Miasto dwóch narodów
Smutki w Cieszynie
Po tych przeprosinach – które zresztą w Czechach przeszły bez echa – w „Lidovych Novinach” Bohumil Dolezal, czeski publicysta i politolog, napisał, że grzech Zaolzia to sprawa zamknięta dla Polaków, ale nie dla Czechów. Że teraz Vaclav Klaus powinien przeprosić za czeską aneksję obszarów zamieszkanych przez Polaków w 1919 r.
W 1934 r. w Cieszynie odsłonięto pomnik upamiętniający zwycięskie bitwy polskich legionistów. Pomnik zburzyli Niemcy we wrześniu 1939 r. Kilka lat temu, po długiej dyskusji, wrócił na swoje miejsce. – Wiem, że po stronie czeskiej raczej zgrzytano zębami – mówi Bogdan Ficyk, burmistrz Cieszyna. – Bywało, że legioniści czescy dobijali polskich żołnierzy, ale nasi też nie szli tam z kwiatami w lufach. Burmistrz Ficek uważa, że do zmiany mentalności na pograniczu potrzeba tylu lat, ile istniała realna granica: – Pomniki niech wrócą tam, gdzie stały, a jak wtopią się w codzienność, nie będą budzić emocji.
W deklaracji o wspólnych obchodach 1200-lecia Cieszyna, uchwalonej na początku grudnia na wspólnej sesji rad miejskich, napisano: „Nie jesteśmy w stanie zmienić historii, nie możemy również o niej zapomnieć, ale w naszych rękach leży możliwość zapewnienia wspólnej przyszłości następnym pokoleniom”. Po polskiej stronie wszyscy byli za. Po czeskiej jeden radny wstrzymał się od głosu – Boleslav Slovacek, ojciec burmistrza.
Burmistrz Slovacek mówi, że jak była granica, to ludzie na obu brzegach Olzy mieli wspólnego wroga: granicę. – A później, kiedy jako tako można ją było przekraczać, doszedł kolejny nieprzyjaciel: celnicy.
Irena Adamczyk z Muzeum Śląska Cieszyńskiego wraz z koleżanką z muzeum w Czeskim Cieszynie przeprowadziła transgraniczny eksperyment. – Dotarłyśmy do grupy Czechów niewywodzących się ze Śląska Cieszyńskiego, starszych, zatwardziałych nacjonalistów, których noga nie stanęła po polskiej stronie Olzy. Nie, bo to Polska! – tak kwitowali zaproszenia. Wreszcie dali się przekonać. I dzisiaj są obecni na każdym wernisażu, uczestniczą w życiu kulturalnym Cieszyna, widzę ich w kawiarniach, których nie ma po czeskiej stronie – mówi. To kroczek czy wielki krok do pokonania granicy wzajemnej niechęci?
Irena Adamczyk zapewnia, że weźmie udział w obchodach 90-lecia Czeskiego Cieszyna: – Od urodzenia tam mieszkam. Mama pojechała tylko na polską stronę urodzić ją, ale już następnego dnia wróciła do domu. – Moim macierzystym językiem jest polski, ale w domu mówimy różnie, zwłaszcza że mam synową Czeszkę. Adamczyk będzie tłumaczyć na polski historię Czeskiego Cieszyna. – Przeszłość długo jeszcze będzie dzielić, ale to nie oznacza, że Polacy powinni odwracać się plecami do święta Czeskiego Cieszyna.
Kogut w berecie
Burmistrz Ficek też będzie świętować. Mówi, że świetnie układa się mu współpraca z burmistrzem Slovaczkiem. – Uważamy, że w cieszyńskich sprawach należy zrobić krok do przodu, nawet wbrew niechętnym ocenom.
Cieszyński handel zawdzięcza Czechom i Słowakom prawie 70 proc. obrotów. Jak przed laty kwitnie cieszyńskie targowisko. Dla Czechów korzystny jest kurs korony wobec złotego. Przebojem są wyroby wikliniarskie, ostatnio sztuczne choinki, koce, obuwie, warzywa i słodycze. Obładowani Czesi biorą polską taksówkę, żeby dojechać do zostawionego po swojej stronie samochodu lub na dworzec. Przed mostem taksówkarz naciąga beret na koguta i dalej jedzie już zwykłym samochodem. Bo na środku mostu pozostała granica. – Jest ustawa o transporcie, a w niej przepis, że taksówkarze mogą prowadzić działalność tylko na terenie Polski – wyjaśnia burmistrz Ficek.
Gdyby trzymać się przepisów, to polska karetka pogotowia powinna zatrzymać się na środku mostu i czekać na czeską sanitarkę, która zabierze chorego. I odwrotnie. – W praktyce karetki jeżdżą, choć wbrew przepisom, ale zgodnie z potrzebą i rozsądkiem – mówi burmistrz Slovacek. To nieoficjalne łamanie granicy dotyczy również współpracy policji i straży miejskich. – Nasi i wasi policjanci zaliczyli udane pościgi za przestępcami uciekającymi na drugą stronę.
Ale z powodu kryzysu gospodarczego, który mocno zubożył miejskie kasy, konieczne było zawieszenie wielu innych wspólnych planów. Nie udało się zbudować kładki dla pieszych, zaprojektowanej przez francuskiego architekta François Roche’a. O tym symbolu nowej rzeczywistości na granicy głośno było w całej Europie. – Projekt Roche’a był poza wszystkim jak na nasze gusty udziwniony i nie uwzględniał kryterium tzw. stuletniej wody w Olzie – tłumaczy Dorota Havlikowa.
Do redakcji tygodnika „Głos Ziemi Cieszyńskiej” zaczęli zgłaszać się mieszkańcy Czeskiego Cieszyna z prośbą o interwencję, bo po ich stronie, w zielonym pasie, ma powstać bioelektrownia. – Po raz pierwszy Czesi szukają sprzymierzeńców w Polsce – mówi Paweł Czupryna, redaktor naczelny pisma. Przed laty głośno było o planach budowy nad granicą koksowni w Stonawie i elektrowni atomowej. Protestowano po polskiej stronie, bo róża wiatrów jest tu taka, że wieje na polską stronę. A Czesi siedzieli cicho.
Czy można sobie wyobrazić, że razem obchodzimy 1200-lecie Cieszyna i wspólnie świętujemy jubileusz Czeskiego Cieszyna? – Żeby bez zgrzytów cieszyć się Cieszynem, to w Olzie musi sporo wody upłynąć – mówi Mariusz Makowski.
Jednak nikt sobie dziś nie wyobraża, aby na obu brzegach Olzy nie zaśpiewała Ewa Farna, młodziutka piosenkarka z Zaolzia. Śpiewa po polsku i po czesku. Świetnie się czuje w Warszawie i Pradze. Farna to dzisiaj największa orędowniczka polskości na Zaolziu. Jest też idolką młodzieży pogranicza: polskiej i czeskiej. W końcu wszyscy są – jak się mówi na Śląsku Cieszyńskim – stela. Stąd.

