Adam Grzeszak
18 stycznia 2010

Internet: domenę sprzedam

Domena w cenie

Gdybym postanowił założyć własną stronę internetową i zarejestrował ją pod adresem www.grzeszak.pl, miałbym kłopot. I nie dlatego, że ktoś o tym samym nazwisku zrobił to przede mną. Takiej strony nie ma w sieci, ale prawa do adresu zawierającego moje nazwisko ma krakowska spółka MassMedia.pl. Zarejestrowała go w sierpniu i natychmiast wystawiła na sprzedaż za 2 tys. zł. Niezłe przebicie, bo za rejestrację zapłaciła najwyżej kilkanaście groszy. Może bym i kupił, ale nie wiem nic o sprzedawcy poza lakonicznymi informacjami, jakich dostarcza system WHOIS, służący do sprawdzania stanu prawnego adresów internetowych. Poszukiwania grzęzną w martwym punkcie, bo brakuje numeru telefonu; spółka, choć ma nazwę z końcówką pl, nie dorobiła się w sieci własnej strony.

Nie wiadomo nawet, czy słowo „spółka” jest precyzyjne, bo w Krajowym Rejestrze Sądowym o MassMedia.pl ani słowa. – Być może dlatego, że jest to „spółka w organizacji” – tłumaczy Beata Mosór z krakowskiej Grupy NetArt, do której należy serwis internetowy nazwa.pl, za pośrednictwem którego MassMedia.pl dokonała rejestracji. Dziwny to biznes, w którym można funkcjonować jako firma, firmą nie będąc. Ale nie takie osobliwości kryje rynek domeningu, czyli handlu adresami internetowymi.

Wielu już odkryło, że MassMedia może im sprzedać ich nazwiska. Internautów zelektryzowała ostatnio informacja, że ktoś hurtowo rejestruje adresy z nazwiskami w domenie pl. Oczywiście z tymi, które pozostały jeszcze niezarejestrowane, bo w sieci istnieje wiele tego typu stron. Tworzą je rodziny, by chwalić się tradycjami, przedsiębiorcy używają nazwisk jako znaków firmowych, promują się też aktorzy i piosenkarze.

Nazwiska hurtem

Hurtowa spekulacja nazwiskami od strony technicznej jest prosta, bo istnieją spisy polskich nazwisk wraz z danymi, ile osób je nosi (Grzeszaków jest zaledwie 222). Firmy dokonujące rejestracji mogą więc oszacować rynkowe szanse odsprzedaży. Do niektórych, lepiej rokujących – adwokatów, przedsiębiorców – docierają z ofertą bezpośrednio. Pozostali otrzymają ją, gdy wystukają w Internecie adres ze swoim nazwiskiem. Ostatnio pojawiła się zagraniczna konkurencja. Trafiają się np. oferty kupna adresów z polskimi nazwiskami w... chińskiej domenie cn.

Od strony prawnej budzi to jednak sporo wątpliwości. Dlatego w specjalistycznym prawniczym portalu VaGla.pl, który pierwszy doniósł o tym zjawisku, wybuchła gorąca dyskusja. Temperatura wzrosła, gdy okazało się, że wizyta na stronie jednej z warszawskich firm, która zainwestowała w adresy z nazwiskami, kończyła się dla odwiedzających zainfekowaniem komputera złośliwym wirusem. Właściciel firmy (znana postać w branży domenowej) tłumaczył, że z wirusem nie ma nic wspólnego, a adresy zarejestrował, by wywołać publiczną dyskusję na temat domen.

A jest o czym dyskutować, bo nawet prof. Ryszard Skubisz, znany ekspert w dziedzinie prawa własności intelektualnej, arbiter Sądu Polubownego ds. Domen Internetowych przy Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji, długo zastanawia się, jak od strony prawnej ocenić zjawisko spekulacji nazwiskami.

– W przypadku rejestrowania adresów z imionami i nazwiskami osób znanych i popularnych sprawa jest jasna. Taka praktyka jest niezgodna z prawem i rejestrację można skutecznie unieważnić. W pozostałych przypadkach można próbować, ale nie będzie to łatwe. Można powoływać się na art. 23 kodeksu cywilnego o ochronie dóbr osobistych, a także na naruszenie dobrych obyczajów, które także mogą stanowić przesłankę do unieważnienia rejestracji – wyjaśnia prof. Skubisz.

