Marcin Kołodziejczyk
2 marca 2010

Polak pije - kiedyś i dziś

Łzy polskiej ziemi

WTEDY

Miejsca

Etos inteligenckiego picia w PRL był miejski, knajpiany i restauracyjny. A miasta powojenne biedne, zrujnowane, pełne ludzi napływowych. Warszawka mówiła o nich Hunowie – przyjeżdżali budować socjalizm, przywozili wiejski obyczaj. Przejmowali miasto dla siebie, dla gwary pomieszanej z nowomową. Marek Nowakowski, pisarz, rocznik 1935, mówi: – Miasto nie dawało miejsc ciepłych, dostępnych dla każdego. Przerwane zostały więzi ulic i kamienic. Knajpy umierały, rozwijała się gastronomia masowa. A jedyne przybytki ludzkie, ale też nieludzkie, to były budki z piwem, gdzie piło się na stojaka.

Na szczęście były zaplecza znane wtajemniczonym. Ludzie, genius loci i wódka jak przed wojną. Bywała młoda bohema, pić, bić się i dyskutować. Z czasem zbłądzali także Hunowie. Spośród wszystkich idei socjalistycznych mających łączyć stany wódka działała najlepiej. A dlaczego wódka? Prof. Wojciech Burszta, kulturoznawca, antropolog kultury z SWPS, rocznik 1957, wyjaśnia: – Wódka zawsze była trunkiem narodowym – prawdziwi mężczyźni prowadzili prawdziwe dyskusje przy wódce. Piwa brak albo podłe, o winie nie wspomnę. Picie wódki było także odreagowaniem magnackości przedwojennej kultury polskiej. Brataniem się z robotnikiem i menelem. Od klasowości ku równości.

Marek Nowakowski pił w Paryżu z Zygmuntem Hertzem, współzałożycielem paryskiej „Kultury”, calvados. W Paryżu tak wypada, bo u Remarque’a w „Łuku Triumfalnym” piją calvados. W Ameryce Nowakowski pił burbona kukurydzianego, bo to się leje w książkach Williama Faulknera. Ale oba trunki przywiezione do Warszawy są truciznami. A wódka wchodzi. Więc Marek Nowakowski przypuszcza: – Klimat i szerokość geograficzna. Obyczaj i historia. To by przemawiało za wódką. Jesteśmy z kultury żytnio-kartoflanej.

Więc wśród biedy i ruin knajpy powstawały. Słynną warszawską Kameralną w 1947 r. założył Związek Inwalidów Wojennych. Potem był Ściek u filmowców i Spatif u aktorów. Magiczne miejsca dla inteligentów pijących i alkoholików pracujących. Z czasem także niebezpieczne. Roman Śliwonik, poeta i prozaik, rocznik 1930, mówi: – Ja ten okres wspominam jako piękny, bo piękno było we mnie, w nas. Szarość komunistyczna przyszła później w sposób dość dobitny.

Literaci

Janusz Głowacki, pisarz, rocznik 1938, wspomina knajpiane rozmowy: Heidegger i kurs dolara, szanse wybicia się na niepodległość i na nierozcieńczony jarzębiak, jak zrobić film i jak okraść Szweda przy barze. Czechowa gryzł dylemat, czy ma prawo pisać, jeśli nie wie, jak żyć. Janusz Głowacki: „całkiem spora grupa polskich artystów i pisarzy, oczywiście włącznie ze mną, szukała odpowiedzi trując się póki co alkoholem w warszawskim Spatifie. Przy czym atmosfera ogólnej niemożności sprawiała, że zajęcie to wydawało się całkiem logiczne”.

Ta spora grupa to między innymi Śliwonik, Grochowiak, Stachura, Brycht, Iredyński, Głowacki, potem także Wiktor Osiatyński i Jan Wołek. Dziś luminarze, wtedy drżący o literacką przyszłość aspiranci. Z wódką jako ośmielaczem i narzędziem autokreacji w natychmiastowym zasięgu. Roman Śliwonik pamięta Ireneusza Iredyńskiego, jak wychodzi z wydawnictwa Czytelnik, na środku ulicy pije wódkę z butelki. Panie redaktorki patrzą zachwycone. Reklama dźwignią handlu – wyjaśnia potem Iredyński koledze. Z jedną redaktorką Iredyński jest związany bliżej. Idą ze Śliwonikiem do Bristolu, przy wódce Iredyński żali się, że kobieta chce go oswoić, zabrania pić. Kulwa – żali się Iredyński, który nie wymawia r. W nocy bagażową taksówką jedzie do narzeczonej po swoją lodówkę i koniec związku. Śliwonik: – My byliśmy bohemą, cyganerią. Mówiliśmy w imieniu szarego społeczeństwa i stamtąd braliśmy tematy do pisania.

Przeważnie bohema mieszkała z rodzicami. A piło się grupowo. Dlatego spotykali się w knajpach gadać. Wódka ich zrównywała. Roman Śliwonik, który w 1956 r. zakładał legendarne pismo „Współczesność” z początkującym Edwardem Stachurą. Śliwonik, którego pierwszy opublikowany wiersz opóźnił cały polski socjalizm – zdaniem opiekunów z koła młodych pisarzy. Andrzej Brycht po świetnym debiucie i z wrodzonym, bałuckim ciągiem na forsę. Marek Nowakowski pamięta, jak stoją z Brychtem przed wystawą komisu; Brycht zapałał uczuciem do złotej papierośnicy i mówi: Marek, jak będziemy sławni, to wszystko będzie nasze. Stanisław Grochowiak, poeta zawodowy, zarabiający poezją na czworo dzieci i żonę; lejący wódkę na genetycznie słabą wątrobę. Marek Hłasko przy barze podwija rękaw, żeby wszyscy widzieli tatuaż; krzywi twarz pijąc w stylu podpatrzonym u Humphreya Bogarta. Hłasko jest po nagrodzie wydawców i wszystkim stawia. Roman Śliwonik wspomina: – Myśmy się wtedy i kochali, i bili, i pili, ale to wszystko było dla literatury. Dużo mówiliśmy, wódka była początkiem rozmowy o czymś. Każdy z nas miał w sobie tęsknotę za dziełem doskonałym. To biło od nas. Ludzie do nas lgnęli.

Co niedzielę Śliwonik z Grochowiakiem spotykali się na wódce we dwóch. Mówili na to msza. Rozmawiali o poezji, inteligencka msza. Zastanawiali się, jak by to było pisać po pijaku. Umawiają się na pijackie eksperymenty twórcze, podczas którejś mszy czytają wódczane wiersze. Patrzą po sobie zażenowani, takiego bełkotu w życiu nie słyszeli. Ale nigdzie im się nie spieszy, siedzą, gadają dalej. Peerelowski czas nie goni jak ten wolnopolski. Prof. Burszta wyjaśnia: – Inteligenckie picie to spotkanie ludzi, którzy mają ochotę porozmawiać przy alkoholu, bez barier czasowych. Mówimy tu o środowiskach, które nie mogły istnieć bez zanurzenia w ekstremalnych sytuacjach, o wspólnotach alkoholowych napędzających ten światek.

Marek Nowakowski: – Ja pijałem z ludźmi, których lubiłem. To jest jedyne kryterium.

Roman Śliwonik: – Nie z każdym chciałem pić, bo rozróżniam picie ładne i brzydkie.

Bójki

Prof. Wiktor Osiatyński, pisarz, socjolog, prawnik, rocznik 1945, mówi: – No, więc picie wódy, przy wódeczce zawsze następowały heroizacje zdarzeń: jak kto komu przypierdolił albo jak ktoś się nie dał. To wydawało się atrakcyjne. Lubiłem się bić po pijanemu. Ale większość z nas to byli przerażeni i zakompleksieni chłopcy etos bójki z tego właśnie wynikał. Nam się wydawało, że wódka jest paliwem.

Pił cyklicznie. Parę tygodni, miesiąc, półtora. Po otrzeźwieniu pisał; na poczuciu winy i wyrzutach sumienia. Na urlop, zamiast jak inni do Międzyzdrojów, jeździł do Ścieku. Ale co mógł w PRL zrobić młody człowiek z wolną forsą i wolnym czasem? Mógł kupić pół litra albo książkę. Lampy czy regału nie mógł kupić, bo, po pierwsze, nie było ich w sprzedaży. Po drugie, mieszkało się z rodzicami. Więc szedł pić i czuć więź społeczną z innymi pijącymi. Gadało się na przykład o iberoamerykańskich realistach magicznych, bardzo modnych w latach 60. A potem Wieniedikt Jerofiejew napisał biblię alkoholików bloku wschodniego, czyli poemat „Moskwa-Pietuszki”. Ruszało się w kolejowe rajzy inspirowane Jerofiejewem. Pijąc

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną