcemy stworzyć sensowną i wygodną alternatywę dla ściągania z sieci – przekonuje Michał Orgelbrand, rzecznik N. Na Cyfrze Plus jeden odcinek kosztuje 5 zł.
W obu przypadkach spełnione są warunki – cena musi być rozsądna, a całość operacji banalnie prosta dla siedzącego na kanapie widza. – Większość użytkowników chce działać zgodnie z prawem – o ile tylko stworzy im się taką możliwość. Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, a przyjemności oglądania filmu na dużym ekranie w jakości HD nie da się łatwo zastąpić piracką kopią na laptopie – potwierdza prezes Aleksander Kutela HBO Polska, które też pracuje nad legalną alternatywą dla internautów.
Który model zwycięży? Prawdopodobnie hybryda wszystkich powyższych sposobów zarabiania, choć nic nie wiadomo na pewno. Na to pytanie odpowie pokolenie dzisiejszych nastolatków, którzy mają całkiem inne podejście do takich kwestii jak prawa autorskie i własność intelektualna. Gdy dorosną, zaczną pracować i zarabiać, będą też mieli pieniądze, aby płacić za filmy, muzykę, artykuły. Czy zechcą? To się dopiero okaże. Na razie wielka zmiana nabrzmiewa. Taki już urok czasu rewolucji.
Więcej o wpływie Internetu na świat mediów, zmianie mentalności odbiorców oraz wszechobecnej kulturze d@rmochy przeczytać mogą Państwo w obszernym raporcie w najnowszym numerze Tygodnika POLITYKA, w kioskach od środy 4 listopada. (kup e-wydanie POLITYKI)

