Marcin Piątek
23 stycznia 2010

Jureccy i Lijewscy: bracia od ręcznej

Brat gracz

Marcin daje impuls

Marcin Lijewski to niepokorna dusza. Schematy go nudzą. – Pobudza go rywalizacja, także na treningu. Ale czasem niepotrzebnie komplikuje proste rzeczy – ocenia Wenta. W trakcie meczu zdarza mu się rzucać z trudnych pozycji, lubi ryzyko. Jak trafi – to tylko wstać i klaskać, jak nie – trener rwie włosy z głowy. – Czasem mam wrażenie, że jeśli spudłuje pierwszy rzut, to się blokuje i wtedy myśli przede wszystkim o asystach i grze w obronie – uważa Eugeniusz Lijewski, ojciec Marcina i Krzyśka. – To raczej kwestia koncentracji – protestuje Marcin. – Czasem za łatwo się rozpraszam. Dopada mnie wtedy nonszalancja. Trochę to juniorskie, ale tak właśnie jest – mówi. Fachowcy wiedzą jednak swoje. Na dwóch ostatnich mistrzostwach świata, gdzie razem z kolegami zdobył najpierw srebrny, a potem brązowy medal, Marcin został wybrany do drużyny gwiazd jako najlepszy prawy rozgrywający turnieju.

Podobnie jak Michał Jurecki późno zaczął. Do końca podstawówki grał w koszykówkę, od czasu do czasu jeździł na obozy z ojcem grającym w szczypiorniaka w drugoligowej Ostrovii. – Wtedy w pierwszoligowych koszykarskich klubach była moda na podstarzałych albo przereklamowanych czarnoskórych, którzy dostawali miejsce w składzie kosztem młodych Polaków. Przekabaciłem go więc na ręczną – wspomina Lijewski senior.

W wieku 19 lat Marcin podpisał kontrakt z Wybrzeżem Gdańsk, w tamtych czasach klubem z czołówki ligi. Trener Daniel Waszkiewicz, obecnie asystent Wenty w kadrze, wbijał swoim zawodnikom do głowy, że jeśli nie znajdują w sobie genu walki, to niech lepiej szukają innego sposobu na życie. – Praktyki odbywały się na przykład przy okazji meczów piłki nożnej, które były raczej połączeniem rugby i judo. Każdy kończyłem w porwanej koszulce – opowiada Marcin.

W 2002 r. wyjechał do Flensburga Handewitt, czołowego klubu Bundesligi. W Niemczech nie było jeszcze wtedy wielu Polaków, Marcin przecierał szlak. Asystentem trenera we Flensburgu był wówczas Wenta. – Już wtedy zauważyłem, że Marcin nie ma najmniejszych problemów z asymilacją, dobrze wpływa na grupę. Potrafi rozbawić, rozładować napięcie, ale również wygarnąć prosto z mostu, dać impuls do przesilenia – mówi trener.

Na początku zgrupowania przed rozpoczętymi 19 stycznia mistrzostwami Europy Marcin snuł się po hotelu ze zbolałą miną, bo kilka tygodni wcześniej wycięto mu migdałki, stracił na wadze 6 kilo, a na pytanie, jak się czuje, odpowiadał krótko i dosadnie. Tuż przed turniejem trenerzy musieli skreślić kilka nazwisk, bo drużyna może liczyć tylko 16 zawodników. Ale zostawienie w domu starszego Lijewskiego nie wchodziło w grę. Przyda się, nawet jak będzie w połowie swojej zwykłej dyspozycji. Zresztą nie tylko o względy sportowe chodzi. – Pod koniec jednego z ostatnich treningów, gdy wszyscy już ledwie powłóczyli nogami, Marcin pierwszy ruszył do sprintów. Chłopcy zobaczyli, że on, zbolały i osłabiony po operacji, nie ogląda się na nikogo i zaraz zapomnieli o zmęczeniu – wyznaje Wenta.

Krzysiek na wszystko

Lijewski jest pewien, że kandydatem numer jeden do gry na prawym rozegraniu w reprezentacji jest jego o sześć lat młodszy brat Krzysiek. Ten odpowiada, że Marcin jest nie do zastąpienia. – Zawsze chciałem być taki jak Marcin. Jako dzieciak biegałem za nim i jego kolegami, by stać się częścią ich paczki. Zacząłem grać w kosza, bo Marcin grał – wspomina Krzysiek. Miał 8 lat, gdy ojciec oznajmił, że zrobi z niego szczypiornistę i przenosi go do szkoły, w której jest nauczycielem wuefu i trenerem. Na początku był płacz i bunt, ale jak już spróbował, koszykówce dał kosza.

Na przełomie 7 i 8 klasy urósł 20 centymetrów i jego dalsza kariera zawisła na włosku. Jeden lekarz stwierdził, że dalsze uprawianie sportu to dla Krzyśka prosta droga do kalectwa, ale znalazł się też inny, który zalecił ćwiczenia na wzmocnienie mięśni i po roku Krzysiek mógł wracać na boisko. W 2002 r. zdobył wraz z kolegami pierwsze w historii Polski mistrzostwo Europy juniorów. – To był pierwszy tak twardy dowód, że praca nie idzie na marne. Potem przyszedł kolejny – kontrakt ze Śląskiem Wrocław. Aż wreszcie w 2005 r. Krzysiu dostał propozycję od HSV Hamburg – opowiada dumny tata Lijewski. Niemcom tak bardzo zależało na ubiegnięciu konkurencji, że kupili Krzyśka w ciemno, nie zapraszając go wcześniej na testy. Dobrą reklamę nazwisku ­Lijewski robił już wtedy Marcin. A półtora roku temu w HSV uznano, że warto mieć w drużynie obu braci.

Wenta potwierdza: młodszy Lijewski ma wszystko, by w niedalekiej przyszłości zostać jednym z liderów reprezentacji. – Teraz idzie swoją drogą, ale kiedyś we wszystkim na boisku starał się naśladować Marcina. Mieliśmy nawet małą scysję, bo uznałem, że zamiast rozwijać swoje umiejętności, kopiuje brata. A w konsekwencji szkodzi nie tylko sobie, ale i drużynie.

Na własne szczęście Krzysiek potrafi słuchać i wyciągać wnioski. – Nie można poprzestać na zachwytach, jak dobrzy byliśmy niedawno. Stanie w miejscu tak naprawdę oznacza cofanie się – powtarza jak echo maksymę Wenty. A Lijewscy, tak jak Jureccy, nie zamierzają się cofać.

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»