Sąd Polubowny ds. Domen przy PIIiT wielokrotnie rozpatrywał spory dotyczące nazwisk w adresach. Spierali się posiadacze tego samego imienia i nazwiska o to, kto ma większe prawo do adresu. Swoich praw dochodzili także celebryci, chcąc uniemożliwić innym żerowanie na własnej popularności. Zdarzył się też skomplikowany spór dwóch przedsiębiorców o nazwisko, do którego jeden miał prawo jako do nazwy firmy, a drugi jako do znaku towarowego. Sporów o hurtowe rejestrowanie nazwisk jeszcze nie było.

Co do zasady, trudno taką praktykę uznać za niezgodną z prawem. Każdy przypadek trzeba więc rozpatrywać oddzielnie: osoba skarżąca będzie musiała wykazać, że abonent adresu internetowego wykorzystując nazwisko narusza jej dobra osobiste lub też istnieje uzasadnione zagrożenie takim naruszeniem – wyjaśnia Ireneusz Matusiak, prezes Sądu Polubownego.

Michał Pleban, specjalista rynku domen, nie może się nadziwić pomysłowi inwestowania w nazwiska. Problem zna z autopsji, bo i jego (pleban.pl) jest wystawione na sprzedaż za kilka tysięcy złotych.

– Gromadzenie w ciemno większej liczby adresów z nazwiskami nie ma ekonomicznego sensu. Przypuszczam, że ktoś je zarejestrował korzystając z promocji, ale kiedy trzeba będzie wyłożyć większe pieniądze na przedłużenie rejestracji, mocno się zastanowi. Dziś najwyższe ceny uzyskują poszczególne dobre adresy odnoszące się do rynku finansowego, nieruchomości i motoryzacji – przekonuje Pleban.

Sex za miliony

Z wykupionym adresem można zrobić, co się chce. Można go wykorzystać do stworzenia strony internetowej, można sprawić, że wiele adresów będzie prowadziło do tej samej strony, można prawo do adresu scedować, można go wreszcie zablokować, żeby ktoś inny go nie wykorzystał.

Rozrastająca się potęga gospodarcza Internetu szybko uświadomiła wszystkim wagę problemu. Każda firma musi mieć dziś witrynę internetową, a wiele z nich prowadzi w sieci działalność gospodarczą. Własne serwisy mają media, kościoły, organizacje, osoby prywatne. Każdy chce mieć adres, który będzie go łatwo i jednoznacznie identyfikował. To doprowadziło do narodzin handlu adresami. Wystarczy twórcza wyobraźnia w wymyślaniu adresów i szybki refleks. Wszystkim działają na wyobraźnię informacje ze świata o transakcjach liczonych w milionach dolarów. Najdroższy adres – sex.com – sprzedano w 2006 r. za 14 mln dol. W Polsce uchodzący za najdroższy adres lekarze.pl zmienił właściciela za 135 tys. zł.

Taka konstrukcja systemu rejestracji przyniosła łatwy do przewidzenia efekt: powstał rynek spekulacyjny. Pojawiła się też masa spryciarzy rejestrujących adresy zawierające słynne nazwiska, nazwy firm i marek. Wychodzili z założenia, że bogata firma lub znana osoba, która się zagapiła i nie zarejestrowała na czas swojego adresu, nie poskąpi gotówki, by go odkupić. Tak narodził się proceder zwany cybersquattingiem lub piractwem domenowym. Dziś jest to już praktyka nielegalna, w USA zwalczana nawet na podstawie specjalnej ustawy. W Polsce takich przepisów jeszcze nie ma, ale wykorzystywanie w adresach cudzych nazw firmowych i znaków towarowych jest uznawane za niezgodne z prawem na podstawie rozmaitych innych regulacji.

Zatwardziałych piratów to nie zraża. Wychodzą z założenia, że firmie zainteresowanej odzyskaniem adresu szkoda będzie czasu i pieniędzy na prawników. Machnie ręką i zapłaci kilka, kilkanaście tysięcy, bo wyższe ceny należą u nas do rzadkości. Zresztą nie zawsze procedura odzyskiwania adresu

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną