Piotr Stasiak, Martyna Wilk dla POLITYKA.PL
6 listopada 2009

Sieć: odcinanie czy straszenie?

Taka metoda „ząb za ząb” nie podoba się w Europie, dlatego francuski pomysł z odcinaniem jest rozważany jako poważna alternatywa. Analizy skutków jego wprowadzenia robił również rząd brytyjski. Specjalny raport w tej sprawie z czerwca br. (Digital Britain Report) dowiódł jednak, że odłączanie nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. W raporcie zauważa się, że wprawieni hakerzy obejdą wszelkie zabezpieczenia i systemy kontroli. Dlatego też rozwiązania problemu upatruje się raczej w spowalnianiu transferów (z powolnej sieci długi film ciągnie się wiele dni). To z kolei wywołuje protesty, bo może w praktyce oznaczać, że korzystanie np. z komunikatora Skype stanie się niemożliwe.

Problemu nie umieją rozwiązać władze w Berlinie. Rząd póki co hołduje strategii strusia. Chowa głowę w piasek ufając, że przemysł rozrywkowy i dostawcy Internetu sami znajdą wyjście z impasu. Podobnie zresztą czyni polski rząd. Choć – dla naszych internautów – to może nawet i dobrze, bo wprowadzanie nieprzemyślanych rozwiązań i sankcji administracyjnych mogłoby przynieść więcej szkody niż pożytku.

Cyfrowy straszak

Główny argument przeciwników rozwiązania francuskiego jest w gruncie słuszny – odcięcie od sieci to dziś wykluczenie ze społeczeństwa i cywilizacji, a więc można już mówić o łamaniu praw człowieka. Na poziomie praktycznym pozostaje jednak inna zasadnicza kwestia. Ważkie pytanie, które w debacie dotąd nie padło, jest następujące: czy w dobie dzisiejszej techniki w ogóle byłoby to możliwe. Bo co innego zapisać odcinanie piratów w ustawie Hadopi2, a co innego je wyegzekwować.

Załóżmy, że decyzją „Wyższego urzędu ds. rozpowszechniania utworów i ochrony praw w Internecie” zostaję na rok pozbawiony dostępu do sieci poprzez linię stacjonarną (np. Neostradę). Jeżeli nawet urząd wymusi na innych operatorach stacjonarnych (np. Netii, Aster, UPC) zakaz ponownego podłączenia mnie, zawsze przecież mogę skorzystać z internetu mobilnego u operatorów komórkowych (w Plusie, Play, Orange, Erze). Nie muszę do tego podawać swoich danych – mogę kupić anonimowo kartę „pre-paid”. Zawsze też mogę się dogadać z sąsiadem zza ściany, który ma router Wi-Fi i mój laptop znakomicie łapie „jego” sygnał. A co z dostępem do publicznego internetu w otwartych hot-spotach? Co z darmowym internetem radiowym, który uruchamiają władze polskich miast (np. Rzeszowa)? Jak wreszcie ocenić to, że wraz z odcięciem mnie-pirata od sieci dostęp traci również moja żona, która nigdy nie piratowała, a potrzebuje netu do pracy. Albo dziecko, które musi wysłać pracę zaliczeniową do szkoły e-mailem?

Do podobnych wniosków doszli zresztą autorzy wspomnianego raportu dla rządu Wielkiej Brytanii, którzy uznali, że odcinanie będzie niczym innym, jak stosowaniem zbiorowej odpowiedzialności w przypadku rodzin. Zdaje się więc, że – niezależnie od tego, jak potoczą się dalsze losy przeforsowanej poprawki 138 i jej zastosowania poszczególnych państwach UE – pozbawianie dostępu do sieci pozostanie jedynie rodzajem straszaka. Urzędową możliwością, która w praktyce wykorzystywana będzie sporadycznie.

Skarb admirała
Heavy Rain
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»