Mirosław Gronicki, Jerzy Hausner
6 listopada 2010

Minister finansów zmierza ku porażce

Nierozważny i nieromantyczny

Dotąd PO i rząd powolne tempo gospodarczych reform tłumaczyły groźbą prezydenckiego weta. Teraz to usprawiedliwienie przestało działać. A rząd lekceważy głosy krytyczne wobec jego polityki ekonomicznej.

Dla wielu ekonomistów postawa PO jest dużym rozczarowaniem, zwłaszcza jeśli porówna się, z czym PO szła do władzy i co faktycznie robi. W odpowiedzi na nasze własne ministerialne propozycje gospodarcze z lat 2004–05, które zakładały zrównanie stawek trzech głównych podatków (PIT, CIT i VAT) na poziomie 19 lub 18 proc., PO – wtedy jeszcze z Zytą Gilowską jako głównym ekspertem ekonomicznym – odpowiedziała programem 3x15. Trwano przy tym, mimo przekazywanych przez nas obliczeń, wskazujących, że przy tak niskich stawkach nie da się zbilansować budżetu. Dzisiaj PO decyduje się na podniesienie VAT z 22 do 23 proc., a minister finansów nie wyklucza dalszego jego wzrostu do 25 proc. oraz eliminacji ulg w PIT.

Minister Jacek Rostowski miałby pełne prawo obciążać Zytę Gilowską (autorkę zmniejszenia obciążeń podatkowych w latach 2007–09) za konieczność podjęcia tej decyzji, gdyby nie to, że w okresie jego urzędowania prowadzona jest systematycznie ekspansywna polityka fiskalna, czyli polityka dużych wydatków. W efekcie mamy coraz większą relację wydatków do PKB, sięgający 8 proc. PKB deficyt sektora finansów publicznych, potrzeby pożyczkowe i dług publiczny rosnące na potęgę (patrz tabela).

Kosztem przyszłości

Widać już wyraźnie, że nastawienie PO do kwestii naprawy finansów publicznych uległo zasadniczej zmianie. W okresie ubiegania się o władzę można je było charakteryzować frazą „chcemy, spróbujemy, zrobimy”. W latach współrządzenia z prezydentem z PiS zmieniło się na „chcemy, nie możemy”, a dzisiaj dominuje „nie chcemy”. Tak to faktycznie wygląda i nie przesłonią tego kolejne wystąpienia Jacka Rostowskiego, który w marketingowych zapędach prześcignął już nawet byłego wicepremiera i ministra finansów Grzegorza Kołodkę.

Niewygodnych faktów nie da się zamieść pod dywan. W zapewnieniach idzie nam dobrze, ale w praktyce wpływy podatkowe są wyraźnie gorsze od oczekiwanych. Ciągle stosowane są rachunkowe i operacyjne zabiegi, aby podkoloryzować obraz i podrasować wynik. W tym roku w prowadzonym przez ZUS Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS) zabraknie 12 mld zł. Należałoby zatem zwiększyć dotację dla ZUS, ale to oznaczałoby odpowiednio większy deficyt budżetu państwa. Aby tego uniknąć, ZUS był, jest i będzie zmuszany do zaciągania kredytów bankowych. Kredyty trzeba będzie jednak spłacić i ZUS będzie musiał kiedyś otrzymać wyższą dotację. Na razie można jednak udawać, że nic się nie stało.

Na tym właśnie polega główny problem, że nie podejmując wysiłku zasadniczego ograniczenia wydatków publicznych i prowadząc zakamuflowaną, ekspansywną politykę fiskalną, poprawiamy bieżącą sytuację, ale kosztem przyszłości. Dobitnym przykładem takiego postępowania jest przejęcie przez budżet środków Funduszu Rezerwy Demograficznej (FRD). Fundusz ten stanowi jeden z elementów konstrukcyjnych reformy emerytalnej opracowanej przez rząd SLD-PSL, a wdrożonej w 1998 r. przez rząd AWS-UW. Corocznie zasilany środkami z prywatyzacji, FRD miał stanowić w przyszłości dodatkowy bufor finansowy zabezpieczający FUS przed deficytem w okresie niekorzystnych zmian demograficznych i pogorszenia koniunktury. Była to swego rodzaju publiczna inwestycja w zabezpieczenie społeczne. Inwestycja, ponieważ środki FRD powinny być pomnażane przez bezpieczne inwestycje kapitałowe. Teraz środki te w całości przejmuje budżet w formie bezzwrotnej „pożyczki”. To w istocie zawłaszczenie, konfiskata, której podstawa prawna jest wątpliwa. Ten zabieg pokazuje, że władza publiczna dla utrzymania bieżących wydatków zawsze sięgnie po dowolne środki finansowe, jeśli tylko je kontroluje.

Minister Rostowski (POLITYKA 34) przekonywał, nawiązując do dawnych, wielkich sporów, że opowiada się za działaniem pozytywistycznym (drobne kroki), a przeciw romantycznemu (zdecydowane reformy). Przyjmując konwencję tej narracji, gotowi jesteśmy przyjąć etykietę polityków romantycznych i uznać postępowanie Jacka Rostowskiego za nieromantyczne, ale zarazem, niestety, nieodpowiedzialne. Bowiem działanie na teraz, kosztem przyszłości, uznajemy za uciekanie od odpowiedzialności za rządzenie.

Status quo

Można bronić polityki PO wskazując, że co prawda państwo jest zadłużane, ale realizuje wielki projekt modernizacyjny: poprzez ekspansywną politykę fiskalną finansujemy nasz rozwój i przyszłe przewagi konkurencyjne. Nasuwające się w reakcji na taką argumentację historyczne analogie (epoka gierkowska) nie są przekonujące, ale załóżmy, że tym razem państwowe wydatki inwestycyjne będą dużo bardziej efektywne.

Z tego punktu widzenia warto się przyjrzeć innej budżetowej decyzji rządu. W przyszłym roku zostaną podniesione uposażenia nauczycieli, ale z tego tytułu samorządy lokalne nie otrzymają wyższej subwencji oświatowej. To oznacza, że gminy z własnych środków będą musiały finansować tę podwyżkę. Odbędzie się to poprzez zwiększenie bieżących wydatków oświatowych kosztem wydatków rozwojowych, na cele oświatowe lub inne. Wielokrotnie publicznie podkreślano już, że Karta Nauczyciela będzie prowadzić do zapaści finansowej i rozwojowej słabszych gmin, zwłaszcza wiejskich. Rząd kupuje poparcie licznej i wpływowej korporacji zawodowej, ale kosztem rozwoju i to nie tylko na poziomie lokalnym. Utrzymywanie i lepsze opłacanie nauczycielskich przywilejów nie będzie przecież samo z siebie prowadzić do podniesienia poziomu oświaty.

Coraz większe wydatki budżetowe służą przede wszystkim utrzymaniu status quo, a nie modernizacji i rozwojowi. Nawet jeśli da się wskazać ich modernizacyjny aspekt, to rodzi się pytanie: czy o taką modernizację powinno nam chodzić? Zajmijmy się przypadkiem sektora energetycznego. Do tej pory jednym z ważnych, kluczowych aspektów poprawy konkurencyjności polskiej gospodarki było skokowe zmniejszenie jej materiałochłonności, w tym szczególnie energochłonności. To jest też nadal pożądany kierunek modernizacji Polski, bowiem w relacji do głównych międzynarodowych konkurentów i partnerów polska gospodarka wciąż pozostaje zbyt energochłonna, co prowadzi m.in. do nadmiernego niszczenia środowiska. Dlatego przez lata polityka energetyczna zorientowana była na stopniową prywatyzację sektora elektroenergetycznego oraz liberalizację rynku energii.

W tym celu, kierując się też dyrektywami UE, doprowadziliśmy do rozdzielenia produkcji, przesyłu i dystrybucji energii. Dopuszczona została konsolidacja pozioma, ale blokowana była konsolidacja pionowa, aby nie dopuścić do odtwarzania wielkich energetycznych oligopoli. Wszystko zgodnie z przekonaniem, że od monopolu prywatnego gorszy jest tylko monopol państwowy. Taka polityka była prowadzona przy wyraźnym oporze i sprzeciwie energetycznego lobby, które każdy rząd straszyło zagrożeniem utraty bezpieczeństwa energetycznego kraju i niezdolnością do zaspokojenia zapotrzebowania na energię. Jeśli się prześledzi wszystkie kolejne prognozy (bilanse) energetyczne przedstawiane przez energetycznych lobbystów kolejnym rządom, to zawsze okazywało się, że faktyczne zapotrzebowanie było wyraźnie mniejsze od przewidywanego. Za tymi fałszywymi prognozami szły żądania zwiększenia nakładów inwestycyjnych na odtworzenie i powiększenie mocy wytwórczych. Widmo masowych wyłączeń odbiorców energii zawsze towarzyszyło tym żądaniom. Jednocześnie lobby energetyczne skutecznie blokowało wszelkie przedsięwzięcia infrastrukturalne umożliwiające znaczący import energii, co wymuszałoby konkurencję i efektywność.

Nie ma

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną