Joanna Podgórska
5 czerwca 2010

Rozmowa z Gosią Baczyńską

Pracuję nawet we śnie

Projektantka opowiada o sztuce ubierania się, życiu celebrytów i polskiej bylejakości.

Joanna Podgórska: – Pamięta pani pierwszą rzecz, jaką uszyła?

Gosia Baczyńska: – W podstawówce uszyłam sobie sukienkę według własnego projektu. Zaczęłam szyć, bo wszystko wokół było brzydkie, nie było co kupić, a ja chciałam wyglądać inaczej. W domu była maszyna, ale nikt nie umiał na niej szyć. Wściekałam się, bo to był gruchot, plątał i zrywał nitki, ale próbowałam do skutku. Zaczynałam od prostych rzeczy: spódnica na gumce, bluzka nietoperz, sukienka z falbaną. Nie było polskiej „Burdy” z wykrojami, a ja po niemiecku ani słowa. Raz robiłam wykrój z radzieckiego podręcznika, gdzie według starej szkoły było napisane: „jedną siedemnastą odcinka AB dodaj do połowy πr”. Zaparłam się i uszyłam.

Co to było?

Prosty żakiecik, choć opis bardziej pasował do odrzutowca.

Myślała pani wtedy, że to może być jej zawód?

Nie wiedziałam nawet, że jest taki zawód. Były oczywiście takie postaci jak pan Antkowiak, który opowiadał w telewizji, co jest modne. A ja, młoda zbuntowana, myślałam sobie: co ten facet może wiedzieć na ten temat? Opowiadał kwieciście, że modne są szerokie, wywatowane ramiona, a sam siedział w marynareczce z małymi ramionkami. Teraz to rozumiem. Projektant sam siebie nie ubiera. Ja chodzę w swoich rzeczach, bo moich rozmiarów nie ma w sklepach, ale ponieważ ciągle brakuje mi czasu, mam parę rzeczy na krzyż.

Funkcjonuje pani w świecie, w którym panuje kult szczupłej sylwetki, idealnego piękna, osiąganego ogromnym kosztem. Nie ma pani z tym kłopotu?

Gdyby to był dla mnie jakiś ogromny problem, pewnie inaczej bym wyglądała. Trochę trenuję, ale bardziej dla psychiki. Wiadomo, lepiej być pięknym i szczupłym, ale to nie jest mój priorytet. Nie rozumiem, jak można kogoś dyskwalifikować ze względu na figurę. To może brzmi banalnie, ale w człowieku liczy się wnętrze.

Na pani pokazach chodzą modelki w rozmiarze 34, w porywach 36. Wiadomo, że ten zawód często okupiony jest anoreksją. Czy jako osoba, która szczupła nie jest, nie miała pani pokusy, żeby przełamać ten trend? Projektanci są przecież do pewnego stopnia odpowiedzialni za te dziewczyny.

Nie czuję odpowiedzialności, bo nie zatrudniam zagłodzonych, anorektycznych modelek, którym wystają kolana, ani nie każę im się głodzić. Raz taka dziewczyna brała udział w moim pokazie i wyglądała tragicznie. Wystające łopatki, sine ciało. Miałam problem, żeby ją ubrać, należało ją raczej opatulić, żeby zakryć sterczące łopatki. Innym razem grubsza modelka na przymiarkach, przed pokazem, wyglądała fajnie, a na pokazie miałam wrażenie, jakby chciała staranować wybieg. Modelki na pokazach to muszą być dziewczyny o drobnej kości, wiotkie. Wybieg to rodzaj prezentacji. Jak wychodzi nowy model telefonu komórkowego, prezentowany jest w eleganckiej gablocie, w odpowiednim oświetleniu, choć potem po prostu wrzuca się go do torebki. To samo z ubraniami na pokazie, muszą być zaprezentowane najkorzystniej. Może kiedyś poczuję potrzebę, żeby zrobić sesję z grubszymi modelkami, ale na razie jej nie czuję. Szczerze mówiąc, denerwują mnie trochę takie pytania: czemu modelki są szczupłe? Bo na nich kreacja najlepiej wygląda. Nie ja to wymyśliłam.

Skończyła pani Wydział Ceramiki na wrocławskiej ASP. Niby też sztuka użytkowa, ale odległa od mody.

Od początku kochałam modę i zajmowałam się nią hobbystycznie, ale nie szukałam szkoły pod tym kątem. Intuicja mówiła mi, że to niepotrzebne. Do uprawiania każdej dziedziny sztuki, a ja modę tak traktuję, potrzebny jest warsztat. W tym przypadku umiejętność kroju i szycia, czego uczyłam się sama i chyba dobrze mi to wyszło. W Londynie przyjęto mnie do pracowni, która szyła dla tamtejszych projektantów, i sprawdziłam się. Ale potrzebne jest także gruntowne, wszechstronne wykształcenie, które dała mi uczelnia. Studiowałam malarstwo, rzeźbę, nie tylko ceramikę.

Jak się pani odnalazła w świecie mody i celebrytów, który uchodzi za targowisko próżności?

Ja tego świata tak nie oceniam. Może tak jest odbierany na zewnątrz. Nie mówię tu o środowisku sezonowych gwiazdek, znanych z tego, że są znane. Niektóre moje klientki to prawdziwe gwiazdy, wielkie artystki. Wiem, jak ciężko pracują. A świat mody to też nie jest jeden wielki bankiet. To nawet nie jest lukier na torcie, tylko cienka warstwa cukru pudru. Pod tą powłoczką jest bardzo ciężka praca.

Ktoś mógłby pomyśleć, a co to za problem uszyć parę kiecek czy zrobić kilka rysunków.

Najtrudniejsze jest projektowanie kreacji na zamówienie. I to bez znaczenia, czy klientką jest wielka gwiazda, czy tak zwana przeciętna kobieta. Trzeba tę osobę poznać, wyczuć jej energię, temperament, jej wyobrażenia o sobie, marzenia. Trzeba być i psychologiem, i dyplomatą. Bo ja nie ubieram ich w moje wizje, tylko one muszą pozostać sobą. A kobiety często przychodzą do mnie po suknię życia, tę jedną jedyną, na najważniejszy dzień: na przykład na ślub. To stresujące, bo odpowiedzialność jest ogromna. Na początku ustalamy tylko kierunek, w którym pójdziemy. Suknia wyłania się tak naprawdę na przedostatniej przymiarce. A ta praca to przecież nie tylko projektowanie i szycie. To setki telefonów, dziesiątki spotkań, zarządzanie firmą, ludźmi, księgowość, papiery. I tego mam serdecznie dosyć, bo firma jest już trochę za duża, by prowadziła ją jedna osoba. Do tego kontakty z mediami. Nie należę do osób, które się lubią fotografować, lansować i pchać przed kamery, ale to jest część mojej pracy. Od czasu do czasu muszę w tym uczestniczyć, ale zazwyczaj trzymam się z boku.

Nie jeździ pani na pokazy do Paryża?

Pokazy są dla dziennikarzy i kupców. Średnio mnie to interesuje. Bywam, ale bardzo rzadko. Przerzucam żurnale, ale niezbyt wnikliwie. Są dwie szkoły, moja jest taka, żeby się nie zapatrzeć, zasugerować, zostawić sobie trochę miejsca i dystansu.

Czy w modzie możliwe jest jeszcze coś nowego? Ciągle wracają trendy z lat 60., 70. Teraz 80. Cytuje się dawne style.

Moda jest dziś wiecznym cytowaniem, ale ostatnio wręcz galopuje, bo świat jest coraz szybszy. Wszystko błyskawicznie się miksuje, kombinacji są setki. To rodzaj żonglerki. Kiedyś kanony były jasno określone, dziś panuje wielka dowolność.

Czy to znaczy, że nie można ubrać się niemodnie?

Można. Jak się założy coś, co było bardzo modne przed chwilą i masowo. Ja staram się szyć rzeczy,

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną