Polska wieś - znów bijemy obszarników
Wyorani
Krowa rasy Holsztyn-Fryz nosi się dumnie. Z gracją stawia kroki. Mądrym okiem wodzi po otoczeniu. Ale pracownicy gospodarstwa rozwiewają złudzenia. Chodzi wolno, bo po latach mlecznej selekcji wymię ma tak rozbudowane, że z trudem jej się między nogami mieści. Holsztyn-Fryz, czyli haef, zawojował hodowlę w Chodowie jeszcze w latach 80. Idealna krowa do dojenia. Przez ten czas państwowe gospodarstwo przekształciło się w prywatną spółkę. Mocno stanęło na nogach. Ale ostatnio poczuło się jak haef. – Państwo chce nas po prostu wydoić – mówi Czesław Janicki, prezes spółki Bovinas, która od 17 lat dzierżawi od Agencji Nieruchomości Rolnych gospodarstwo w Chodowie wraz z przyległościami.
W sumie 1741 ha ziemi. O tę dzierżawę chodzi. W myśl uchwalonej na ostatnim w kadencji posiedzeniu Sejmu ustawy, przyszłość tego gospodarstwa, jak i wielu innych dzierżaw wielkopowierzchniowych, stoi pod znakiem zapytania. Jeśli dzierżawcy chcą dalej pracować na tej ziemi, muszą wyłączyć 30 proc. gruntów i oddać ANR. Wyłączenie to takie ładne słowo. Wielkoobszarowi wolą inne – rozkułaczenie. I pytają, jak to się stało, że ktoś tak po prostu chce im zabrać trzecią część przedsiębiorstwa, w którym zarabiają na życie?
W myśl nowych przepisów ANR w ciągu sześciu miesięcy po wejściu ustawy w życie ma przesłać osobom, które mają w dzierżawie więcej niż 429 ha, pytanie, czy godzą się na wyłączenia. A mówiąc wprost, czy zdecydują się oddać 30 proc. dzierżawionych przez siebie gruntów. Jeśli się nie zgodzą, będą mogły dzierżawić ziemię tylko do końca wcześniej podpisanej dzierżawy i tracą prawo do jej dalszego dzierżawienia bądź kupna. Ci, którzy zdecydują się oddać 30 proc. ziemi, resztę będą mogli kupić. Ale nie więcej niż 300 ha – jeśli są osobami prywatnymi. Albo 500 – jeśli są firmami. Według pomysłodawców ustawy, w ten sposób do ponownego rozdysponowania pomiędzy małorolnych wróci około 130–150 tys. ha ziemi. Jest o co walczyć.
Według danych ANR, problem wyłączeń dotyczy około 600 osób bądź podmiotów prawnych. – Skutki wprowadzenia tej ustawy nie powinny być dla nich bardzo bolesne, bo będą rozłożone w czasie. Agencja nie zamierza zrywać żadnej z umów dzierżawy do czasu ich wygaśnięcia – zapewnia dr Tomasz Nawrocki, prezes ANR. Ale dzierżawcy widzą to inaczej. – Mam zaciągnięte kredyty bankowe na wiele lat do przodu pod konkretną produkcję. Jak mi wyłączą 30 proc., to jestem bankrutem. Co mam teraz zrobić – zabić te krowy, w łeb sobie strzelić? – denerwuje się jeden z dzierżawców.
Ile ziemi pod pługiem
Prace nad zmianą ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa rząd zaczął jeszcze w 2008 r. – Mniej więcej wtedy dostaliśmy pierwszy rządowy projekt. Ale nie rozpoczynaliśmy nad nim pracy, bo minister rolnictwa zgłaszał nowy projekt i stary wycofywał. I tak chyba z dziesięć razy – mówi Leszek Korzeniowski, przewodniczący sejmowej komisji rolnictwa i rozwoju wsi. Ostatecznie wyklarowało się, że bój pójdzie po linii małorolni kontra wielkoobszarowi.
– PSL od dawna rozbudzał w rolnikach poczucie krzywdy, że to ich kosztem wielkie gospodarstwa osiągnęły swój niewątpliwy sukces. A przecież na całym świecie wzrost wydajności odbywa się kosztem koncentracji ziemi – tłumaczy ekonomistka wsi prof. Katarzyna Duczkowska-Małysz. Poseł Stanisław Kalemba, który dwoił się i troił, żeby przepchnąć ustawę przez Sejm, o problemie woli rozmawiać nie w kategoriach światowych trendów, ile patriotycznych potrzeb. – Jeśli chcemy zachować polskość, to musimy mieć kontrolę nad ziemią. Jak mawiał Witos, tyle jest Polski, ile jest ziemi pod pługiem polskiego chłopa. Wiele z tych dużych przedsiębiorstw to obcy kapitał i tylko czekają na 2016 r., po którym również obcokrajowcy będą mogli kupować polską ziemię na równi z polskimi rolnikami. A konfrontacji z takim kapitałem polski rolnik nie wytrzyma – tłumaczy poseł Kalemba.
Choć tekst ustawy gotowy był już w lutym 2010 r., jego wejście pod obrady było ciągle odsuwane, bo pomysł miał tyle samo zwolenników, ilu przeciwników. Posłowie z sejmowej komisji rolnictwa i rozwoju wsi zamówili aż cztery ekspertyzy prawne. Sięgnęli po najbardziej znanych fachowców w sprawach prawa rolnego. Jedną z analiz sporządził prof. Paweł Czechowski, kierownik Zakładu Prawa Rolnego z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego 10-stronicowy wywód był miażdżący dla projektu. Uznał on, że część przepisów może się okazać sprzeczna z konstytucją oraz obowiązującym porządkiem prawnym. Nawet przewodniczący komisji rolnictwa nie ukrywa, że jego zdaniem ustawa jest zła. – Dzierżawcy brali ziemię, kiedy nikt jej nie chciał. Sporo ryzykowali. Teraz tym, którzy odnieśli sukces, podcina się skrzydła – mówi poseł Korzeniowski.
Kalemba ma do niego straszny żal, że do ostatniej chwili zabiegał, żeby projekt nie poszedł pod głosowanie. I prawie mu się udało. – Ustawy nie było w porządku głosowań. Ale nagle, w piątek 16 września, późnym wieczorem, została dopisana. Na ściągawce, jak mamy głosować, było zapisane, że na tak. Wszyscy rozumieli, że koalicja ma swoją cenę – mówi poseł PO. Ustawa przeszła większością głosów. O dziwo, poparła ją nawet opozycja. Dzierżawcy o uchwaleniu ustawy dowiedzieli się następnego dnia rano. – Potraktowali nas jak jakichś kułaków. Chcą zabrać ziemię, ot tak, jednym głosowaniem. Niech teraz wytłumaczą moim ludziom, dlaczego ich będę musiał z pracy pozwalniać – denerwuje się Marek Marzec, który od ANR dzierżawi 900 ha.
Boryna w Toyocie
Czesław Janicki przyjechał do Chodowa w 1974 r. Młody, rzutki, otrzaskany już w gospodarstwach wielkopowierzchniowych. Miał jeszcze jeden mocny atut – nie pił. Ani denaturatu, jak część załogi, ani wódki, jak część kadry zarządzającej. Gospodarstwo było historycznie mocne, bo dobrze prowadził je prawowity właściciel Stanisław Jasiukowicz, który zginął z rąk NKWD. Janicki szedł z duchem czasu i ciągle coś ulepszał. Pod koniec lat 70. odpowiedział na zapotrzebowanie i z uprawy warzyw wskoczył na wyższy poziom: hodowli zwierzęcej. A jednocześnie przodował w eksperymentalnej hodowli i produkcji buraka cukrowego. Cukier z buraków był na eksport, a liście na paszę dla krów. I interes się kręcił.
Tyle że w nowych czasach nauka uznała, że krowy karmione kiszonką z liści buraka cukrowego dają śmierdzące mleko, którego nie chcą pić dzieci. A życie pokazało, że nie da się utrzymać PGR. Janicki zaakceptował tezy nauki, ale postanowił zmierzyć się z życiem. W 1994 r. na bazie majątku w Chodowie założył z pracownikami spółkę Bovinas
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

