Aneta Kyzioł
27 sierpnia 2010

Kluby i klubokawiarnie, czyli nocne Polaków zabawy

Clubbing po polsku

Najmodniejszą formą clubbingu w tym sezonie jest antyclubbing. Zamiast wypasionego klubu wybieramy rozpadający się budynek, który przypomina wszystko z wyjątkiem lokalu przeznaczonego na imprezy. Nie wchodzimy do środka, tylko oblegamy okoliczny placyk, podwórko, murek albo krawężnik. Nie tańczymy, tylko rozmawiamy. Szykownie jest też rozsiąść się ze znajomymi na kupie piasku, pomoczyć nogi w brodziku, rzucać freesbee albo zagrać w badmintona, jak w dzieciństwie przed blokiem. Atmosfera jak na rodzinnym pikniku albo na koloniach w Juracie. Z tą różnicą, że w centrum miasta, o drugiej w nocy i z butelką lokalnego browaru albo Club-mate w ręce.

Przez placyk przed najmodniejszym tego lata lokalem stolicy, urządzoną w dawnej kasie dworca Szybkiej Kolei Miejskiej klubokawiarnią Warszawa Powiśle, co weekend przewija się kilka tysięcy ludzi. W rozgadanym tłumie można rozpoznać przedstawicieli lokalnej bohemy: artystów, dziennikarzy, ludzi z branży reklamowej. Stoją, piją i rozmawiają. Gdzieś w tle słychać muzykę, ale rola didżeja polega raczej na dyskretnym akompaniowaniu rozmowom niż rozpalaniu zmysłów. Znawcy mówią, że jest jak w prawdziwym Berlinie. A to teraz największy komplement.

W tym samym czasie pobliskim Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem suną tłumki zupełnie innych imprezowiczów. Odpicowani, w małych czarnych i garniturach, 13-centymetrowych szpilkach i butach trumienkach, z fryzurami prosto od fryzjera kokietują selekcjonerów ekskluzywnych klubów na Mazowieckiej, przy placu Piłsudskiego albo na Kredytowej. Gardzący selekcją idą się bawić do któregoś z klubów studenckich. A hiphopowa młodzież w spodniach z krokiem spuszczonym do pół uda zmierza na Kolejową, do Harlemu.

Podobne szlaki imprezowe istnieją w każdym polskim większym mieście. Ludzie chcą się bawić. Czynsze uiszczane przez restauracje, kawiarnie, bary i lokale rozrywkowe są ważnym punktem w budżetach miast, a te miejsca stały się ich wizytówką. Trend jest na tyle silny, że radni Gdańska i Katowic zastanawiają się nad wyznaczeniem w centrum swoich miast specjalnych stref rozrywki, w których czasowo zawieszana byłaby cisza nocna po 22.00.

Małolaty rządzą

Za początek clubbingu – stylu życia podporządkowanego weekendowym wyjściom do klubów, w których się tańczy, często podnosząc temperaturę zabawy rozmaitymi bardziej lub mniej dozwolonymi wspomagaczami, pije i podrywa – przyjmuje się lata 80. Wtedy młodzi ludzie w odruchu buntu wobec kultury night-clubów i sceny disco, z ich ekskluzywnością, blichtrem i drogimi drinkami, zaczęli organizować w opuszczonych halach i magazynach na przedmieściach nielegalne imprezy z muzyką techno. Wszystko zwykle kończył nalot policji i ucieczka uczestników.

„Głównym celem clubbingu jest oderwanie się od codzienności” – tłumaczy Novika, wokalistka związana z polską sceną klubową, której początki sięgają lat 90. – Chodziło się na konkretnych didżejów i muzykę. Na Burakowską – na drum’n’bass, do Piekarni na house. Ówczesna klubowa średnia wieku oscylowała wokół 25 lat – wspomina fotografik Bobrowiec. – Nie było wtedy dostępu do muzyki przez Internet – dodaje Simon S., w tamtych czasach didżej związany z klubem Piekarnia, dziś jeden z jej menedżerów. – Aby posłuchać rytmów 4/4, trzeba było iść do klubu albo włączyć w odpowiednim czasie Radiostację, gdzie bywały klubowe audycje. Imprezy w tamtych latach charakteryzowały się dużym wkładem w dekoracje i atrakcje towarzyszące występom artystycznym. W klubie można było spotkać ludzi przebranych za anioły, postacie z bajek, tancerzy, tancerki itp.

Dziś większość ówczesnych klubów już nie istnieje. A drogę, jaką przebył polski clubbing, dobrze ilustrują losy Piekarni. Przed laty w ścisłej czołówce, dziś odwiedzana sporadycznie, raczej z sentymentu, za to świetnie znana milionom widzów telenoweli „M jak miłość”, gdzie wciela się w rolę Oazy, baru, w którym pracuje bohater grany przez jednego z braci Mroczków. Nestorzy clubbingu mocno zwolnili tempo życia. Robią kariery albo bawią w domach dzieci, muzyki zaś słuchają z płyt kupowanych w Internecie.

Równocześnie polska wersja clubbingu zyskała lokalny rys – podczas gdy na świecie noc spędza się zwykle w jednym klubie, u nas w zwyczaju jest zmienianie lokali. (– Nigdy dość powtarzania, że clubbing to chodzenie do klubu, a nie po klubach – irytuje się Oskar Stelągowski, didżej z kolektywu V/A Team, współorganizator cyklu kultowych warszawskich imprez God Save The Queen). Zaś samo zjawisko stało się domeną małolatów. Nikogo już nie dziwią kiwające się w klubach siedemnastolatki z tzw. asfaltową twarzą – ostrym wielowarstwowym makijażem, pod którym skrywają prawdziwy wiek, z drinkiem w ręku, zakupionym przez tzw. łosia – dobrego „wujka” lub starszego kolegę szczęśliwie posiadającego dowód osobisty. Tę widownię, podróżującą po świecie i masowo ściągającą muzykę z Internetu, bardzo trudno czymś zaskoczyć. – Są miejsca i imprezy, na których didżejowi nie wypada puścić „starego” kawałka, bo sala buczy, że się skończył i nie jest na czasie – opowiada ilustratorka Olka Osadzińska. – Wielu z popularnych niegdyś didżejów dziś gra w sylwestra gdzieś w Radomiu, a w największych warszawskich klubach dla dzieciaków grają ich rówieśnicy. Nie używają winyli, grają z mp3 ściągniętych z Internetu, a niektórzy grają prosto z iTunesa nie przejmując się 15-sekundowymi przerwami między kawałkami.

Scena klubowa podzieliła się na nisze. Swoje imprezy mają fani muzyki reggae, funku, disco, melodyjnych lat 80. i 90., miłośnicy rytmów latynoskich i arabskich, hinduskiego Bollywoodu, a także drum&bassu, 2stepu, deep house’u... – Sytuacje sprzed kilku lat z Jadłodajni Filozoficznej, gdy supermodna panienka tańczyła obok punka, a metr dalej bawił się dresiarz z dziewczyną i nikomu nic nie przeszkadzało, są dzisiaj nie do pomyślenia – wspomina Stelągowski.

Ja zapłacę

Większość klubów, najbardziej prestiżowych nie wyłączając, gra to, co ma szansę się spodobać największym rzeszom gości. A stara prawda głosi, że najbardziej podobają się te piosenki, które już znamy, czyli głównie hity wylansowane przez komercyjne radiostacje. Powszechnym zwyczajem stało się też zapraszanie na wieczór żywych muzyków, którzy nadadzą muzyce puszczanej z płyt walor oryginalności i niepowtarzalności. Saksofoniści, bębniarze czy skrzypkowie cieszą się wśród klubowej publiczności wielkim powodzeniem. Podobnie jak pokazy tańców, występy rodzimych striptizerów podczas Lady’s Nights, performance’y drag queens, które jakiś czas temu z małych klubików skupiających mniejszości seksualne i bohemę artystyczną przeniosły się do mainstreamu. A także pokazy mody, bielizny, promocje alkoholi, warsztaty bodypaintingu i inne imprezy towarzyszące, którymi menedżerowie klubów wabią gości.

Badanie przeprowadzone w ubiegłym roku dla UPC wykazało, że niemal połowa (47 proc.) Polaków przejęła się informacjami o kryzysie ekonomicznym i w związku z tym ograniczyła wyjścia do restauracji i barów. Również z badań przeprowadzonych w 2009 r. na zlecenie MasterCard wynika, że przedstawiciele polskiej nowej klasy średniej odczuwają skutki globalnej recesji i co trzeci

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną